Nie pozwoliłaby, by ktokolwiek z jej bliższej rodziny, mówił nieładnie o Laurencie, a już zwłaszcza w jej obecności. Zresztą chyba dała mu tego przedsmak, gdy Louvain sugerował jakieś bezeceństwa, a czarnowłosa napyskowała mu, bardzo obrazowo mówiąc o tym, że nic nie wie, więc niech zatka dziób.
– Hej, nie przejmuj się. Był dla ciebie znacznie milszy niż dla mnie, poza tym to nie twoja wina… Mam nadzieję, że te róże na ciebie tak nie wpłynęły – żadne z nich nie wiedziało o co z nimi do końca chodzi, nie sądziła więc, że jej drogi kuzyn zacznie rozpowiadać na ten temat jakieś nieprzychylne plotki, tym bardziej, że Prewett tak naprawdę dał im całkiem mocne tropy do tego, gdzie szukać informacji i jakich dokładnie. Widziała to nagłe zawstydzenie w twarzy Laurenta, leciutki rumieniec, z którym było mu bardzo do twarzy, i dlatego postanowiła zareagować.
Zatrzymała się dość nagle, nim jeszcze nie wyszli z oranżerii, gdy Laurent zapytał o Windermere. Tak zupełnie bez ostrzeżenia, bez wcześniejszego zaanonsowania tematu i pytania, które mogło paść. Nie była na to przygotowana i wzięło ją to z zaskoczenia, o czym blondyn mógł się przekonać, widząc jej zmieszaną minę. A potem przymknęła powieki i westchnęła.
– Ja… Cóż… – nawet nie wiedziała, jak ma to powiedzieć, skoro dorzuciła ten temat do kolejnego z serii tych demonków zamkniętych za drzwiami i zatrzaśniętych żeliwną kłódką. – Odbiło mi tam na czyimś punkcie i tej osobie odbiło też na moim, tak sądzę – tak sądziła, bo nigdy tego sobie dokładnie nie wyjaśnili. Nie chciała zawracać Cainowi głowy, gdy był w szpitalu, po tym jak musieli go ewakuować z Windermere, potem ona była w Egipcie, potem jakoś… nie było okazji i… I nagle już go nie było. – Ja… my… rzuciliśmy się na siebie bardzo dosłownie – głos jej odrobinę zadrżał i mówiła jakby ciszej, zdecydowanie bardziej zawstydzona niż Laurent jeszcze przed chwilą. – Nigdy bym tego nie zrobiła, nie z nim, nie tak, i w ogóle, tym bardziej, że- – to nie tak, że nigdy by tego nie zrobiła, bo Laurent był żywym dowodem, że zrobiła i wiedział o tym najlepiej, ale wtedy Victoria nie była do nikogo przywiązana, nie miała nikogo w głowie, nawet jeśli nosiła pierścionek na palcu. Nic nie znaczył. Bo teraz nie nosiła żadnego, a jej emocje były… Kierowały ją do jednej konkretnej osoby. O tym też nie porozmawiali. Wzięła głębszy oddech. – C-całowaliśmy się, na szczęście tylko tyle, ale nawet oklumencja nie wystarczyła, żeby jakoś to odciąć – wolała to dodać, żeby nie było wątpliwości o jakiej skali mówili. Chociaż Matka jej świadkiem, że gdyby nie odrobina zdrowego rozsądku i to, że byli w pracy, to mogłoby się to skończyć znacznie gorzej. – To było… Nie byłam zainteresowana, nie pociągał mnie, oprócz tamtego miejsca. Potem czułam się strasznie brudna, tym bardziej, że dwa dni wcześniej ja i Sauriel- – urwała i wypuściła głośniej powietrze. – To się właśnie stało w Windermere – skwitowała kulawo i uciekła wzrokiem, szukając oparcia w tej samotnej, rosnącej w starej donicy róży, którą trzymała w ramionach.
