16.03.2025, 18:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2025, 18:27 przez Lorraine Malfoy.)
—07/09/1972—
Ospowiedź na ten list nadeszła w późnych godzinach wieczornych. W kopercie, oprócz listu, znajdował się tomik poezji Keatsa.
Londyn, 7 IX 1972 r.
Mój drogi, jakże drogi Peregrinusie,
przyzwyczajona jestem do bycia słuchaną, ale potrzeba wyjątkowego człowieka, by sprawił, żebym poczuła się usłyszaną.
Dlaczego więc miałabym się gniewać, że zamiast apatycznie mi przytaknąć – zamiast wzruszyć lekceważąco ramionami, zignorowawszy to, o czym piszę – Ty nie wahasz się rzucać wyzwania mojemu światopoglądowi? Czy dzieliłabym się z Tobą wszystkimi tymi przemyśleniami, gdybym nie była świadoma, że potraktujesz mnie poważnie? Że pochylisz się nad moimi myślami z czułością badacza, sekcjonując każdą z nich w starannej wiwisekcji?
Nie boję się przyznać, że Twoje słowa celnie mnie demaskują. Ty rozdzielasz granice pewną ręką, nadając nazwy temu, co nienazwane, a ja nawykłam obracać się pośród niedopowiedzeń, ślizgać się pośród miriadów znaczeń, nigdy nie mówiąc niczego wprost. Być może całe moje życie wyglądałoby inaczej, gdybym potrafiła mówić wprost.
Nie potrafię.
Jestem chaosem, Peregrinie, i zawsze nim byłam. Może dlatego tak bardzo łaknę porządku.
Odnajduję bowiem bezpieczeństwo pośród czarno-białych pól szachownicy. Pośród klawiszy fortepianu, pośród nut, każda jedna zapisana w partyturze, dokładnie tak, jak winna być zagrana. Czerniejące ciało oddzielam od bieli kości. Biała kartka wsiąka czarny atrament, gdy kreślę list do Ciebie. Wszystkie te rzeczy pomagają mi zachować kontrolę, tak jak Tobie pozwalają ją zachować definicje: odnajduję piękno w ich precyzji, w ich prostocie, w porządku narzuconym przez perfekcjonizm. Sama jednak potrafię żyć tylko w przestrzeni pomiędzy nimi. Zawsze w rozdarciu między tym co białe, a co czarne, więc co innego pozostaje, jak nie szarość.
Zawsze w rozdarciu między kobietą i wilą, bo jak wyznaczyć granicę między nimi, skoro i jedna i druga odpowiada, gdy przyzywasz mnie po imieniu. Tobie odpowiadają jednym głosem, ale rzadko są równie zgodne: dwie primadonny, które walczą o główną partię śpiewaczą, okładając się po głowach batutą wyrwaną z rąk dyrygenta. Gdy Ty mówisz mi "Lorraine", słyszę "Lorraine".
Proszę, wybacz mi więc ignorancję, i to że nie potrafię dyskutować z Tobą na poziomie, na jaki zasługujesz, i do jakiego przywykłeś. To, że posługuję się językiem nieuporządkowanym, nieprecyzyjnym, z własnej, nieprzymuszonej woli trwając w swoistej superpozycji, jak to ująłeś, "stanów sprzecznych i dopełniających się". Trudna jest walka z ograniczeniami, jakie sama na siebie nakładam, i jakie nakłada na mnie otrzymane wychowanie. Mam jednak nadzieję, że Cię nie odpycham – jak materia antymaterię – jak cząstka antycząstkę... Nie, inaczej: mam nadzieję, że Cię odpycham. Że odpychamy się nawzajem, prowokując do zmiany. Do zmiany, która jest – jeżeli dobrze rozumiem – jedyną stałą we wszystkich tych przeciwstawiających się sobie procesach. Zmienić muszę nie swoją naturę, lecz swój sposób myślenia, a tak trudno jest myśleć "odpychaj", gdy natura mówi "przyciągaj".
