13.03.2025, 22:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.03.2025, 22:23 przez Anthony Shafiq.)
Jonathan zasiał między nimi ciszę.
Ciężką i brzemienną pośród wrześniowej nocy, wokół szwadronów winnych krzewów, pod sklepieniem rozgwieżdżonego, bezchmurnego nieba. Zasiał ciszę, która nastała po burzy, zasiał ją, by otuliła gniewne gromy, które w siebie ciskali. W stalowych ślepiach nie było czuć już gniewu. Nie było widać zranionej dumy osoby, która była pewna, że wie o przyjacielu wszystko, a jednak nie wiedziała nic.
Pozostał tylko smutek i strach.
O przyszłość.
O jutro.
Jonathan zasiał ciszę, która zgęstniała, gdy Anthony zabrał powoli palce z jego kołnierzyka. Nie odsunął się jednak w pierwszej chwili, wytrzymując spojrzenie przepastnych oczu o palisandrowym, niemal czarnym w jego percepcji odcieniu. Prawą dłoń położył na karku niewiele wyższego od siebie rozmówcy. Pociągnął jego głowę do swojej tak, aby mogli dotknąć się czołami.
Pokój? Na pewno nie w walącym boleśnie sercu, które musiało ukorzyć się wobec nieuniknionego.
– Orszak może i tak. Ja nie – odpowiedział mu szczerze, nie wdając się w szczegóły ulgi, która rozlała się w jego sercu przed laty, gdy Jonathan dobrowolnie zrezygnował z dożywotniej posady we Francji i wrócił do kraju dla niego, aby objąć posadę posiadającą o wiele mniejszy prestiż w czarodziejskiej społeczności. Nie wdając się w szczegóły swojej wdzięczności, wobec wszystkich godzin, które Jonathan spędzał z biurze, pozwalając Anthony’emu realizować się we wszystkim co sobie zamarzył. Nie wdając się w szczegóły wszystkich chwil, gdy Shafiq w siebie nie wierzył, gdy tracił cel z horyzontu i podnosił się dzięki słowom otuchy tego, który nigdy nie tracił w niego wiary.
– Nie chcę już o tym rozmawiać. Jutro po śniadaniu wrócimy do Anglii, w południe mam spotkanie z Jenkins. – Wypuścił go z rąk i odsunął się sztywno, nie patrząc już mu w twarz, zamiast tego błądząc wzrokiem po kamiennej podłodze tarasu. – A teraz wybacz proszę, muszę… muszę popatrzeć melancholijnie w dal. Sam – dodał twardo, choć ewidentnie był zagubiony, poraniony, ogłuszony hukiem trzaskanych sobie wzajem w twarz słów. Dlatego też wsunął dłonie głęboko w kieszenie swoich spodni i nie mówiąc już nic, ruszył nie tyle co w stronę posesji, a od niej, ku winoroślom, kierując swoje kroki pod rozłożyste lipowe drzewo stojące na wzgórzu. Pieszo był tam kawałek drogi, ale potrzebował bardziej niż kiedykolwiek to wszystko rozchodzić.
Ciężką i brzemienną pośród wrześniowej nocy, wokół szwadronów winnych krzewów, pod sklepieniem rozgwieżdżonego, bezchmurnego nieba. Zasiał ciszę, która nastała po burzy, zasiał ją, by otuliła gniewne gromy, które w siebie ciskali. W stalowych ślepiach nie było czuć już gniewu. Nie było widać zranionej dumy osoby, która była pewna, że wie o przyjacielu wszystko, a jednak nie wiedziała nic.
Pozostał tylko smutek i strach.
O przyszłość.
O jutro.
Jonathan zasiał ciszę, która zgęstniała, gdy Anthony zabrał powoli palce z jego kołnierzyka. Nie odsunął się jednak w pierwszej chwili, wytrzymując spojrzenie przepastnych oczu o palisandrowym, niemal czarnym w jego percepcji odcieniu. Prawą dłoń położył na karku niewiele wyższego od siebie rozmówcy. Pociągnął jego głowę do swojej tak, aby mogli dotknąć się czołami.
Pokój? Na pewno nie w walącym boleśnie sercu, które musiało ukorzyć się wobec nieuniknionego.
– Orszak może i tak. Ja nie – odpowiedział mu szczerze, nie wdając się w szczegóły ulgi, która rozlała się w jego sercu przed laty, gdy Jonathan dobrowolnie zrezygnował z dożywotniej posady we Francji i wrócił do kraju dla niego, aby objąć posadę posiadającą o wiele mniejszy prestiż w czarodziejskiej społeczności. Nie wdając się w szczegóły swojej wdzięczności, wobec wszystkich godzin, które Jonathan spędzał z biurze, pozwalając Anthony’emu realizować się we wszystkim co sobie zamarzył. Nie wdając się w szczegóły wszystkich chwil, gdy Shafiq w siebie nie wierzył, gdy tracił cel z horyzontu i podnosił się dzięki słowom otuchy tego, który nigdy nie tracił w niego wiary.
– Nie chcę już o tym rozmawiać. Jutro po śniadaniu wrócimy do Anglii, w południe mam spotkanie z Jenkins. – Wypuścił go z rąk i odsunął się sztywno, nie patrząc już mu w twarz, zamiast tego błądząc wzrokiem po kamiennej podłodze tarasu. – A teraz wybacz proszę, muszę… muszę popatrzeć melancholijnie w dal. Sam – dodał twardo, choć ewidentnie był zagubiony, poraniony, ogłuszony hukiem trzaskanych sobie wzajem w twarz słów. Dlatego też wsunął dłonie głęboko w kieszenie swoich spodni i nie mówiąc już nic, ruszył nie tyle co w stronę posesji, a od niej, ku winoroślom, kierując swoje kroki pod rozłożyste lipowe drzewo stojące na wzgórzu. Pieszo był tam kawałek drogi, ale potrzebował bardziej niż kiedykolwiek to wszystko rozchodzić.
Koniec sesji