Zdradziła przede wszystkim siebie i swoje przekonania. Czuła się brudna z wielu powodów, bo po pierwsze z sekundą, gdy zniknęła z Windermere i czar przestał działać, wszystko stało się przerażająco jasne: ten pocałunek to była tylko kropka nad i wyjaśniająca plotki o tym, dlaczego ludzie wracali stamtąd tacy odmienieni, a niektóre związki przestawały istnieć (a inne się nagle tworzyły). I był on błędem. Po drugie to było jak gwałt… w pewnym sensie, bo czar zmieniał twoją percepcję, twoje uczucia, tworzył emocje, których nie było w stosunku do konkretnych osób, i to było prawdziwie okropne. Obrzydliwe wręcz – uzmysłowić sobie, że było się ofiarą wyjątkowo paskudnego zaklęcia. Nikt, w żadnej wierze i intencji, nie powinien tak mieszać w ludzkich uczuciach, takie było jej stanowisko. I po trzecie, Lestrange czuła się absolutnie bezużyteczna. Po co ci miesiące trudnych nauk, ćwiczeń, by zamknąć swój umysł, by go chronić przed wpływem z zewnątrz, kiedy w takich momentach się to zupełnie nie przydawało? To nie był pierwszy raz, nie był nawet drugi na przestrzeni ostatnich miesięcy, kiedy życie udowadniało jej, że być albo nie być oklumentą nic nie znaczy i chyba to bolało ją najbardziej.
– Wiem, że nie była. I jednocześnie czuję się winna, że nie byłam dostatecznie silna – westchnęła, nadal unikając przeszywającego, niebieskiego wzroku Laurenta. Teraz było to łatwiejsze, bo ją przytulił, a ona oparła podbródek na jego ramieniu nieco zrezygnowana. Nie powiedziała o tym Saurielowi, ale nie dlatego, że chciała to przed nim ukryć, a dlatego, że nawet nie wiedziała jak o tym mówić, tym bardziej, że różnie reagował na różne rzeczy, a była zupełnie nie w formie w momencie, gdy w ogóle rozmawiali o Windermere. Wiedział, co tam się działo tak mniej-więcej, że ludzie byli tam przymuszani do rzeczy wbrew sobie, że ona też była, tylko nie opowiedziała mu o szczegółach, chyba nawet nie był ciekawy… może to i lepiej, bo w tym momencie i tak nie miało to większego znaczenia. – Wiem, że wpływała na każdego. I wiem, że jezioro było otoczone czarną aurą zanim Perseus powiedział cokolwiek. Auror, z którym tam byłam, oszalał od przebodźcowania widzenia aur w Windermere, musieli go stamtąd zabrać – westchnęła ponownie. Nie, nie patrzyła na Laurenta… aż w końcu spojrzała mu prosto w oczy. – Nie ujmuje. A jednak nie potrafię się nie czuć bezużyteczna. Jestem oklumentą, Laurie. Jestem wyszkolona, żeby rzeczy nie mogły wpływać na mój umysł i co? Od kilku miesięcy każda sytuacja udowadnia mi, że to za mało, że ja to za mało. Rytuał z Beltane, wpływ Limbo, Perła Morza, pierdolony poltergeist, a teraz Windermere. Te wszystkie przypadki wpływały bezpośrednio na mój umysł, często na odczuwanie, albo zmuszając do czegoś. Jestem już tym zmęczona. Nie uczyłam się tego po to, żeby można to było złamać jak suchą gałązkę, albo żebym nawet nie czuła, że ktoś coś majstruje. Myślisz, że dlaczego tak się zdenerwowałam, kiedy Perseus złamał moją barierę i zaczął oglądać moją aurę? Na tym etapie uważam za cud, że to w ogóle poczułam – to, co czuła, to była frustracja, bezsilność i to poczucie bycia beznadziejnie bezużytecznym. Najbardziej była zła na siebie i swój brak czujności. To był gorzki smak porażki, przegranej z samym sobą. Za słaba. Nic nie warta. I przez to, wszystko, na co pracowała, wszystko, co budowała z mężczyzną, który zawrócił jej w głowie – mogła to zepsuć, chociaż miała nadzieję, że nie. O Windermere chciała po prostu zapomnieć. Victoria była ambitna i to uświadamianie sobie tych imperfekcji w miejscach, które miały być idealne, bolały podwójnie.
– Tam musiało zadziać się kilka bardzo złych rzeczy na raz – stwierdziła, wysłuchawszy jego części historii o statku. – Samobójstwo, nekromantka i obskurus – piękny kocioł, który stworzył pętlę czasową, wciągająca każdego, kto od tamtej pory wszedł na statek. Aż czuła kolejne poczucie winy, że nie zainteresowała się tematem wtedy. Miała jednak całkiem niezły powód, dla którego umknęło jej to z myśli – sypiące się życie prywatne. Bardzo dosłownie. – Ta perła zawsze jest przy mnie, nawet jak jej ze sobą nie wezmę – dodała, zerkając na kieszonkę, w której perła znowu sobie spokojnie leżała. Czy więc dało się je złączyć? Bardzo wątpliwe. – Ciekawe, że perły naszyjnika miały własną świadomość, że przemawiały do ciebie – dodała, ponownie patrząc na Prewetta.
Ruszyli na poszukiwania Lorelei Lestrange.