02.02.2023, 20:39 ✶
Sytuacja powoli już się uspokajała. Słysząc tembr głosu dochodzący znad głowy podniósł brodę i zobaczył, że wpadł na dwumetrowego faceta. Słodka Morgano, kolejny wielkolud!
- Jesteś krewnym Reginy Rowle?- wypalił zanim pomyślał i uniósł wysoko brwi. Czuł się tu niczym mikrus a wydawało mu się, że nie należy do aż tak niskich osób. Głosy zebranych mieszały się w jednolity gwar. Ktoś mówił o uzdrowicielu, kapłankach, wizycie w szpitalu. O nie, za nic w świecie nie pójdzie do Munga. Spotkanie z Bulstrode tuż po tym jak wysłał do niej sponiewieranego pacjenta mogło skończyć się… niekoniecznie przyjemnym acz trafnym komentarzem.
- Nie no, nie jest z nami tak źle, co nie Julien?- zawołał do swojego towarzysza niedoli. Odsunął się kawałek od Theona, dwukrotnie klepiąc w podziękowaniu jego ramię.
- Dzięki. Przepraszam za zamieszanie. - stanął prosto i bez podtrzymywania się. Nora gdzieś odeszła ale taktownie się za nią nie obejrzał. Nigdy więcej. Będzie musiał ostrożnie opisać Fergusowi sytuację aby nie pomyślał, że interesują go nogi jego znajomej. Zbiegowisko się przerzedziło więc odetchnął z ulgą.
- Dzięki, Brenna! Kolejny raz. - zawołał za odchodzącą dziewczyną i żegnając się krótkim słowem i gestem z Theonem ostrożnym krokiem dotarł do Juliena. Zamazywał się lekko w oczach ale poza tym wydawał się nieźle trzymać jak na taki upadek.
- Kapłanki mogą mieć eliksir wiggenowy. Chodźmy, bohaterze zanim znów na nas coś spadnie. - położył rękę na jego ramieniu i nie był pewien czy po to aby go przytrzymać czy mieć w nim oparcie. Może i jedno i drugie. Dotarcie do wspomnianych osób zajęło dwukrotnie więcej czasu niż w normalnych okolicznościach. Dwukrotnie straciłby równowagę gdyby nie miał obok siebie równie poobijanego Juliena. W pewnym momencie się zatrzymali kiedy dostrzegł stoisko z ziołami i eliksirami. Nachylił się do Charlesa, nie opuszczając przy tym wzroku z dwóch krzątających się kobiet.
- Mój plan rozłożenia stołów był do bani. Teraz twoja kolej, Julien.- mówił i nabrał tchu. Nie mieli absolutnie najmniejszych problemów z zakupem trzech eliksirów wiggenowych za które Flint zapłacił, byleby mieć je już w ręku. Usiadł na jakimś pniu, zaciskając zęby po to aby nie stęknąć z bólu głowy. Ćmiło i pulsowało w żyłach. Zrobił dla Juliena miejsce obok siebie i podał mu flakonik mlecznobiałego eliksiru. Sam wypił dwie naraz, duszkiem i zamknął przy tym oczy czując słodycz rozlewającą się po ustach. Roześmiał się sam do siebie, ot tak, bez powodu.
- Jakkolwiek to zabrzmi, Julien, ale ten nasz wypadek dobrze mi zrobił. Dawno się tak nie śmiałem. - zagadywał go w trakcie działania eliksiru. Powoli guz na jego głowie wchłaniał się, rozcięcie na potylicy ładnie się zagoiło. Pomacał swoją głowę i z ulgą nie wyczuł na niej żadnych głębokich ran. Otworzył oczy i w końcu wyciągnął różdżkę. Dwoma machnięciami i inkantacjami wyciągnął ze skóry rąk i twarzy drzazgi. Ulga była natychmiastowa.
- Nie ruszaj się to z ciebie też je wyjmę. Jako brat uzdrowicielki muszę znać podstawy lecznicze. - wyjaśnił, nie dodając, że Cynthia zajmuje się z reguły trupami. Tego nie musiał wiedzieć. Ogrzał zaklęciem jego twarz, zdejmując z niego wszystkie drzazgi, jeśli w ogóle chciał takiej pomocy. Dojście do siebie musiało zająć im około dwudziestu minut. Po tym czasie już nie kręciło mu się w głowie a i czuł się naprawdę nieźle. Co prawda kapłanka zaleciła zaniechanie teleportacji (to wszak jego główny sposób przemieszczania się) i wizytę w szpitalu (zaniepokoiły ją jego źrenice) ale to odłożył już na dalszy plan. Podniósł się i przeciągnął jakby dopiero co się obudził ze snu.
- Podejście do stołów numer dwa. Naprawić, rozstawić, zrobić przejścia. Gotowy?- posłał mu hojny w szczerości uśmiech, absolutnie nie ubolewając nad tym, że przez jakiś czas znajdowali się w centrum zainteresowania. To całkiem ciekawe doświadczenie - stresujące ale poniekąd miłe.
