15.03.2025, 22:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.03.2025, 22:53 przez Lorraine Malfoy.)
Przechyliła w zamyśleniu głowę, rozważając w milczeniu słowa, jakie padły z ust z Louvaina. "Zrób ze mną to, co powinno się robić z granicami, Lorraine." Mówił, że granice jadł na śniadanie, ale do śniadania było jeszcze daleko. Mimo to, oczy Lorraine miały w sobie ten sam głód, co oczy Louvaina. Rozchylone lekko usta, jak do pocałunku, jak do ugryzienia, co za różnica, pomyślała, jedno i drugie mogło być bardzo krwawe. Gorzki był smak krwi płynącej z przygryzionej wargi, wtedy, gdy całowała Otto po raz pierwszy, gorzkie było wspomnienie ust Atreusa, słodkie były natomiast słowa, którymi karmił ją Louvain. Jakże słodko brzmiało jej imię na jego języku. Jak słodko musiał smakować on sam. Czy chciał żeby go pożarła, wygłodniała uczucia, które było motorem napędowym jej egzystencji? Czy pragnął pożerać, zastanawiała się, sunąc palcami po jego ustach, czy być pożeranym?
Lorraine nie była złaknioną mordu syreną, która rozdzierała mężczyzn, aby sycić się ich sercami. Nie była potworem z twarzą umorusaną krwią, która skapywała jej z brody, sunąc wzdłuż ciała, aby zniknąć wreszcie cienką, czerwoną strużką między piersiami. Nie była potworem, choć tak długo w to wierzyła, recytując w głowie obelgi, jakie kierowała wobec niej Miranda, niczym wezwania litanii. Lorraine była wilą, a wile nie były bestiami, nie szukały ofiar, a jednak każdy, kto spojrzał w ich oczy – lśniące niczym krople porannej rosy – stawał się zdobyczą. Ojciec nie mówił nigdy o wili, która była jej matką, ale jego wiersze mówiły za niego. Wile były w nich istotami utkanymi z miłości, więc Lorraine także musiała być stworzona z miłości i do miłości. Wil nie można było zatrzymać, nie można było przewidzieć, co zrobią: można było tylko patrzeć, jak snują się po taflach jezior i rzek – zrodzone z mgły widziadła o delikatnych palcach pokrytych szronem, z perłami zaplątanymi we włosach – można było tylko dać się porwać niosącym się po wodzie wybuchom perlistego śmiechu, dać się porwać tanecznym korowodom, które tworzyły, tańcem i śpiewem próbując odegnać wpisaną w ich naturę melancholię, zagłuszyć tęsknotę płynącą we krwi.
Może tym właśnie Lorraine różniła się od Louvaina: on granice chciał obsesyjnie przekraczać, chciał niszczyć i przestawiać, ona zaś – chciała tańczyć na ich krawędzi.
Czy wiedział? To jedno pytanie nieustannie tłukło się w jej głowie. Nie pierwszy raz zastanawiała się, czy Louvain wie, że jest półwilą. Zawsze zbywała pobłażliwym uśmiechem plotki na temat swojego pochodzenia, słodząc kłamliwie, że to naprawdę niedorzeczny komplement, że w jej żyłach nie płynie krew wil, lecz krew Malfoyów. Ale Atreus znał prawdę. Wyznała mu ją, zalewając się łzami, nieświadoma, że sam dostrzegł trzecim okiem wyjątkowość jej aury na długo zanim zdecydowała się na to wyznanie. Czy kiedykolwiek napomknął o tym Louvainowi? Czy napomknął o tym komukolwiek, choćby mimochodem, zanim się ze sobą zeszli? Bo nad tym, czy dochował tajemnicy po tym jak już się rozeszli, nie zastanawiała się nigdy. Nie chciała się nad tym zastanawiać. Chciała ślepo wierzyć, że jej tajemnica jest bezpieczna.
Tak jak chciała wierzyć, że tej jednej nocy może istnieć tylko ona, Lou, i ta wieża.
– Dzisiaj są moje urodziny. A twoje... – wyszeptała przekornie, sunąc dłonią niżej, wzdłuż jego szyi, aż po drgającą rozkosznie pod palcami grdykę, którą popieściła delikatnie, kreśląc na niej leniwe kółeczka kciukiem, nie chcąc mu sprawić dyskomfortu, a jedynie przypomnieć o swojej obecności. – ...Twoje są dopiero za tydzień. – Niewypowiedziana na głos obietnica wyrażona gestem i spojrzeniem. "Zrób ze mną to, co powinno się robić z granicami, Lorraine." Odwzajemniła uśmiech chłopaka z lekkością istoty, która wie, że może wszystko, więc żąda wszystkiego, co jest gotów jej dać. – Wtedy będziesz mógł wypowiedzieć na głos swoje życzenie. Ale uważaj. Bogowie spełniają życzenia, które zanosimy do nich w modlitwach, gdy chcą nas ukarać.
Znów ten dziwny smutek w jej tonie, smutek starszy od niej samej, bo urodziny zawsze nastrajały ją melancholijnie, ale Louvain szybko rozproszył jej zadumę. Najbardziej lubiła go w momentach zawahania, gdy drgał zaskoczony pod jej dotykiem, tylko po to, żeby samemu zaraz wprawić w drżenie jej serce. Gdy nonszalancko orzekł, że Lorraine nie otrzyma drugiej szansy na to, aby obejrzeć wnętrze jego umysłu, nie odpowiedziała mu od razu, ale oczy jej rozbłysły, jak gdyby była zaintrygowana wyzwaniem.
– Nie? – Zacisnęła dłoń na koszulce chłopaka, prowokując go, aby nachylił się bliżej.
On był bogaty, ona biedna, ale oboje byli tak samo kapryśni, tak samo zepsuci, nie tyle przez swoje dumnie brzmiące nazwiska, co przez wychowanie w poczuciu, że świat został im dany na własność. Nie pytali, czy zasługują, nie zastanawiali się, czy są godni. Nie miało znaczenia, kogo skrzywdzą, sięgając po to, co chcieli nazwać swoim. Liczyło się tylko to, czego chcieli. Czy Lorraine chciała Louvaina? A dlaczego miałaby go nie chcieć, pomyślała, niejako wyrachowanie, dlaczego miałaby odmawiać sobie przyjemności zdobywania i bycia zdobywaną? Dlaczego nie mogłaby go posiąść, choćby po to, by wiedział, jak smakuje bycie posiadanym?
"Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja", rzucił przekornie Louvain.
Bluźnierca, pomyślała czule Lorraine, pozwalając mu ucałować swoją dłoń. Na litość, Lou, przecież Matka patrzy.
Zbliżyła się do niego tak, że stykali się nosami, że oddychali przez chwilę tym samym powietrzem. Niechby Matka w milczeniu śledziła to, jak Lorraine pochyla się ku Louvainowi, jak ociera się o niego oddechem. Tak jak on otulił ją wcześniej swym płaszczem, tak teraz ona otuliła go swymi włosami, jak gdyby chciała osłonić ich przed karcącym wzrokiem bogów. Wargi jej rozchyliły się na ułamek sekundy, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego uśmiechnęła się, znienacka przysuwając się bliżej, tak, aby móc przysiąść bokiem na jego udach. Byli blisko, zbyt blisko, bliżej, niżby pozwalała na to przyzwoitość. Wystarczył jeden gwałtowny ruch. Jeden ruch, i pantofelek – dotąd kiwający chwiejnie na samych tylko palcach – zsunął się całkiem ze stopy Lorraine, pochłonięty przez rozwierającą pod nimi gardziel przepaści.
Lorraine umilkła. Twarz jej pozostała nieprzenikniona, nawet wtedy, gdy skierowała swoje spojrzenie na Louvaina. Było w tym spojrzeniu coś, co kazało mu myśleć, że choć to pantofelek spadał w przepaść, to jego wolałaby zrzucić z wieży astronomicznej. Spojrzała na niego tak, jak gdyby to wszystko była jego wina.
"Powiedz tylko słowo", tak?
– Przynieś.
Życzenie wypowiedziane na głos, na granicy prośby i rozkazu. Była jakaś diabelska figlarność w jej głosie i uśmiechu, w tym jak intensywnie wpatrywała się teraz w Louvaina, uśmiechając się do niego tak, jak potrafili się uśmiechać tylko bogowie – nie pozwalając mu choćby na chwilę zapomnieć o fizyczności, jaką dzielili.
Lorraine nie była złaknioną mordu syreną, która rozdzierała mężczyzn, aby sycić się ich sercami. Nie była potworem z twarzą umorusaną krwią, która skapywała jej z brody, sunąc wzdłuż ciała, aby zniknąć wreszcie cienką, czerwoną strużką między piersiami. Nie była potworem, choć tak długo w to wierzyła, recytując w głowie obelgi, jakie kierowała wobec niej Miranda, niczym wezwania litanii. Lorraine była wilą, a wile nie były bestiami, nie szukały ofiar, a jednak każdy, kto spojrzał w ich oczy – lśniące niczym krople porannej rosy – stawał się zdobyczą. Ojciec nie mówił nigdy o wili, która była jej matką, ale jego wiersze mówiły za niego. Wile były w nich istotami utkanymi z miłości, więc Lorraine także musiała być stworzona z miłości i do miłości. Wil nie można było zatrzymać, nie można było przewidzieć, co zrobią: można było tylko patrzeć, jak snują się po taflach jezior i rzek – zrodzone z mgły widziadła o delikatnych palcach pokrytych szronem, z perłami zaplątanymi we włosach – można było tylko dać się porwać niosącym się po wodzie wybuchom perlistego śmiechu, dać się porwać tanecznym korowodom, które tworzyły, tańcem i śpiewem próbując odegnać wpisaną w ich naturę melancholię, zagłuszyć tęsknotę płynącą we krwi.
Może tym właśnie Lorraine różniła się od Louvaina: on granice chciał obsesyjnie przekraczać, chciał niszczyć i przestawiać, ona zaś – chciała tańczyć na ich krawędzi.
Czy wiedział? To jedno pytanie nieustannie tłukło się w jej głowie. Nie pierwszy raz zastanawiała się, czy Louvain wie, że jest półwilą. Zawsze zbywała pobłażliwym uśmiechem plotki na temat swojego pochodzenia, słodząc kłamliwie, że to naprawdę niedorzeczny komplement, że w jej żyłach nie płynie krew wil, lecz krew Malfoyów. Ale Atreus znał prawdę. Wyznała mu ją, zalewając się łzami, nieświadoma, że sam dostrzegł trzecim okiem wyjątkowość jej aury na długo zanim zdecydowała się na to wyznanie. Czy kiedykolwiek napomknął o tym Louvainowi? Czy napomknął o tym komukolwiek, choćby mimochodem, zanim się ze sobą zeszli? Bo nad tym, czy dochował tajemnicy po tym jak już się rozeszli, nie zastanawiała się nigdy. Nie chciała się nad tym zastanawiać. Chciała ślepo wierzyć, że jej tajemnica jest bezpieczna.
Tak jak chciała wierzyć, że tej jednej nocy może istnieć tylko ona, Lou, i ta wieża.
– Dzisiaj są moje urodziny. A twoje... – wyszeptała przekornie, sunąc dłonią niżej, wzdłuż jego szyi, aż po drgającą rozkosznie pod palcami grdykę, którą popieściła delikatnie, kreśląc na niej leniwe kółeczka kciukiem, nie chcąc mu sprawić dyskomfortu, a jedynie przypomnieć o swojej obecności. – ...Twoje są dopiero za tydzień. – Niewypowiedziana na głos obietnica wyrażona gestem i spojrzeniem. "Zrób ze mną to, co powinno się robić z granicami, Lorraine." Odwzajemniła uśmiech chłopaka z lekkością istoty, która wie, że może wszystko, więc żąda wszystkiego, co jest gotów jej dać. – Wtedy będziesz mógł wypowiedzieć na głos swoje życzenie. Ale uważaj. Bogowie spełniają życzenia, które zanosimy do nich w modlitwach, gdy chcą nas ukarać.
