11.03.2025, 17:28 ✶
- Wyśmienicie - wycedził, nawet nie próbując udawać, że czuł w związku z tym jakiekolwiek pozytywne emocje.
Nie. To w żadnym razie nie napawało go optymizmem. A może powinno? W końcu tyle im to dawało. Ta świadomość była tak bardzo odżywcza, wprowadzała tyle świeżego powietrza w duszną atmosferę. Rzucała zupełnie nowe światło na ciemną i ponurą sytuację, tak? Tak? Srak.
Może to było jego miejsce. To było jego miejsce. Koniec. Kropka. Całkiem zdecydowanie to ustalili, dochodząc przynajmniej do tego jednego wspólnego stanowiska. W istocie tego teraz nie kwestionował. W tym wypadku nie był aż tak zaślepiony, żeby trwać w niesłusznym przekonaniu, że nie powinno go tu być.
Tak. To podejście bez wątpienia uległo zmianie względem tego, wokół czego kręcili się przez niemalże dwa lata. W tym wypadku czas dosyć jasno pokazał im, że lgnęli do siebie mimo wszelkich trudności, pomimo kłótni, napiętej atmosfery, wypowiedzianych i niewypowiedzianych słów. Przekraczali granice, zatracali zdrowy rozsądek, ale byli w stanie wybaczać sobie kolejne potknięcia i błędy, byleby tylko odzyskać namiastkę spokoju ducha, jaką przy sobie mieli.
Wcześniej starał się kwestionować słuszność własnych odczuć. Mówić sobie, później też jej, że to nie powinno mieć miejsca. Niesłusznie wszedł w tę rolę wiele lat temu, przyjął ją a potem wszystko całkiem naturalnym biegiem rzeczy postanowiło się spierdolić, bo nigdy nie powinno mieć miejsca.
Tyle tylko, że od samego początku w to nie wierzył. Próbował trwać przy tej narracji, która odpowiadała ich sytuacji. Wybierał pokrętną logikę, żeby nie czuć się aż tak parszywie, znajdując się na niewłaściwym miejscu. Tyle tylko, że to nic nie dawało, bo jego słuszne miejsce i tak było już dawno określone.
Nie znajdowało się w tym mieszkaniu, nie w kuchni, nie w Piaskownicy. Lokalizacja nie miała najmniejszego znaczenia. Mogło być wszędzie. Gdziekolwiek. Nawet w tamtej posranej jaskini, w której niemal zginęli. Gdziekolwiek, byleby przy niej, byleby przy jego dziewczynie. Bratniej duszy, tak? To też zdążyli już określić. To też wyjaśnili w ostatnim tygodniu. Tyle tylko, że ta świadomość wcale nic nie ułatwiała.
- Nazywaj to jak chcesz - wzruszył ramionami, wciąż nie spuszczając wzroku z ludzi na ulicy.
Uparcie śledził przechodniów przemierzających chodniki Alei Horyzontalnej, ani na moment nie odwracając spojrzenia od szyby. W przeciwieństwie do poprzedniego wieczoru, tym razem nie widział w niej odbicia dziewczyny. Mieli wczesny poranek. Słońce przebijało się przez chmury, które zdążyły pojawić się na niebie, ponownie je zasnuwając. Bezchmurny poranek odchodził w zapomnienie. Popołudnie zapewne miało przynieść kolejną porcję deszczu.
Nic dziwnego. W końcu zaczynała się jesień. Jeszcze nie kalendarzowa, do niej mieli jeszcze dwa tygodnie, ale pogoda powoli dostosowywała się do nadchodzącego okresu. Aura przestawała emanować letnim ciepłem i światłem. Zaczynała stawać się duszna i ponura. Noce powoli się wydłużały. Czekały na nich, długie i samotne. Nie tak to powinno wyglądać, ale jaki mieli wybór?
- Dobre chęci załatwiają wszystko, nie? - Tak, to był jasny, bardzo jednoznaczny sarkazm.
Ale czy właśnie nie to powtarzano im z niemalże każdej strony? Szczególnie w dzieciństwie, w kowenach, w innych okolicznościach, w sytuacjach, w których taka narracja była najłatwiejsza? Staraj się, miej słuszne intencje a wszystko się ułoży.
