• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy

[7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
14.03.2025, 02:04  ✶  
- Dzień dobly. Plawdę mówiąs, muszę się lozejsześ. - Powiedziałem, nie odwracając się w kierunku sprzedawcy. Głos miałem neutralny, może nawet lekko obojętny. Wszystko to, żeby zasugerować, że nie chciałem angażować się w zbędną rozmowę. Starałem się nie wyglądać na osobę, która zbyt mocno przejmuje się zakupami - raczej weszła tu na chwilę po jakąś pierdolę. Na przykład - o, ten model Titanica, on rzeczywiście przyciągnął moją uwagę.
Sprawił, że chwilę później moje myśli krążyły już wokół goblinów, które, jak wiadomo, lubią utarte, ale sprawdzone schematy. Nie były zbyt kreatywne, wolały trzymać się znanych rozwiązań.
- Są cwane, ale pszewidywalne... Za to dokładnie lobią lobotę... - To stwierdzenie wydało mi się na tyle oczywiste, że aż wzruszyłem ramionami. Przeszedłem kawałek dalej, zatrzymując wzrok na nowym modelu. Jak na zawołanie - nie statku, a samochodu. Magiczne auta? Ma to sens. Zastanowiłem się nad tym, jak często w historii pojawiały się narracje o wynalazkach, które miały zmienić świat. Bardzo często.
Uśmiechnąłem się lekko, bo spostrzeżenia Isaaca miały sens.
- Tak, ma to wyjątkowo duszo sensu. - Odpowiedziałem, wciąż nie odwracając głowy. - Tym baldziej, sze data szekomej śmielci Folda jeszt besposzlednio powiąsana s datą szekomego zaginięsia Amelii Ealhalt. Miesziące się nie zgadzają, ale leszta to bespoślednia sugestia. Ona zaginęła w 1937 loku, on smalł w 1947. Nieofisjalnie, kobieta plasowała dla Folda, testowała magiszne samochody nad oseanem. Ministelstwo chciało, by była ostszeszeniem dla Folda, po któlym męszczyzna wycofałby szię s gly, a i ona, gdyby sginęła, nie byłaby jusz niewygodna, bo kobieta w tej branszy splawiała im kłopoty. Wyszła s wypadku, sfingowała sfoją śmierć, a potem zrobiła miejsce dla Folda. - Moje słowa brzmiały poważnie i zdecydowanie, w pełni oddawały wagę tej ukrytej prawdy. W tym momencie spojrzałem kątem oka na drzwi do sklepu.
Wsunąłem się nieco między jeden i drugi regał, zaledwie kilka kroków, a jednak wystarczająco, by mieć wszystko na oku. Usłyszałem, jak drzwi do sklepu otworzyły się z cichym brzdękiem dzwoneczka, co zasugerowało, że do środka weszli nowi klienci. Przesunąłem się jeszcze kawałek, aby mieć lepszy widok na wejście, pomiędzy półkami. Dyskretnie obróciłem się przodem do wchodzących ludzi, starając się nie zwracać na siebie uwagi - no, naprawdę próbowałem - w razie, gdybym miał napotkać wzrokiem kogoś, kto nie był ludźmi, z którymi miałem się spotkać.
Kiwnąłem głową na powitanie, raczej w stronę Roise'a niż do blondynki. Na Geraldine spojrzałem z oziębłością, taksując ją spojrzeniem - góra-dół-góra - po czym bardzo nieznacznie uniosłem podbródek. Zupełnie tak, jakbym ocenił ją w zaledwie kilka sekund i uznał za niegodną mojego pełnego szacunku, co - tak właściwie - nie mogło być bardziej zgodne z prawdą. Zresztą, nie robiłem tego bez powodu - Geraldine dostatecznie mocno udowodniła, że jest zadufaną w sobie pannicą, a ja nie miałem zamiaru udawać, że myślę inaczej. Nie byłem jej nic winien. Po ostatnim spotkaniu, które miało miejsce zaledwie dzień wcześniej, utraciliśmy status starych znajomych - wiedziałem, że nasze relacje nie mają rychłych szans na poprawę. Prawdę mówiąc - nie mogło mnie to bardziej nie obchodzić, bo nie byłem tu dla niej. To było aż nadto dostrzegalne.
