Lubiła tu przebywać i lubiła zwierzęta. Mogła nie być żadną specjalistką, ale wiedzę posiadała, chciała więc pomóc Laurentowi na ile umiała… ale nikomu się nie przyda w takim stanie, w jakim się obecnie znajdowała, wiedziała to doskonale. Była też pewna, ze z pewnością zna specjalistów magizoologów, zajmował się tym przecież już od lat, a ona i Atreus, cóż… W najlepszym wypadku mogli robić za mentalne wsparcie. Zobowiązała się zresztą do zabrania ze sobą Divy, by nie przejmował się kolejnym zwierzakiem, kiedy kicia mogła spokojnie przebywać sobie u niej – z jednym z kotów, które znała i z drugim, malutkim i rozbrykanym, w spokoju kamienicy Victorii przechodząc przez ten kryzys. Pamiętała też, że Laurent poprosił ją o eliksiry, gdy tak nalegała, że chce mu pomóc – i teraz to też wyglądało jak wspaniałe lekarstwo na odsunięcie własnych myśli. Więc kto miał pomagać komu…?
– Nie ma problemu, na tyle ile potrzebujesz. Kwiatuszek na pewno się ucieszy – lekko chrząknęła i powiedziała cicho, na powrót patrząc w ten nienaturalny wręcz spokój tego miejsca, tutaj, gdzie te kwiaty zdawały się nie zauważać tragedii, jaka dosięgnęła New Forest. Koty nie wymagały też tak dużo uwagi, zajmowały się sobą same w większości, a tak poza tym, to Lestrange lubiła się nimi otaczać… najwyraźniej.
Nie myślała teraz o takich trywialnych sprawach jak to, że rozmazał jej się makijaż, którym próbowała ukryć zwyczajowe cienie pod oczami, ani o tym, jak te gesty pomiędzy Laurentem i nią mogą wyglądać dla osoby postronnej, że sklejając do kupy plotki na ich temat, jakie pojawiały się to tu, to tam, można sobie wyprojektować całkowicie nieprawdziwy obraz ich relacji, tej obecnej, bo jeszcze rok temu byłoby to całkowicie bliskie prawdy. Spróbowała się uśmiechnąć do Migotka, który ponownie widział ją w tak całkowicie nie wyjściowym stanie, a potem przyjęła od Laurenta chusteczkę, żeby delikatnie dotykając ją przy oczach, wytrzeć je. Na ten moment się uspokoiła, ale czuła, że wystarczy drobna, ulotna myśl, i znowu łzy zbiorą się w kącikach oczu i znowu będzie tak trudno nabrać powietrza. A teraz oddychała zresztą przez usta.
– Nieszczęścia wcale nie chodzą parami, jak to się mówi – odezwała się po chwili. – One chodzą stadami – dokończyła myśl. Nie ruszyła już kawy, ani nie zapaliła kolejnego papierosa.
Jakiś czas później faktycznie wzięła ze sobą Divę, nim skorzystała z kominka w domu Laurenta, by wrócić do siebie. Wszyscy się rozeszli – bo każde z nich miało mnóstwo spraw do przemyślenia… i jeszcze więcej do zagłuszenia, w ten czy inny sposób.