Znów ten dziwny smutek w jej tonie, smutek starszy od niej samej, bo urodziny zawsze nastrajały ją melancholijnie, ale Louvain szybko rozproszył jej zadumę. Najbardziej lubiła go w momentach zawahania, gdy drgał zaskoczony pod jej dotykiem, tylko po to, żeby samemu zaraz wprawić w drżenie jej serce. Gdy nonszalancko orzekł, że Lorraine nie otrzyma drugiej szansy na to, aby obejrzeć wnętrze jego umysłu, nie odpowiedziała mu od razu, ale oczy jej rozbłysły, jak gdyby była zaintrygowana wyzwaniem.
– Nie? – Zacisnęła dłoń na koszulce chłopaka, prowokując go, aby nachylił się bliżej.
On był bogaty, ona biedna, ale oboje byli tak samo kapryśni, tak samo zepsuci, nie tyle przez swoje dumnie brzmiące nazwiska, co przez wychowanie w poczuciu, że świat został im dany na własność. Nie pytali, czy zasługują, nie zastanawiali się, czy są godni. Nie miało znaczenia, kogo skrzywdzą, sięgając po to, co chcieli nazwać swoim. Liczyło się tylko to, czego chcieli. Czy Lorraine chciała Louvaina? A dlaczego miałaby go nie chcieć, pomyślała, niejako wyrachowanie, dlaczego miałaby odmawiać sobie przyjemności zdobywania i bycia zdobywaną? Dlaczego nie mogłaby go posiąść, choćby po to, by wiedział, jak smakuje bycie posiadanym?
"Powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja", rzucił przekornie Louvain.
Bluźnierca, pomyślała czule Lorraine, pozwalając mu ucałować swoją dłoń. Na litość, Lou, przecież Matka patrzy.
Zbliżyła się do niego tak, że stykali się nosami, że oddychali przez chwilę tym samym powietrzem. Niechby Matka w milczeniu śledziła to, jak Lorraine pochyla się ku Louvainowi, jak ociera się o niego oddechem. Tak jak on otulił ją wcześniej swym płaszczem, tak teraz ona otuliła go swymi włosami, jak gdyby chciała osłonić ich przed karcącym wzrokiem bogów. Wargi jej rozchyliły się na ułamek sekundy, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego uśmiechnęła się, znienacka przysuwając się bliżej, tak, aby móc przysiąść bokiem na jego udach. Byli blisko, zbyt blisko, bliżej, niżby pozwalała na to przyzwoitość. Wystarczył jeden gwałtowny ruch. Jeden ruch, i pantofelek – dotąd kiwający chwiejnie na samych tylko palcach – zsunął się całkiem ze stopy Lorraine, pochłonięty przez rozwierającą pod nimi gardziel przepaści.
Lorraine umilkła. Twarz jej pozostała nieprzenikniona, nawet wtedy, gdy skierowała swoje spojrzenie na Louvaina. Było w tym spojrzeniu coś, co kazało mu myśleć, że choć to pantofelek spadał w przepaść, to jego wolałaby zrzucić z wieży astronomicznej. Spojrzała na niego tak, jak gdyby to wszystko była jego wina.
"Powiedz tylko słowo", tak?
– Przynieś.
Życzenie wypowiedziane na głos, na granicy prośby i rozkazu. Była jakaś diabelska figlarność w jej głosie i uśmiechu, w tym jak intensywnie wpatrywała się teraz w Louvaina, uśmiechając się do niego tak, jak potrafili się uśmiechać tylko bogowie – nie pozwalając mu choćby na chwilę zapomnieć o fizyczności, jaką dzielili.