Miałem wrażenie, że nasza wzajemna niechęć była tak oczywista, że nawet nie musieliśmy się wysilać, by to ukryć, bo to i tak niewiele by dało. Tolerowałem ją tylko ze względu na mojego przyjaciela, który ewidentnie miał do niej słabość. Z początku widziałem w tym pewną logikę - nietrudno było dostrzec, że byli podobni do siebie, szczególnie, gdy znało się ich oboje. W myślach wróciłem do czasów szkolnych, kiedy to nasze relacje układały się zupełnie inaczej. Wtedy była inną osobą, może nie mniej zadufaną w sobie, ale przynajmniej bardziej znośną. Ja tak samo.
Aktualnie, po tym, co się stało, nie rozumiałem tego, że Roise kręcił się wokół niej ze względu na jej... Coś. Cóż, cholera wie, co? Raczej nie coś tak płytkiego, jak duże cycki albo tyłek w opiętych, skórzanych spodniach, bo chyba wszyscy wyrośliśmy z tego etapu. A może nie? Nie dało się ukryć, że Ambroise zachowywał się przy niej jak podrostek albo, jak małolat potrzebujący podkreślać swoją pozycję. To było dla mnie zupełnie niezrozumiałe, bo w czasach szkolnych to wyglądało zupełnie inaczej - żaden z nas raczej nie musiał uganiać się za dziewczynami. Z drugiej strony, może to właśnie to go pociągało. Lubił wyzwania, ona była takim wyzwaniem. Okręciła go sobie wokół palca wskazującego, no i mieliśmy to, co mieliśmy - wymuszoną współpracę, bo przecież przyjacielowi, bratu, bym nie odmówił. Niestety, to oznaczało, że Yaxley też nie mogłem odmówić, skoro chodzili w pakiecie - trzymając się za ręce, obejmując się ramionami i sprawiając, że zaczynałem rozważać to, czy nie powinienem zacząć ich nazywać „Ambroise i Ambrosia” albo „Geraldine i Gerald” - w zależności od tego, kto akurat nosił bardziej obcisłe spodnie, w których mocniej uwydatniał się kutas. No, bo po co utrudniać sobie życie? W takich chwilach, jak ta, zachowywali się jak jeden organizm. Zdążyłem to spostrzec.
Żując gumę, parsknąłem pod nosem, wsłuchując się w ich rozmowę. Samemu w dalszym ciągu przeglądałem zawartość półek, bo naprawdę lubiłem modele do składania, a poza tym nie miałem ochoty na przesadne uprzejmości. Za to Roise był ewidentnie w swoim żywiole - z tym, że starał się być tym, kim nie był, bardzo widocznie z przekory - zachowywał się jak nastroszony paw.
Zmrużyłem oczy, kiedy Geraldine zaczęła komplementować Bagshota, ale jej słowa były dla mnie tylko szumem w tle, towarzyszącym kończeniu przeglądania modeli statków - i to nie takim białym szumem. Raczej wręcz przeciwnie - drażniła mnie barwa jej głosu i gdybym miał być zupełnie szczery, a zazwyczaj byłem, nazwałbym to jazgotem na miarę placu zabaw w samo południe. Tym bardziej, że nie interesowała mnie jej opinia na temat wąsów gospodarza. Byliśmy tu z innego powodu, niż towarzyska gadka-szmatka. Doskonale wiedziała, że czas miał dla mnie znaczenie - zwłaszcza, gdy robiłem coś pro publico bono.
Kiedy odwróciłem się, żeby dołączyć do pozostałej reszty, moje spojrzenie - pełne antypatii, ale nie otwarcie wrogie - mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa. Traciliśmy czas na pogawędki, tak jak traciliśmy czas na zabawę z myślodsiewnią, zamiast wybrać się na miejsce i zbadać tam runy. Nie byłoby tego spotkania, gdyby tylko ktoś potrafił się teleportować, a nie z dużym prawdopodobieństwem świecił dupą w skórze podczas zdawania kursu na teleportację, dzięki czemu dostał zezwolenie. Miałem nadzieję, że chociaż miała przyzwoitą pamięć, bo w przeciwnym razie to całe oglądanie wspomnień też mogło być kompletną klapą.