- Jesteś krewnym Reginy Rowle?- wypalił zanim pomyślał i uniósł wysoko brwi. Czuł się tu niczym mikrus a wydawało mu się, że nie należy do aż tak niskich osób. Głosy zebranych mieszały się w jednolity gwar. Ktoś mówił o uzdrowicielu, kapłankach, wizycie w szpitalu. O nie, za nic w świecie nie pójdzie do Munga. Spotkanie z Bulstrode tuż po tym jak wysłał do niej sponiewieranego pacjenta mogło skończyć się… niekoniecznie przyjemnym acz trafnym komentarzem.
- Nie no, nie jest z nami tak źle, co nie Julien?- zawołał do swojego towarzysza niedoli. Odsunął się kawałek od Theona, dwukrotnie klepiąc w podziękowaniu jego ramię.
- Dzięki. Przepraszam za zamieszanie. - stanął prosto i bez podtrzymywania się. Nora gdzieś odeszła ale taktownie się za nią nie obejrzał. Nigdy więcej. Będzie musiał ostrożnie opisać Fergusowi sytuację aby nie pomyślał, że interesują go nogi jego znajomej. Zbiegowisko się przerzedziło więc odetchnął z ulgą.
- Dzięki, Brenna! Kolejny raz. - zawołał za odchodzącą dziewczyną i żegnając się krótkim słowem i gestem z Theonem ostrożnym krokiem dotarł do Juliena. Zamazywał się lekko w oczach ale poza tym wydawał się nieźle trzymać jak na taki upadek.
- Kapłanki mogą mieć eliksir wiggenowy. Chodźmy, bohaterze zanim znów na nas coś spadnie. - położył rękę na jego ramieniu i nie był pewien czy po to aby go przytrzymać czy mieć w nim oparcie. Może i jedno i drugie. Dotarcie do wspomnianych osób zajęło dwukrotnie więcej czasu niż w normalnych okolicznościach. Dwukrotnie straciłby równowagę gdyby nie miał obok siebie równie poobijanego Juliena. W pewnym momencie się zatrzymali kiedy dostrzegł stoisko z ziołami i eliksirami. Nachylił się do Charlesa, nie opuszczając przy tym wzroku z dwóch krzątających się kobiet.
- Mój plan rozłożenia stołów był do bani. Teraz twoja kolej, Julien.- mówił i nabrał tchu. Nie mieli absolutnie najmniejszych problemów z zakupem trzech eliksirów wiggenowych za które Flint zapłacił, byleby mieć je już w ręku. Usiadł na jakimś pniu, zaciskając zęby po to aby nie stęknąć z bólu głowy. Ćmiło i pulsowało w żyłach. Zrobił dla Juliena miejsce obok siebie i podał mu flakonik mlecznobiałego eliksiru. Sam wypił dwie naraz, duszkiem i zamknął przy tym oczy czując słodycz rozlewającą się po ustach. Roześmiał się sam do siebie, ot tak, bez powodu.
- Jakkolwiek to zabrzmi, Julien, ale ten nasz wypadek dobrze mi zrobił. Dawno się tak nie śmiałem. - zagadywał go w trakcie działania eliksiru. Powoli guz na jego głowie wchłaniał się, rozcięcie na potylicy ładnie się zagoiło. Pomacał swoją głowę i z ulgą nie wyczuł na niej żadnych głębokich ran. Otworzył oczy i w końcu wyciągnął różdżkę. Dwoma machnięciami i inkantacjami wyciągnął ze skóry rąk i twarzy drzazgi. Ulga była natychmiastowa.
- Nie ruszaj się to z ciebie też je wyjmę. Jako brat uzdrowicielki muszę znać podstawy lecznicze. - wyjaśnił, nie dodając, że Cynthia zajmuje się z reguły trupami. Tego nie musiał wiedzieć. Ogrzał zaklęciem jego twarz, zdejmując z niego wszystkie drzazgi, jeśli w ogóle chciał takiej pomocy. Dojście do siebie musiało zająć im około dwudziestu minut. Po tym czasie już nie kręciło mu się w głowie a i czuł się naprawdę nieźle. Co prawda kapłanka zaleciła zaniechanie teleportacji (to wszak jego główny sposób przemieszczania się) i wizytę w szpitalu (zaniepokoiły ją jego źrenice) ale to odłożył już na dalszy plan. Podniósł się i przeciągnął jakby dopiero co się obudził ze snu.
- Podejście do stołów numer dwa. Naprawić, rozstawić, zrobić przejścia. Gotowy?- posłał mu hojny w szczerości uśmiech, absolutnie nie ubolewając nad tym, że przez jakiś czas znajdowali się w centrum zainteresowania. To całkiem ciekawe doświadczenie - stresujące ale poniekąd miłe.