No, to jakoś się ułożyło. Chujowo, ale jakoś. W końcu wciąż tu byli. Nikt nie zginął, złamane serce nie przestało bić. Jakoś się układało. Co z tego, że nie w sposób, w jaki tego chcieli?
- Jasne. Możesz wszystko. W końcu jesteś samodzielna, silna i niezależna - praktycznie wypluł z siebie te słowa. - Tym bardziej, że nie mamy wspólnych decyzji, pamiętasz? Każda musi być narzucona przeze mnie albo przez ciebie - nie musiał mówić dlaczego, prawda?
Wcale nie chciał powtarzać tych słów. Kolejny raz mówić, że ich już nie ma. Nie istnieli jacykolwiek oni, nawet jeśli raz po raz zachowywali się tak, jakby mogli zaistnieć. A potem ponownie wszystko pierdolili, kolejny raz próbując utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko między nimi było już skończone.
Związek Schrödingera. Istniał i nie istniał. Żył i nie żył. Jednocześnie ze sobą nie byli i zadziwiająco łatwo przychodziło im pomijanie tego faktu, mniej niż bardziej okazjonalne uciekanie przed tą świadomością. Z powrotem w zachowania sugerujące, że nigdy nie mieli wyzbyć się tych wszystkich tendencji. W końcu podświadomie wcale nie chcieli tego robić. To było w tym zarazem najlepsze i najgorsze.
Jebany Schrödinger.
- Mhm. Ta. Jasne - podkurwiła go, nie dało się tego ukryć.
Od sposobu, w jaki wycedził te słowa. Po potrząśnięcie głową. Rozszerzenie powiek, drgnięcie ramion i podbródka, palce zaciskające się na materiale spodni.
Nie musiała tego robić. Zdecydowanie mogła darować sobie to parsknięcie śmiechem albo wypowiedziany zarzut. W końcu nigdy nie twierdził nic, co mogłoby być chociażby trochę zbliżone do tego, co mu zarzuciła. Wręcz przeciwnie.
- Doskonale wiemy, kto tu jest problemem, Geraldine - a jednak naprawdę musiał o tym powiedzieć?
Najwyraźniej potrzebowała to usłyszeć. Chciała, aby znów poinformował ją o pełnej świadomości tego, że to w istocie była jego wina, tak? Wcale nie chciał, żeby ją na siebie przyjmowała. Powtarzał to niczym zacięta katarynka. A i tak jakimś cudem nie było to jasne, wbrew temu, co mówili wtedy na dachu, kiedy się z nim co do tego zgodziła.
Najwidoczniej już tego nie robiła. Cały czas przeskakiwali przez kolejne narracje, nie mogąc zatrzymać się na jednej konkretnej przez dłużej niż zaledwie kilka chwil. Sami to sobie robili. Mieszali zamiast podjąć decyzję. A kiedy z pozoru ją podejmowali, wystarczyła zaledwie chwila, aby została nie tylko cofnięta, ale wręcz wymazana ze świadomości.
Tak jak teraz. Mieli jasność? Tak czy nie? Tak i nie? Wiedzieli, że nie mogą wrócić do przeszłości tak jak rzeka nigdy nie wraca do źródła. Ktoś kiedyś przyrównał czas do upływu wody, w tym momencie nie było chyba lepszego porównania. Nie dało się zawrócić rzeki przy pomocy kija. Nie można było cofnąć jej biegu. Próby zatrzymania płynącej wody w palcach były jedynie bezsensownym odewlekaniem momentu, w którym kropla po kropli i tak miało się skończyć z pustymi rękami.
Ale płynięcie z prądem nie było czymś, co przychodziło im naturalnie. Może niektórym tak, ale nie im. Oni zawsze sięgali po inne metody, zawsze wykrzywiali rzeczywistość w jedną czy w drugą stronę. Tyle tylko, że zazwyczaj wspólnie. Dla nich. Nie przeciwko nim. Teraz zupełnie się w tym poplątali.