Wreszcie odłożyłem ostatni model na półkę. Zatrzymałem tylko jeden - ten pierwszy - Titanic do sklejania. Tak - zamierzałem go kupić.
Zbliżając się do reszty, ustawiłem się tak, by nie stać obok Geraldine. Zdecydowanie nie miałem zamiaru udawać, że jesteśmy przyjaciółmi. Z uwagi na różnicę w wieku, w szkole próbowałem patrzeć na nią z większym zrozumieniem, ale po ostatnim spotkaniu, które było pierwszym od lat i niestety nie ostatnim, moja cierpliwość wyraźnie się wyczerpała. Zająłem miejsce po drugiej stronie Ambroise'a, aby odseparować się od jego królewny, która ewidentnie potrzebowała być w centrum zainteresowania. Starałem się odnaleźć w sobie entuzjazm i pozytywne myśli na jej temat, ale to, co działo się między nami podczas poprzedniego dnia, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że czasami nie ma sensu udawać - nie da się lubić wszystkich.
Dla przykładu - moja wersja z czasów szkolnych była równie uwielbiana, co nienawidzona. Zależało od tego, kogo by spytać. Zawsze lubiłem drażnić członków drużyny, w tym także Isaaca, a ten jego wąs był do tego idealnym pretekstem. Jeśli wszyscy tak mówili, to i ja mogłem dołączyć do chóru. Jak wszyscy, to wszyscy - pełna kulturka.
- Szeszywiszcie, ten wąs jeszt wyjątkowo twaszowy, a pszy tym pszekonująco mugolski. - Odezwałem się, nie mogąc się powstrzymać. - Chociaż... Jednosześnie kwestionowałbym to, szy mieszasz się z nim w tłum. Jeszt, jahby to ująś... Baldzo... Séduisant. - Skomplementowałem Isaaca, bez mrugnięcia okiem i ani krzty ironii w głosie - pełna kultura. - A, tak... - Dodałem przy okazji, wyciągając rękę ku mężczyźnie. - Zupełnie bym zapomniał. Fenwick. Benjy.
Nasza wzajemna niechęć z Yaxley była wręcz namacalna, ale przecież nie musiałem okazywać jej przyjaciołom żadnych nieuprzejmości, skoro to była tylko współpraca.
Spojrzałem na Isaaca, posłałem mu firmowy uśmiech, a potem zerknąłem na resztę towarzystwa.
- Tak, poniekąd jesteszmy tu w tym samym selu. - Odparłem na jego pytanie o naszą wspólną obecność. - Szczesze mówiąc, chętnie napiłbym szię kawy, bo jest stlasznie wcześnie. Nie sądzę jednak, sze mamy na to szas. -Dodałem, zerkając na Roise'a, uśmiechając się pod nosem - nie tylko on mógł grać rolę dżentelmena. W dalszym ciągu też to potrafiłem - nawet odmawiając sobie kawy.
Właściwie, to w tej chwili powinienem być w Dziurawym Kotle, sącząc gorącą kawę, bo był jeszcze strasznie wczesny poranek, a ja wciąż walczyłem ze skutkami bezsenności po zmianie strefy czasowej, ale cóż… Czas nie był po mojej stronie, nie mogłem być w dwóch miejscach na raz, miałem zobowiązania ważniejsze od porannej kawusi. Byleby szybko i do rzeczy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (2990), Benjy Fenwick (2467), Geraldine Greengrass-Yaxley (2442), Isaac Bagshot (1907)




Wiadomości w tym wątku
[7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Isaac Bagshot - 05.03.2025, 23:43
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Benjy Fenwick - 06.03.2025, 03:59
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.03.2025, 01:18
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.03.2025, 02:39
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Isaac Bagshot - 12.03.2025, 22:30
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Benjy Fenwick - 14.03.2025, 02:04
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.03.2025, 11:47
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.03.2025, 16:36
RE: [7.09.1972] Sklep piśmienniczy Bagshotów - Miało być spokojnie… ale przyszli wszyscy - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 14.06.2025, 21:27

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa