13.03.2025, 23:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.03.2025, 00:00 przez Keyleth Nico Yako.)
Prychnęła rozbawiona na to pospieszne zapewnienie. Ostatecznie każde złoto splamione było krwią z tego prostego powodu, że się je brało z kopalni. Każdy pieniądz śmierdział. Każdy pieniądz niósł ze sobą jakieś cierpienie. Głos matki niemal szeptał jej to obecnie do ucha, więc wzdrygnął się, skupiając swoją uwagę na grudce.
Nie miał pojęcia o rzemiośle i był głęboko rozczarowany, że zgodnie ze słowami Eliasa, kobalt pozbawiony był zapachu.
– Ale to przecież nie jest niebieskie! – zauważył przytomnie, ściągając brwi w niedowierzaniu i powątpiewaniu, czy ów jegomość rzeczywiście pokazał jej dobrą grudkę. No ale przecież z drugiej strony nie pomyliłby się tak sromotnie, prawda? Bez większych ceregieli Key wziął w palce metal i zaczął go całkiem sprawnie obracać. To była jednak ziarno, nie piękny kwiat. Lep palców nie zadział zbyt skutecznie. Poza tym rozmowa, OCH rozmowa była taka fantastyczna!
–Legendę? To musi być prawda! – krzyknął, totalnie ślepy na niezręczność Eliasa, na jego nerwowe rozglądanie się po zakładzie. – Wiadomo, że są światy, a skoro u Was mówi się o takim, to z pewnością ktoś tam był inaczej przecież by o tym nie mówili! – To nie było do końca tak, że Keyleth nie miała filtra i nie potrafiła rozróżnić bajek od rzeczywistości. Każda bajka jednak, każda opowieść niosła ze sobą przesłanie wystające ponad słowa. Każda bajka była w pewnym sensie prawdziwa - musiała mieć jakiś swój początek. Tak jak kłócące się góry, jak później się okazało były to ruchy tektoniczne. Albo króliki przemieniające się w kobiety - wiadomo, że animagowie. Czekała, by spotkać fae na tej ziemi i patrzeć czy porywają do swojego bajkowego świata w którym dzieci stawały się posiłkiem. Ekscytowało ją to i przerażało jednocześnie.
– Ale w ogóle to było to to samo miejsce? Czy jednak może inne. – Tak ciemne, że niemal czarne ślepia wpatrywały się intensywnie w twarz rzemieślnika, w konspiracyjnym do niego nachyleniu. – Myślisz, że byłbyś w stanie zrobić takie lustro portal? To byłaby kwestia tego co odbija, szkła czy ramy? A może okoliczności wyrobu? Odpowiednich... run? A może... może wszystkiego tego na raz? [b]– I ta cała Alice. To była czarownica? Żyje jeszcze? – Kto by się tam przejmował jakimiś dwukierunkowymi lusterkami, gdy tu taka opowieść, taki świat, podobny do tego faeńskiego. Wyciągnął dłoń po swój wisior, nieco w roztrzepaniu, bezmyślnie. I nagle w tym samym momencie strasznie, strasznie, najstraszniej zaburczało mu w brzuchu. Jego twarz zrobiła możliwie najgłupszą minę, mieszankę szoku i odrazy do samego siebie, czyli tak zwane bardzo popularne zażenowanie. Kiedy jadł ostatnio? Chyba podkradł jakąś czerstwą bułkę rano będąc w postaci zdecydowanie mniejszej. – Em to tak, to tak, no, hehe przepraszam, chyba coś ee... to ten londyński klimat. Temperatura wzmaga apetyt bardziej niż morze. – żachnęła się lekko zaniepokojona czy uda jej się utrzymać właściwa powłokę, skoro ciało, jego rdzeń było nieszczęśliwe. – W lustrze pragnień to chyba teraz ze trzy dziki pieczone byłyby tu przede mną. Czy co tez jecie ee... gulasze i te no... puddingi! – strzelała, nie chcąc w sumie wychodzić, ale czując tykający nad karkiem zegar.
Nie miał pojęcia o rzemiośle i był głęboko rozczarowany, że zgodnie ze słowami Eliasa, kobalt pozbawiony był zapachu.
– Ale to przecież nie jest niebieskie! – zauważył przytomnie, ściągając brwi w niedowierzaniu i powątpiewaniu, czy ów jegomość rzeczywiście pokazał jej dobrą grudkę. No ale przecież z drugiej strony nie pomyliłby się tak sromotnie, prawda? Bez większych ceregieli Key wziął w palce metal i zaczął go całkiem sprawnie obracać. To była jednak ziarno, nie piękny kwiat. Lep palców nie zadział zbyt skutecznie. Poza tym rozmowa, OCH rozmowa była taka fantastyczna!
–Legendę? To musi być prawda! – krzyknął, totalnie ślepy na niezręczność Eliasa, na jego nerwowe rozglądanie się po zakładzie. – Wiadomo, że są światy, a skoro u Was mówi się o takim, to z pewnością ktoś tam był inaczej przecież by o tym nie mówili! – To nie było do końca tak, że Keyleth nie miała filtra i nie potrafiła rozróżnić bajek od rzeczywistości. Każda bajka jednak, każda opowieść niosła ze sobą przesłanie wystające ponad słowa. Każda bajka była w pewnym sensie prawdziwa - musiała mieć jakiś swój początek. Tak jak kłócące się góry, jak później się okazało były to ruchy tektoniczne. Albo króliki przemieniające się w kobiety - wiadomo, że animagowie. Czekała, by spotkać fae na tej ziemi i patrzeć czy porywają do swojego bajkowego świata w którym dzieci stawały się posiłkiem. Ekscytowało ją to i przerażało jednocześnie.
– Ale w ogóle to było to to samo miejsce? Czy jednak może inne. – Tak ciemne, że niemal czarne ślepia wpatrywały się intensywnie w twarz rzemieślnika, w konspiracyjnym do niego nachyleniu. – Myślisz, że byłbyś w stanie zrobić takie lustro portal? To byłaby kwestia tego co odbija, szkła czy ramy? A może okoliczności wyrobu? Odpowiednich... run? A może... może wszystkiego tego na raz? [b]– I ta cała Alice. To była czarownica? Żyje jeszcze? – Kto by się tam przejmował jakimiś dwukierunkowymi lusterkami, gdy tu taka opowieść, taki świat, podobny do tego faeńskiego. Wyciągnął dłoń po swój wisior, nieco w roztrzepaniu, bezmyślnie. I nagle w tym samym momencie strasznie, strasznie, najstraszniej zaburczało mu w brzuchu. Jego twarz zrobiła możliwie najgłupszą minę, mieszankę szoku i odrazy do samego siebie, czyli tak zwane bardzo popularne zażenowanie. Kiedy jadł ostatnio? Chyba podkradł jakąś czerstwą bułkę rano będąc w postaci zdecydowanie mniejszej. – Em to tak, to tak, no, hehe przepraszam, chyba coś ee... to ten londyński klimat. Temperatura wzmaga apetyt bardziej niż morze. – żachnęła się lekko zaniepokojona czy uda jej się utrzymać właściwa powłokę, skoro ciało, jego rdzeń było nieszczęśliwe. – W lustrze pragnień to chyba teraz ze trzy dziki pieczone byłyby tu przede mną. Czy co tez jecie ee... gulasze i te no... puddingi! – strzelała, nie chcąc w sumie wychodzić, ale czując tykający nad karkiem zegar.