Jej barki były lekko opuszczone, zaokrąglone, w defensywnej postawie kogoś, kto dobrze wiedział, że przegrał tamtą walkę – a kontrola nad sobą była dla Victorii wszystkim. Pewnie było w tej opowieści trochę luk, które Laurent mógł sobie uzupełnić po chwili zastanowienia, ale Victoria nie skupiła się na tym, by to jak najsensowniej przedstawić, a żeby wyrzucić z siebie jak najszybciej. Czuła się brudna, bo czuła się niemalże jakby dopuściła się zdrady, nawet jeśli nie zrobiła tego świadomie i w zasadzie to nadal nie bardzo znała grunt, po którym z Saurielem stąpała. To, że wiele ludzi zachowywało się w Windermere dziwnie i wbrew sobie pomagało tylko w małym stopniu.
– Perła? – spojrzała za palcem Laurenta, a potem jedną dłonią sięgnęła do małej kieszonki w sukni, jaką na sobie miała, żeby wyciągnąć swoją perłę. Zawsze w końcu znajdowała się obok niej, nawet jeśli zapominała ją przełożyć z jednego ubrania do drugiego, z jednej torebki do drugiej i tak dalej. – Też taką mam – pokazała mu ją na wyciągniętej dłoni, nim ponownie ją schowała. – Nawet nie jestem pewna, skąd dokładnie się wzięła – zastanawiała się nad tym tylko drobna chwilę, nim uznała, że musiała ją zabrać z tego statku być może przypadkiem, albo coś się stało przez ten sen… – Na Perle? Uhhm widziałam dzień z życia jednej ze służek, miała beznadziejnych mocodawców. Hrabina ją wykorzystywała do najgorszych prac przy sobie, a syn hrabiny ją wykorzystywał do… – Lestrange chrząknęła, a potem poruszyła bezdźwięcznie ustami, szukając odpowiednich słów. – Dobierał się do niej – wybrnęła w końcu i spojrzała w sklepienie oranżerii. – Ale głównie to… na statku był obskurodziciel, dzieciak nie panował nad sobą i… Myślę, że to dlatego Perła Morza poszła na dno, chłopaka musiało rozsadzić. Widziałam właśnie tego chłopca, rozmawiałam z nim – obskurus był w końcu jak ten pasożyt i te dzieci nigdy nie dożywały za dużo. – Widziałam też trupa w garniturze i kobietę, która przez niego wsiadła na statek, ona myślała o nim, a on myślał o sobie i o pieniądzach. Ale głównie to biegaliśmy po statku tam i z powrotem i walczyliśmy z trupami… A na koniec z czarownicą – ostatecznie wzruszyła ramionami. – Ty coś widziałeś? Oprócz słyszenia pereł? – właściwie az do dzisiaj nie zastanawiała się, co dokładnie sprawiało, że Perla Morza wracała na powierzchnię. To znaczy domyślała się, że czarownica musiała nekromantyczym zaklęciem czerpać z ludzi, którzy wkraczali na pokład, tracili przytomność tak jak oni… i już tam zostawali, ale nie rozmyślała nad katalizatorem, który utrzymywał zaklęcie tak długo. To był jeden z gorszych dni, jakie przeżyła, i to nie tylko przez wzgląd na historie statku – więc i Lestrange nie poświęcała temu zbyt wiele myśli. Być może był to błąd.
– W porządku, to poszukajmy Lolę. Poznasz kobietę, która… Ach. Sam zobaczysz – która sprawiła, że Victoria nauczyła się być taka zdystansowana. Z której brała pewien przykład w tym, jak kształtował się jej charakter, choć była tylko dalszą krewną. Victoria, jako dziecko, była częstym gościem Maida Vale, rodzice zabierali ją tutaj często, widząc jej zachwyt ogrodem i kwiatami, a potem… samo poleciało. Lestrange uśmiechnęła się lekko. To jest – o ile w ogóle znajdą Lorelei.