02.02.2023, 21:30 ✶
Odpowiedź dziewczyny wstrząsnęła jego komórkami nerwowymi na tyle, że po martwym ciele przebiegłby zimny dreszcz gdyby jeszcze funkcjonowało. Zareagował za to zaciśnięciem palców w pięści i chwilowym wstrzymaniem oddechu. Po minucie przywrócił je do normy.
- Nie mów tak. To nie są żarty. Nawet nie wiesz jak łatwo jest tu umrzeć. Nie wiem jak ty ale nie ma sensu tu stać. Nie chcę przekonać się czy znów coś mnie…- ugryzł się w język i potrząsnął głową. Nie powie jej przecież, że niedawno tu zginął i bezpowrotnie stracił część siebie. To nie są informacje przeznaczone dla byle kogo. Wyszedł do kasyna aby odreagować więc nie mógł naskakiwać na tę niską kobietę. Czekał na jej decyzję. Przestąpił z nogi na nogę, nerwowo, jakby nagle otrzeźwiał i uznał, że ucieczka stąd będzie najlepszym rozwiązaniem. Przypomniała mu, że nie powinien nocami chodzić uliczkami skoro jego morderca może go odnaleźć i chcieć dokończyć "dzieła". Gdy ruszyła, szybko zrównał z nią krok bo miał zdecydowanie dłuższe nogi. Między nimi było spokojne trzydzieści centymetrów różnicy.
- Nie traktuj mnie jak mordercy. Nie jestem zły.- zabrzmiał oschle ale dziewczyna nieumyślnie dotknęła struny dla niego wrażliwej. Był do, jasnej avady, wampirem. Nie prosił się o to. Nie chciał zabijać a wiedział, że w amoku głodu byłby w stanie to zrobić. Gdyby się na nią tutaj rzucił to nie byłoby świadków. Nie powinna myśleć, że mógłby jej zagrażać, to go ubodło. Mimo wszystko miała rację - zagrażał jej lecz nie zdawała sobie sprawy na jakiej płaszczyźnie. Wyciągnął do niej lekko letnią w dotyku dłoń.
- Jestem Cody. Chodźmy do tej klubokawiarni, mam ochotę na pączka.- a wiedział, że nie zdoła go nawet tknąć. Cokolwiek brał do ust to wzdrygał się. Słodkie zapachy już go nie nęciły, czego bardzo żałował. Minęły dwa miesiące a on nie mógł się pogodzić z utratą zdolności cieszenia się cudami kulinarnymi.
- Czemu nie poszłaś główną ulicą? - zapytał gdy podeszli w kierunku tych ciasno ustawionych kamienic z czerwonej cegły. Dłonią wskazał jej by poszła pierwsza a on pójdzie za nią. Nie zmieszczą się obok siebie a to najszybsze przejście. Zapatrzył się na jej kaptur i zaciskał mocno zęby. Nad ranem będzie musiał się napić krwi i to na tyle dużo aby starczyło najbliższą dobę. Nie powinna go tutaj spotykać. To złe, że wpadła akurat na niego. Mógł być głodny. Czuł w gardle pieczenie ale umiał je ignorować… przez jakiś czas. Nie miałaby jak uciec, nie spodziewałaby się ataku skoro poniekąd posłuchała jego porady wyniesienia się stąd, a i uwierzyła, że idą dobrą drogą. Teraz myślał trochę dziko, walczył z pokusą. Nie, nie był głodny, miał wszak jeszcze letnie dłonie. Dopiero gdy będą lodowate to dopadnie go cała reszta symptomów i brak logicznego myślenia. Szedł za nią w milczeniu a gdyby się obejrzała to dostrzegłaby jak wwierca się w nią intensywnym spojrzeniem. Krok za krokiem, kiedy te kamienice się skończą? Powtarzał sobie w myślach, że nie jest spragniony. Nie musi pić tej gorącej krwi. Pamiętał jak za pierwszym razem łatwo przyszło mu wbić zęby w Williama. Nie był tego wtedy świadomy, to było niczym odruch oddychania. Ta soczysta, gęsta ciecz działała na niego odżywczo; co prawda mogłaby być nieco bardziej nawodniona ale samo wspomnienie tego smaku wywołało w gardle jeszcze silniejsze pieczenie.
- Przyspieszmy.- ponaglił ją spiętym głosem, czując coraz większą ochotę aby ją zatrzymać w tym zaułku. Zacisnął dłoń na swoich już sinych ustach i wrzeszczał na siebie w myślach. Gdy tylko wyszli do głównej ulicy wyminął Avelinę i odsunął się od zaułka na kilka metrów. Tam, na chodniku, oparł ręce o swoje kolana i tak pochylony wbijał wzrok w kostkę brukową. Nie, nie łapał oddechu, w ogóle nie oddychał. Przywoływał się do trzeźwości umysłu. Nie są już w zaułku, idą zjeść pączka. Avelina będzie delektować się słodyczą a on zatęskni mentalnie. Potrzebował minuty na dawkę rozsądnych myśli i w końcu się wyprostował.
- Wybacz. Chyba przez chwilę było zbyt wąsko. Do "Nory Nory" w tamtą stronę. - wskazał dłonią kierunek i zdjął z siebie kaptur, odsłaniając swoją bladą i lekko piegowatą facjatę młodego chłopaka. Cieszył się, że wyszli z zaułka i nie nękały go myśli o zaatakowaniu Aveliny. Uśmiechnął się pogodnie.