Nie, nie mogli wrócić do przeszłości: to było jasne, tu rzeczywiście oboje wiedzieli, że to nie mogło działać. Już nie. Nie byli w stanie wymazać upływu czasu. Wydarzeń mających miejsce przez ostatnie półtora roku. Bycia zupełnie innymi ludźmi niż wtedy. Tymi, którzy nie mogli już powrócić do dawnych ustaleń, wciąż akceptować dawny stan rzeczy.
Ale jednocześnie wciąż nie mieli pełnej jasności. Mówili o tym, czego nie mogą zrobić. Nie o tym, na co mogli i zamierzali sobie pozwolić. Wciąż obracali się wokół strat, nie zysków. Nie rozmawiali na temat przyszłości. Mówili o przeszłości. Czy dało się zatem powiedzieć, że rzeczywiście cokolwiek mieli?
- Nie wiem - to było najprawdopodobniej najszczersze, co mógł w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie.
Nie miał pojęcia, co i czy w ogóle mogli zrobić. Tak, aż za dobrze wiedział, czego sam by chciał. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czego pragnęła Geraldine. Zostać tu. Nie musieli mówić tego na głos, żeby wiedzieć, że nie chodzi wyłącznie o ten jeden moment. O godzinę, kilka godzin, dzień czy tydzień. Nie to mieli na myśli. A jednak wciąż krążyli wokół samego sedna sytuacji, nie dotykając go tak naprawdę ani przez chwilę. Kręcili się w kółko, unikając istoty tego wszystkiego.
- Nasze życie - zaczął powoli, wpatrzony w błękitne tęczówki Geraldine, ostrożnie dobierając te całe dwa słowa, po których zamilkł, kręcąc głową.
Potrząsając nią lekko i biorąc płytki oddech. Zamykając usta tylko po to, żeby ponownie je otworzyć.
- Ale nie możemy w ten sposób - próbować się przyjaźnić, wykształcać dystans, później ponownie do siebie lgnąć, odpychając się wbrew własnej woli.
Tak też nie mogli tak żyć, więc co tak właściwie im pozostawało? To było skomplikowane, cholernie skomplikowane, ale nie mogli dłużej usiłować trzymać przeciwległych stron, bo to też nie działało. Wystarczyło spojrzeć na to wszystko z perspektywy, z której patrzyli na siebie nawzajem, stojąc twarzą w twarz. Blisko, naprawdę blisko, ale jednocześnie ponownie cholernie daleko.
W tym momencie nie miało znaczenia, kto zrobił ten pierwszy krok. To była kwestia kilku sekund zanim tak czy siak znaleźliby się w tym samym miejscu. Bez wątpliwości, bez obawy przed odrzuceniem. W końcu nie byli już tymi samymi ludźmi. Nie byli przyjaciółmi, nie mogli stracić tej przyjaźni.
Uniósł rękę, powolnym ruchem przesuwając nią wzdłuż policzka dziewczyny, nie przerywając tego całkiem słodkiego pocałunku. Wyjątkowo niespiesznego, pozbawionego gwałtowności, ale też bardzo jednoznacznego. Tak, chyba w końcu przybrali jedną, wspólną narrację.
Jego dłoń sama znalazła się na talii dziewczyny. Ramię gładko oplotło jej ciało, przyciągając ją całkowicie ku niemu. Tak blisko jak to było możliwe. Pozwalając im na zatracenie dystansu, którego wcale nie potrzebowali. Tak było lepiej. Zdecydowanie lepiej. Czując przyspieszone bicie serc, jednego przy drugim, dając się otulić znajomemu wrażeniu, zapachowi i miękkości. Ciepłu dotyku. Słodyczy bardzo powoli smakowanych ust.
Uniósł kąciki warg, opierając czoło o czoło Geraldine, zaczerpując tchu, choć tylko na krótką chwilę odrywając się od jej warg. Wyłącznie po to, żeby wymamrotać to jedno pytanie.
- Łazienka czy sypialnia? - Nic nie sugerował, jednocześnie samym tonem głosu sugerując dosłownie wszystko, co należało zasugerować.
