15.03.2025, 22:43 ✶
Życie bywało ulotne. Człowiek sobie o tym przypominał, gdy kogoś tracił, gdy ktoś umierał na jego oczach. Albo gdy sam zabijał.
Nie fascynowało mnie gasnące spojrzenie. Nie szukałem w tym poczucia władzy. Robiłem, co musiałem. Tego ode mnie wymagano. Tego ode mnie oczekiwano. Zostałem stworzony do podejmowania racjonalnych decyzji, do utrzymywania władzy i równowagi. Każda anomalia była problemem. Każda zdrada – musiała nieść konsekwencje.
Więc oto byłem. Władcą, ojcem, katem.
Dlatego upodobałem sobie abraksany. Konie są lojalne. Są piękne, dumne. One nie knują, nie zdradzają. I właśnie dlatego uwielbiały mnie tak samo, jak ja je. Bo w ostatecznym rozrachunku nie byłem złym człowiekiem. Miałem swoje zasady. Honorowe. To nie moja wina, że nie każdy pozwalał mi być dobrym władcą. Nie mogłem obwiniać siebie – tylko los, który postawił na mojej drodze zdradzieckie żmije. Już ich nie było. A przynajmniej było ich znacznie mniej niż kiedyś.
Ten świat był mroczny i złożony. Nie chciałem posyłać moich dzieci do dźwigania mojego ciężaru. Ale wiedziałem, że prędzej czy później, niezależnie od moich intencji, to się stanie.
- Płotkami niech zajmą się ludzie od Winstona. Ty na sam koniec zajmij się Dantem. - Zawiesiłem głos, by Laurent dobrze zrozumiał. - Tak działa głowa. Głowa rodziny… czy głowa mafii.
Nie różniło się to aż tak bardzo.
- Gdzie możesz, posyłaj ludzi, którzy odwalą za ciebie robotę… Ale nie w każdej sytuacji. — Oparłem się wygodnie i spojrzałem na niego uważnie. - Bo jeśli będziesz to robił zawsze, uznają cię za tchórza.
Szach i mat.
Niemy toast za wszystkie moje zwycięstwa nad innymi. Alkohol ponownie podrażnił mi przełyk. Skrzywiłem się.
- Nie wiem, czy dotarły do ciebie plotki - podjąłem po chwili spokojnie, niemal mimochodem. - Na czele rodziny stanie najprawdopodobniej Pandora. Ale... jest również organizacja. Oko.
Mierzyłem go wzrokiem. Wiedziałem, że już coś podejrzewał, gdyż pewne tematy poruszył po ślubie Rookwoodów. Nie był głupi. Wręcz przeciwnie – dawał mi jasno do zrozumienia, że interesują go nasze ciemniejsze interesy. I dobrze. To była idealna okazja, by przeszedł od słów do czynów. Subtelnie.
Chociaż Dante jako przeciwnik może i nie był subtelnością.
Ale jeśli coś pójdzie nie tak – cóż. Robaka zawsze można zmiażdżyć.
- Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie moje decyzje ci odpowiadają. - Przechyliłem szklankę, obracając ją leniwie w palcach. - Ale robię to, żeby cię przygotować na najgorsze. Pewnego dnia mnie zastąpicie. Ani Pandora, ani ty nie ugniecie się przed żadną parszywą gębą.
To było marzenie każdego ojca. Żeby dzieci poszły dalej. Żeby były silniejsze. A ja byłem pewien, że za ich czasów Prewettowie będą jeszcze bardziej… wszystkim.
- Jak się z tym czujesz, Laurencie? - Spojrzałem na niego. - Myślisz, że dasz sobie radę z Dantem?
Nie interesowało mnie, co mi pokaże. Interesowało mnie, co naprawdę myśli.
Nie fascynowało mnie gasnące spojrzenie. Nie szukałem w tym poczucia władzy. Robiłem, co musiałem. Tego ode mnie wymagano. Tego ode mnie oczekiwano. Zostałem stworzony do podejmowania racjonalnych decyzji, do utrzymywania władzy i równowagi. Każda anomalia była problemem. Każda zdrada – musiała nieść konsekwencje.
Więc oto byłem. Władcą, ojcem, katem.
Dlatego upodobałem sobie abraksany. Konie są lojalne. Są piękne, dumne. One nie knują, nie zdradzają. I właśnie dlatego uwielbiały mnie tak samo, jak ja je. Bo w ostatecznym rozrachunku nie byłem złym człowiekiem. Miałem swoje zasady. Honorowe. To nie moja wina, że nie każdy pozwalał mi być dobrym władcą. Nie mogłem obwiniać siebie – tylko los, który postawił na mojej drodze zdradzieckie żmije. Już ich nie było. A przynajmniej było ich znacznie mniej niż kiedyś.
Ten świat był mroczny i złożony. Nie chciałem posyłać moich dzieci do dźwigania mojego ciężaru. Ale wiedziałem, że prędzej czy później, niezależnie od moich intencji, to się stanie.
- Płotkami niech zajmą się ludzie od Winstona. Ty na sam koniec zajmij się Dantem. - Zawiesiłem głos, by Laurent dobrze zrozumiał. - Tak działa głowa. Głowa rodziny… czy głowa mafii.
Nie różniło się to aż tak bardzo.
- Gdzie możesz, posyłaj ludzi, którzy odwalą za ciebie robotę… Ale nie w każdej sytuacji. — Oparłem się wygodnie i spojrzałem na niego uważnie. - Bo jeśli będziesz to robił zawsze, uznają cię za tchórza.
Szach i mat.
Niemy toast za wszystkie moje zwycięstwa nad innymi. Alkohol ponownie podrażnił mi przełyk. Skrzywiłem się.
- Nie wiem, czy dotarły do ciebie plotki - podjąłem po chwili spokojnie, niemal mimochodem. - Na czele rodziny stanie najprawdopodobniej Pandora. Ale... jest również organizacja. Oko.
Mierzyłem go wzrokiem. Wiedziałem, że już coś podejrzewał, gdyż pewne tematy poruszył po ślubie Rookwoodów. Nie był głupi. Wręcz przeciwnie – dawał mi jasno do zrozumienia, że interesują go nasze ciemniejsze interesy. I dobrze. To była idealna okazja, by przeszedł od słów do czynów. Subtelnie.
Chociaż Dante jako przeciwnik może i nie był subtelnością.
Ale jeśli coś pójdzie nie tak – cóż. Robaka zawsze można zmiażdżyć.
- Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkie moje decyzje ci odpowiadają. - Przechyliłem szklankę, obracając ją leniwie w palcach. - Ale robię to, żeby cię przygotować na najgorsze. Pewnego dnia mnie zastąpicie. Ani Pandora, ani ty nie ugniecie się przed żadną parszywą gębą.
To było marzenie każdego ojca. Żeby dzieci poszły dalej. Żeby były silniejsze. A ja byłem pewien, że za ich czasów Prewettowie będą jeszcze bardziej… wszystkim.
- Jak się z tym czujesz, Laurencie? - Spojrzałem na niego. - Myślisz, że dasz sobie radę z Dantem?
Nie interesowało mnie, co mi pokaże. Interesowało mnie, co naprawdę myśli.