- Przeżyliśmy. Musimy to uczcić. - zawołał żwawo, aby wymazać z siebie dotychczasowe myśli. Naprawdę nie zdawała sobie sprawy, że powinni się cieszyć, że żyje.
- Nie mów tak. To nie są żarty. Nawet nie wiesz jak łatwo jest tu umrzeć. Nie wiem jak ty ale nie ma sensu tu stać. Nie chcę przekonać się czy znów coś mnie…- ugryzł się w język i potrząsnął głową. Nie powie jej przecież, że niedawno tu zginął i bezpowrotnie stracił część siebie. To nie są informacje przeznaczone dla byle kogo. Wyszedł do kasyna aby odreagować więc nie mógł naskakiwać na tę niską kobietę. Czekał na jej decyzję. Przestąpił z nogi na nogę, nerwowo, jakby nagle otrzeźwiał i uznał, że ucieczka stąd będzie najlepszym rozwiązaniem. Przypomniała mu, że nie powinien nocami chodzić uliczkami skoro jego morderca może go odnaleźć i chcieć dokończyć "dzieła". Gdy ruszyła, szybko zrównał z nią krok bo miał zdecydowanie dłuższe nogi. Między nimi było spokojne trzydzieści centymetrów różnicy.
- Nie traktuj mnie jak mordercy. Nie jestem zły.- zabrzmiał oschle ale dziewczyna nieumyślnie dotknęła struny dla niego wrażliwej. Był do, jasnej avady, wampirem. Nie prosił się o to. Nie chciał zabijać a wiedział, że w amoku głodu byłby w stanie to zrobić. Gdyby się na nią tutaj rzucił to nie byłoby świadków. Nie powinna myśleć, że mógłby jej zagrażać, to go ubodło. Mimo wszystko miała rację - zagrażał jej lecz nie zdawała sobie sprawy na jakiej płaszczyźnie. Wyciągnął do niej lekko letnią w dotyku dłoń.
- Jestem Cody. Chodźmy do tej klubokawiarni, mam ochotę na pączka.- a wiedział, że nie zdoła go nawet tknąć. Cokolwiek brał do ust to wzdrygał się. Słodkie zapachy już go nie nęciły, czego bardzo żałował. Minęły dwa miesiące a on nie mógł się pogodzić z utratą zdolności cieszenia się cudami kulinarnymi.
- Czemu nie poszłaś główną ulicą? - zapytał gdy podeszli w kierunku tych ciasno ustawionych kamienic z czerwonej cegły. Dłonią wskazał jej by poszła pierwsza a on pójdzie za nią. Nie zmieszczą się obok siebie a to najszybsze przejście. Zapatrzył się na jej kaptur i zaciskał mocno zęby. Nad ranem będzie musiał się napić krwi i to na tyle dużo aby starczyło najbliższą dobę. Nie powinna go tutaj spotykać. To złe, że wpadła akurat na niego. Mógł być głodny. Czuł w gardle pieczenie ale umiał je ignorować… przez jakiś czas. Nie miałaby jak uciec, nie spodziewałaby się ataku skoro poniekąd posłuchała jego porady wyniesienia się stąd, a i uwierzyła, że idą dobrą drogą. Teraz myślał trochę dziko, walczył z pokusą. Nie, nie był głodny, miał wszak jeszcze letnie dłonie. Dopiero gdy będą lodowate to dopadnie go cała reszta symptomów i brak logicznego myślenia. Szedł za nią w milczeniu a gdyby się obejrzała to dostrzegłaby jak wwierca się w nią intensywnym spojrzeniem. Krok za krokiem, kiedy te kamienice się skończą? Powtarzał sobie w myślach, że nie jest spragniony. Nie musi pić tej gorącej krwi. Pamiętał jak za pierwszym razem łatwo przyszło mu wbić zęby w Williama. Nie był tego wtedy świadomy, to było niczym odruch oddychania. Ta soczysta, gęsta ciecz działała na niego odżywczo; co prawda mogłaby być nieco bardziej nawodniona ale samo wspomnienie tego smaku wywołało w gardle jeszcze silniejsze pieczenie.
- Przyspieszmy.- ponaglił ją spiętym głosem, czując coraz większą ochotę aby ją zatrzymać w tym zaułku. Zacisnął dłoń na swoich już sinych ustach i wrzeszczał na siebie w myślach. Gdy tylko wyszli do głównej ulicy wyminął Avelinę i odsunął się od zaułka na kilka metrów. Tam, na chodniku, oparł ręce o swoje kolana i tak pochylony wbijał wzrok w kostkę brukową. Nie, nie łapał oddechu, w ogóle nie oddychał. Przywoływał się do trzeźwości umysłu. Nie są już w zaułku, idą zjeść pączka. Avelina będzie delektować się słodyczą a on zatęskni mentalnie. Potrzebował minuty na dawkę rozsądnych myśli i w końcu się wyprostował.
- Wybacz. Chyba przez chwilę było zbyt wąsko. Do "Nory Nory" w tamtą stronę. - wskazał dłonią kierunek i zdjął z siebie kaptur, odsłaniając swoją bladą i lekko piegowatą facjatę młodego chłopaka. Cieszył się, że wyszli z zaułka i nie nękały go myśli o zaatakowaniu Aveliny. Uśmiechnął się pogodnie.
- Przeżyliśmy. Musimy to uczcić. - zawołał żwawo, aby wymazać z siebie dotychczasowe myśli. Naprawdę nie zdawała sobie sprawy, że powinni się cieszyć, że żyje.