Wspólna decyzja, tak?
Nie. To w żadnym razie nie napawało go optymizmem. A może powinno? W końcu tyle im to dawało. Ta świadomość była tak bardzo odżywcza, wprowadzała tyle świeżego powietrza w duszną atmosferę. Rzucała zupełnie nowe światło na ciemną i ponurą sytuację, tak? Tak? Srak.
Może to było jego miejsce. To było jego miejsce. Koniec. Kropka. Całkiem zdecydowanie to ustalili, dochodząc przynajmniej do tego jednego wspólnego stanowiska. W istocie tego teraz nie kwestionował. W tym wypadku nie był aż tak zaślepiony, żeby trwać w niesłusznym przekonaniu, że nie powinno go tu być.
Tak. To podejście bez wątpienia uległo zmianie względem tego, wokół czego kręcili się przez niemalże dwa lata. W tym wypadku czas dosyć jasno pokazał im, że lgnęli do siebie mimo wszelkich trudności, pomimo kłótni, napiętej atmosfery, wypowiedzianych i niewypowiedzianych słów. Przekraczali granice, zatracali zdrowy rozsądek, ale byli w stanie wybaczać sobie kolejne potknięcia i błędy, byleby tylko odzyskać namiastkę spokoju ducha, jaką przy sobie mieli.
Wcześniej starał się kwestionować słuszność własnych odczuć. Mówić sobie, później też jej, że to nie powinno mieć miejsca. Niesłusznie wszedł w tę rolę wiele lat temu, przyjął ją a potem wszystko całkiem naturalnym biegiem rzeczy postanowiło się spierdolić, bo nigdy nie powinno mieć miejsca.
Tyle tylko, że od samego początku w to nie wierzył. Próbował trwać przy tej narracji, która odpowiadała ich sytuacji. Wybierał pokrętną logikę, żeby nie czuć się aż tak parszywie, znajdując się na niewłaściwym miejscu. Tyle tylko, że to nic nie dawało, bo jego słuszne miejsce i tak było już dawno określone.
Nie znajdowało się w tym mieszkaniu, nie w kuchni, nie w Piaskownicy. Lokalizacja nie miała najmniejszego znaczenia. Mogło być wszędzie. Gdziekolwiek. Nawet w tamtej posranej jaskini, w której niemal zginęli. Gdziekolwiek, byleby przy niej, byleby przy jego dziewczynie. Bratniej duszy, tak? To też zdążyli już określić. To też wyjaśnili w ostatnim tygodniu. Tyle tylko, że ta świadomość wcale nic nie ułatwiała.
- Nazywaj to jak chcesz - wzruszył ramionami, wciąż nie spuszczając wzroku z ludzi na ulicy.
Uparcie śledził przechodniów przemierzających chodniki Alei Horyzontalnej, ani na moment nie odwracając spojrzenia od szyby. W przeciwieństwie do poprzedniego wieczoru, tym razem nie widział w niej odbicia dziewczyny. Mieli wczesny poranek. Słońce przebijało się przez chmury, które zdążyły pojawić się na niebie, ponownie je zasnuwając. Bezchmurny poranek odchodził w zapomnienie. Popołudnie zapewne miało przynieść kolejną porcję deszczu.
Nic dziwnego. W końcu zaczynała się jesień. Jeszcze nie kalendarzowa, do niej mieli jeszcze dwa tygodnie, ale pogoda powoli dostosowywała się do nadchodzącego okresu. Aura przestawała emanować letnim ciepłem i światłem. Zaczynała stawać się duszna i ponura. Noce powoli się wydłużały. Czekały na nich, długie i samotne. Nie tak to powinno wyglądać, ale jaki mieli wybór?
- Dobre chęci załatwiają wszystko, nie? - Tak, to był jasny, bardzo jednoznaczny sarkazm.
Ale czy właśnie nie to powtarzano im z niemalże każdej strony? Szczególnie w dzieciństwie, w kowenach, w innych okolicznościach, w sytuacjach, w których taka narracja była najłatwiejsza? Staraj się, miej słuszne intencje a wszystko się ułoży.
