15.03.2025, 23:32 ✶
Rodolphus nie bał się brudu - on się nim brzydził. Brzydził się nim tak samo mocno, jak brzydził się samym zapachem latryny, który wżerał się w jego nozdrza, gdy tu szedł. Brzydził się brudu i go nienawidził tak samo, jak szlamowatej krwi, pędzącej żylnym korytarzem pod skórą mugolaków. Jego własna, czysta jak łza, idealnie karmazynowa, zdawała się wtedy wrzeć, a żyłki pulsowały, zmuszając ciało do działania. Wyciągnij różdżkę, nikt nie zauważy zdawała się szeptać, gdy docierała do mózgu. Znasz zaklęcie, szepnij je. Musisz je wypowiedzieć, pozwól sobie posmakować ich strach.
Nie tak dawno temu miał sen. A raczej dwa sny, z czego co najmniej jeden okazał się być proroczy. Tego samego dnia zginął Robert, a on sam uwolnił się spod buta, pod który samodzielnie wlazł, merdając ogonem. Ten, o którym jednak teraz myślał, spoglądając na gobelin, nie dotyczył bycia psem i panem. Dotyczył śmierci, która wyciągała kościstą łapę po każdego, niezależnie od statusu, który ta osoba miała. Nie był pewny, co ten sen miał oznaczać poza oczywistą oczywistością, że wobec śmierci każdy był równy. Lestrange jednak uważał, że umrzeć można na wiele sposobów: jednym z nim był ten, w którym idziesz ku śmierci jak ku swojemu przyjaciółce, z dumnie podniesioną głową, bo przecież przez całe życie Śmierć była ciągle obok ciebie. Niemalże materialnie obok, tak jak Lorraine teraz była obok Rodolphusa, gdy mężczyzna przemierzył pomieszczenie, skąpane w promieniach słońca, nieśmiało przezierających się przez okna.
- Tylko tą, którą mam obok siebie - odpowiedział miękko, zakładając ręce za plecy. Stał obok niej, a jednak nie patrzył na magiczny gobelin, który falował, przedstawiając kolejne takty makabrycznego tańca śmierci. Wlepiał nienaturalnie jasne oczy w białą suknię Lorraine, studiując jej odzienie tak, jakby miał przed sobą jedno z najpiękniejszych dzieł sztuki. Dostrzegał spraną koronkę przy gorsecie, dostrzegał przetarcia na srebrnych guziczkach. Lorraine ubierała się w pozory, chociaż nie tak dobrze jak on sam. Różnił ich status majątkowy, który zdecydowanie ułatwiał wpasowywanie się do innego otoczenia. A może chciała tym strojem pokazać, że należy do Nokturnu? Była u siebie, nie musiała tego mówić, by wiedział że wystarczy jedno skinienie jej szczupłej dłoni, a może mieć problem by wyjść stąd o własnych siłach. Czy przeceniał Malfoyównę? Być może, lecz żyła w tej części Magicznego Londynu dłużej niż on: zdążyła weń wsiąknąć jak krew w piach. Prędzej podążą za nią niż za nim.
Ona należała do Nokturnu, on należał do Śmierci.
Lestrange wyciągnął zza pleców jedną z czarnych róż. Nie tych, które obecnie rosły w Ogrodach Maida Vale - ta, którą trzymał, nie była żywa. Była już ususzona i delikatna, krucha tak że gdyby przezroczysty klosz, zapewne skruszyłaby się pod wpływem dotyku. Maleńka różyczka urosła na oczach Lorraine, podobnie jak klosz, który ją otaczał. Była martwa, zatruta ale przepiękna i doskonale zachowana. Kącik ust Rodolphusa uniósł się lekko, gdy wyciągnął dłoń z podarkiem w stronę półwili.
- Nazywanie tego czegoś sztuką gdy prawdziwe dzieło stoi obok, to kalanie znaczenia tego słowa.
Nie tak dawno temu miał sen. A raczej dwa sny, z czego co najmniej jeden okazał się być proroczy. Tego samego dnia zginął Robert, a on sam uwolnił się spod buta, pod który samodzielnie wlazł, merdając ogonem. Ten, o którym jednak teraz myślał, spoglądając na gobelin, nie dotyczył bycia psem i panem. Dotyczył śmierci, która wyciągała kościstą łapę po każdego, niezależnie od statusu, który ta osoba miała. Nie był pewny, co ten sen miał oznaczać poza oczywistą oczywistością, że wobec śmierci każdy był równy. Lestrange jednak uważał, że umrzeć można na wiele sposobów: jednym z nim był ten, w którym idziesz ku śmierci jak ku swojemu przyjaciółce, z dumnie podniesioną głową, bo przecież przez całe życie Śmierć była ciągle obok ciebie. Niemalże materialnie obok, tak jak Lorraine teraz była obok Rodolphusa, gdy mężczyzna przemierzył pomieszczenie, skąpane w promieniach słońca, nieśmiało przezierających się przez okna.
- Tylko tą, którą mam obok siebie - odpowiedział miękko, zakładając ręce za plecy. Stał obok niej, a jednak nie patrzył na magiczny gobelin, który falował, przedstawiając kolejne takty makabrycznego tańca śmierci. Wlepiał nienaturalnie jasne oczy w białą suknię Lorraine, studiując jej odzienie tak, jakby miał przed sobą jedno z najpiękniejszych dzieł sztuki. Dostrzegał spraną koronkę przy gorsecie, dostrzegał przetarcia na srebrnych guziczkach. Lorraine ubierała się w pozory, chociaż nie tak dobrze jak on sam. Różnił ich status majątkowy, który zdecydowanie ułatwiał wpasowywanie się do innego otoczenia. A może chciała tym strojem pokazać, że należy do Nokturnu? Była u siebie, nie musiała tego mówić, by wiedział że wystarczy jedno skinienie jej szczupłej dłoni, a może mieć problem by wyjść stąd o własnych siłach. Czy przeceniał Malfoyównę? Być może, lecz żyła w tej części Magicznego Londynu dłużej niż on: zdążyła weń wsiąknąć jak krew w piach. Prędzej podążą za nią niż za nim.
Ona należała do Nokturnu, on należał do Śmierci.
Lestrange wyciągnął zza pleców jedną z czarnych róż. Nie tych, które obecnie rosły w Ogrodach Maida Vale - ta, którą trzymał, nie była żywa. Była już ususzona i delikatna, krucha tak że gdyby przezroczysty klosz, zapewne skruszyłaby się pod wpływem dotyku. Maleńka różyczka urosła na oczach Lorraine, podobnie jak klosz, który ją otaczał. Była martwa, zatruta ale przepiękna i doskonale zachowana. Kącik ust Rodolphusa uniósł się lekko, gdy wyciągnął dłoń z podarkiem w stronę półwili.
- Nazywanie tego czegoś sztuką gdy prawdziwe dzieło stoi obok, to kalanie znaczenia tego słowa.