Związanie obcego mężczyzny za pomocą zaklęcia to nie była żadna czarna magia (dosłownie i w przenośni, choć w tym wypadku chodzi o niedosłowne znaczenie), skoro był tak skupiony na mamrotaniu do siebie rzeczy i zupełnie nie zwracał uwagi na to, co dzieje się wokół niego. Może myślał, że zdąży skończyć, nim pochwyci go obce, wrogie mu zaklęcie? Tego Victoria nie wiedziała – ale w tym momencie najważniejsze było to, że więzy oplotły mężczyznę, a ten spiął się nagle i oderwał od siebie dłonie, wręcz tracąc równowagę. Tyle wystarczyło, by przerwać to, co robił – cokolwiek to było.
– Wstawaj – warknęła, gdy już miała jego uwagę, bo facet odwrócił się, by spojrzeć, kto mu przeszkadza i kto go spętał. Lestrange uderzyło, jak bardzo zblazowany był jego wyraz twarzy, jakby emocje były gdzieś ponad nim. A może to po prostu w tym dymie nie widziała dokładnie, może właśnie mordował je wzrokiem?
Victoria musiała kiwnąć głową i machnąć do niego różdżką, by ten w końcu z ociąganiem podniósł się, z ulgą dostrzegając, że nie miał w dłoni swojego magicznego patyczka. Być może – to uderzyło ją dopiero po dwóch sekundach, gdy już w głowie inkantowała zaklęcie, by przywołać jego różdżkę do siebie, choć przerwała – nie był w stanie jej utrzymać, patrząc po stanie jego rąk? Może jego różdżka spaliła się, tak jak spalił się ten drewniany budynek, który dopalał się niedaleko? W tym momencie zwątpiła też, czy będzie w stanie założyć mu kajdany na ręce – chyba te liny będą musiały, póki co, wystarczyć.
– Co jest z twoimi rękami. Co tu robiłeś – nawet nie intonowała tego jako pytania, po prostu pytała ostro, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Zakładała, że chociaż unieruchomiony i rozbrojony, to był niebezpieczny.
Milczał, co tylko odrobinę podniosło frustrację Victorii, która kątem oka zerknęła na swoją towarzyszkę. Heather przyglądała się właśnie temu miejscu, najpewniej szukając znaków czegokolwiek, co miało tutaj miejsce – sama by tak zrobiła, gdyby nie typ w łopoczącym płaszczu, który jeszcze przed chwilą mamrotał jak wariat pod nosem.
– Próbowałem pomóc – cichy, męski głos, który się właśnie odezwał, chociaż już trochę przestała na to liczyć, sprawił, że Lestrange na nowo w pełni skupiła się na obcym.
– Pomóc… – powtórzyła i przez ułamek sekundy pomyślała sobie, że może jego dłonie skończyły w takim stanie, bo próbował powstrzymać ogień trawiący budynek. Że może źle go oceniła. Ale była to tylko ulotna chwila, bo mężczyzna zaraz kontynuował po tym, jak cicho odchrząknął.
– Pomóc oczyścić świat z plugastwa.
– Podpaliłeś ten dom? – Victoria miała wrażenie, że jej pociemniało w oczach i zaschło w gardle, a w odpowiedzi mężczyzna tylko się lekko uśmiechnął, być może czekając, aż któraś z nich straci cierpliwość. – Nie rozpoznałbyś plugastwa, nawet patrząc w lustro – rzuciła i upewniła się, że jej zaklęcie nie puści za szybko. Wiedziała, że tylko je prowokował i – cholera jasna, nie było o to teraz trudno, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń i świadomość, że… to był dopiero początek. A i tak miała ochotę trzasnąć go w ryj, ale nie. Była przecież opanowaną aurorką. Kobietą, która modliła się w duchu, żeby jej koty to wszystko przeżyły… Wdech wydech, wycisz emocje. Umocnij swój umysł. Jesteś kwiatem lotosu na spokojnej tafli jeziora. Lestrange zerknęła ponownie na Heather. – Znalazłaś tu coś? Trzeba go będzie zabrać – ale może Wood wypatrzyła coś ciekawego?
– Nic tu nie ma, tylko ogień. Ogień nas oczyści – mężczyzna przymknął oczy, ale Victoria nie zamierzała go teraz słuchać.