No, to jakoś się ułożyło. Chujowo, ale jakoś. W końcu wciąż tu byli. Nikt nie zginął, złamane serce nie przestało bić. Jakoś się układało. Co z tego, że nie w sposób, w jaki tego chcieli?
- Jasne. Możesz wszystko. W końcu jesteś samodzielna, silna i niezależna - praktycznie wypluł z siebie te słowa. - Tym bardziej, że nie mamy wspólnych decyzji, pamiętasz? Każda musi być narzucona przeze mnie albo przez ciebie - nie musiał mówić dlaczego, prawda?
Wcale nie chciał powtarzać tych słów. Kolejny raz mówić, że ich już nie ma. Nie istnieli jacykolwiek oni, nawet jeśli raz po raz zachowywali się tak, jakby mogli zaistnieć. A potem ponownie wszystko pierdolili, kolejny raz próbując utwierdzić się w przekonaniu, że wszystko między nimi było już skończone.
Związek Schrödingera. Istniał i nie istniał. Żył i nie żył. Jednocześnie ze sobą nie byli i zadziwiająco łatwo przychodziło im pomijanie tego faktu, mniej niż bardziej okazjonalne uciekanie przed tą świadomością. Z powrotem w zachowania sugerujące, że nigdy nie mieli wyzbyć się tych wszystkich tendencji. W końcu podświadomie wcale nie chcieli tego robić. To było w tym zarazem najlepsze i najgorsze.
Jebany Schrödinger.
- Mhm. Ta. Jasne - podkurwiła go, nie dało się tego ukryć.
Od sposobu, w jaki wycedził te słowa. Po potrząśnięcie głową. Rozszerzenie powiek, drgnięcie ramion i podbródka, palce zaciskające się na materiale spodni.
Nie musiała tego robić. Zdecydowanie mogła darować sobie to parsknięcie śmiechem albo wypowiedziany zarzut. W końcu nigdy nie twierdził nic, co mogłoby być chociażby trochę zbliżone do tego, co mu zarzuciła. Wręcz przeciwnie.
- Doskonale wiemy, kto tu jest problemem, Geraldine - a jednak naprawdę musiał o tym powiedzieć?
Najwyraźniej potrzebowała to usłyszeć. Chciała, aby znów poinformował ją o pełnej świadomości tego, że to w istocie była jego wina, tak? Wcale nie chciał, żeby ją na siebie przyjmowała. Powtarzał to niczym zacięta katarynka. A i tak jakimś cudem nie było to jasne, wbrew temu, co mówili wtedy na dachu, kiedy się z nim co do tego zgodziła.
Najwidoczniej już tego nie robiła. Cały czas przeskakiwali przez kolejne narracje, nie mogąc zatrzymać się na jednej konkretnej przez dłużej niż zaledwie kilka chwil. Sami to sobie robili. Mieszali zamiast podjąć decyzję. A kiedy z pozoru ją podejmowali, wystarczyła zaledwie chwila, aby została nie tylko cofnięta, ale wręcz wymazana ze świadomości.
Tak jak teraz. Mieli jasność? Tak czy nie? Tak i nie? Wiedzieli, że nie mogą wrócić do przeszłości tak jak rzeka nigdy nie wraca do źródła. Ktoś kiedyś przyrównał czas do upływu wody, w tym momencie nie było chyba lepszego porównania. Nie dało się zawrócić rzeki przy pomocy kija. Nie można było cofnąć jej biegu. Próby zatrzymania płynącej wody w palcach były jedynie bezsensownym odewlekaniem momentu, w którym kropla po kropli i tak miało się skończyć z pustymi rękami.
Ale płynięcie z prądem nie było czymś, co przychodziło im naturalnie. Może niektórym tak, ale nie im. Oni zawsze sięgali po inne metody, zawsze wykrzywiali rzeczywistość w jedną czy w drugą stronę. Tyle tylko, że zazwyczaj wspólnie. Dla nich. Nie przeciwko nim. Teraz zupełnie się w tym poplątali.
Nie, nie mogli wrócić do przeszłości: to było jasne, tu rzeczywiście oboje wiedzieli, że to nie mogło działać. Już nie. Nie byli w stanie wymazać upływu czasu. Wydarzeń mających miejsce przez ostatnie półtora roku. Bycia zupełnie innymi ludźmi niż wtedy. Tymi, którzy nie mogli już powrócić do dawnych ustaleń, wciąż akceptować dawny stan rzeczy.
Ale jednocześnie wciąż nie mieli pełnej jasności. Mówili o tym, czego nie mogą zrobić. Nie o tym, na co mogli i zamierzali sobie pozwolić. Wciąż obracali się wokół strat, nie zysków. Nie rozmawiali na temat przyszłości. Mówili o przeszłości. Czy dało się zatem powiedzieć, że rzeczywiście cokolwiek mieli?
- Nie wiem - to było najprawdopodobniej najszczersze, co mógł w tej chwili odpowiedzieć na to pytanie.
Nie miał pojęcia, co i czy w ogóle mogli zrobić. Tak, aż za dobrze wiedział, czego sam by chciał. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, czego pragnęła Geraldine. Zostać tu. Nie musieli mówić tego na głos, żeby wiedzieć, że nie chodzi wyłącznie o ten jeden moment. O godzinę, kilka godzin, dzień czy tydzień. Nie to mieli na myśli. A jednak wciąż krążyli wokół samego sedna sytuacji, nie dotykając go tak naprawdę ani przez chwilę. Kręcili się w kółko, unikając istoty tego wszystkiego.
- Nasze życie - zaczął powoli, wpatrzony w błękitne tęczówki Geraldine, ostrożnie dobierając te całe dwa słowa, po których zamilkł, kręcąc głową.
Potrząsając nią lekko i biorąc płytki oddech. Zamykając usta tylko po to, żeby ponownie je otworzyć.
- Ale nie możemy w ten sposób - próbować się przyjaźnić, wykształcać dystans, później ponownie do siebie lgnąć, odpychając się wbrew własnej woli.
Tak też nie mogli tak żyć, więc co tak właściwie im pozostawało? To było skomplikowane, cholernie skomplikowane, ale nie mogli dłużej usiłować trzymać przeciwległych stron, bo to też nie działało. Wystarczyło spojrzeć na to wszystko z perspektywy, z której patrzyli na siebie nawzajem, stojąc twarzą w twarz. Blisko, naprawdę blisko, ale jednocześnie ponownie cholernie daleko.
W tym momencie nie miało znaczenia, kto zrobił ten pierwszy krok. To była kwestia kilku sekund zanim tak czy siak znaleźliby się w tym samym miejscu. Bez wątpliwości, bez obawy przed odrzuceniem. W końcu nie byli już tymi samymi ludźmi. Nie byli przyjaciółmi, nie mogli stracić tej przyjaźni.
Uniósł rękę, powolnym ruchem przesuwając nią wzdłuż policzka dziewczyny, nie przerywając tego całkiem słodkiego pocałunku. Wyjątkowo niespiesznego, pozbawionego gwałtowności, ale też bardzo jednoznacznego. Tak, chyba w końcu przybrali jedną, wspólną narrację.
Jego dłoń sama znalazła się na talii dziewczyny. Ramię gładko oplotło jej ciało, przyciągając ją całkowicie ku niemu. Tak blisko jak to było możliwe. Pozwalając im na zatracenie dystansu, którego wcale nie potrzebowali. Tak było lepiej. Zdecydowanie lepiej. Czując przyspieszone bicie serc, jednego przy drugim, dając się otulić znajomemu wrażeniu, zapachowi i miękkości. Ciepłu dotyku. Słodyczy bardzo powoli smakowanych ust.
Uniósł kąciki warg, opierając czoło o czoło Geraldine, zaczerpując tchu, choć tylko na krótką chwilę odrywając się od jej warg. Wyłącznie po to, żeby wymamrotać to jedno pytanie.
- Łazienka czy sypialnia? - Nic nie sugerował, jednocześnie samym tonem głosu sugerując dosłownie wszystko, co należało zasugerować.
Wspólna decyzja, tak?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down