Tak trudno jest dostrzec granicę "odcięcia" między życiem a śmiercią, gdy stoję na tej granicy. Stoję teraz pewnie, na własnych nogach, pozwalając, aby Twoje słowa spowijały mnie niczym druga skóra, chociaż jeszcze kilka lat temu, odrzuciłabym je – jak wąż odrzuca swą skórę. Odrzuciłabym wyznaczoną przez Ciebie granicę między życiem a śmiercią, bo był taki czas – trudny czas po śmierci mojej Matki, a potem Ojca – że niemal wszystko co kochałam, wydawało się być martwe. Trudno było powstrzymać się przed zacieraniem granicy między życiem a śmiercią, gdy chciałam być martwa, a wszystko dookoła nieustannie przypominało mi o tym, że jestem żywa.
Zawsze widziałam w tym tragedię, że nie potrafię się pogodzić ze śmiercią moich rodziców. Nigdy nie nosiłam po nich żałoby. Nie musiałam. Czułam się tak, jakby dźwigała ich nieumarłe ciała, a odmawiając pochówku tym, których kochałam, odmawiałam im tak naprawdę ulgi zapomnienia. Czułam się tak, jakbym grzeszyła, bo jakaż ze mnie córka, skoro nie pozwalam im odejść? Jakąż byłabym córką, gdybym pozwoliła im odejść?
Ostatecznie oboje robimy to samo. Nie potrafimy pochować naszych zmarłych, bo żyją w nas, a raczej w naszej pamięci: trzymamy ich przy sobie, bo to jedyny sposób, by ich nie stracić. Niech Ci będzie, nie jesteśmy starcami. Oboje dźwigamy starość swych rodziców, tylko Ty dumnie niesiesz ich na plecach, ja skrywam ich wstydliwie w swojej piersi. Wciąż desperacko modlę się, aby być czymś więcej niż wypadkową ich grzechów, bojąc się, że bogowie wysłuchają moich modlitw. Wyzwolenie nie polega bowiem na odrzuceniu przeszłości, ale na tym, by nauczyć się ją nieść, nie pozwalając jej definiować przyszłości. Nawet jeżeli czasem się garbisz pod jej ciężarem, kochany, plecy masz proste. Wierzę, że dałbyś radę ponieść na nich cały świat. Choć wiem, że ja nie dałabym rady, wiem też, że zawsze wyciągnęłabym w Twoją stronę pomocną dłoń, gdyby świat stał się zbyt ciężki, a wędrówka zbyt długa, tak samo jak Ty wyciągasz ją do mnie.
Czy wiesz o tym, że Twoje słowa są mi pocieszeniem? Chcę, żebyś wiedział. Wciąż zdarzają mi się dni, kiedy byłabym gotowa te słowa odrzucić, ale tylko w pierwszym odruchu. W drugim zawsze patrzę na Fridę. Patrzę na nią bardzo uważnie. Przyglądam się jej twarzy, szukając w niej śladów samej siebie, bo to zawsze robię z ludźmi, nie potrafiąc zbliżyć się do nich w inny sposób. Być może to samo robią nasi rodzice, gdy dorastamy. Szukam w niej dziecka, które bawiło się w martwym lesie, pośród kości wisielców. Szukam w niej dziewczęcia, które składało głowę na nagrobku Matki, zamiast na jej kolanach. Szukam w niej kobiety, która żyje pośród trupów, bo wybrała prowadzenie zakładu pogrzebowego. Szukam w niej siebie po to, żeby zabrać z jej małych plecków wszystkie te niepotrzebne ciężary, jakie musiała nieść przez dziesiątki lat swej ghoulej egzystencji. Żeby przypomnieć samej sobie, jak łatwo jest nieść ten ciężar za kogoś, kogo kochamy. Jak łatwo być rodzicem, który nie ciąży na plecach jak wyrzut na sumieniu.
Ty przypominaj mi o granicach. Ty, który stąpasz po nich z ostrożnością, z uwagą – jak gdyby każdy krok wiązał się z nowym odkryciem – nie odwracając wzroku od tego, co trudne do zrozumienia, ale też nie rozrywając zasłon na siłę. Widziałam zbyt wielu ludzi, którzy deptali granice, nie dostrzegając w nich nic poza przeszkodą do sforsowania. Widziałam, jak przekraczali je niczym barbarzyńscy najeźdźcy, jak rozsypywali w pył to, co inni z mozołem budowali wokół, burząc świętości, tylko po to, żeby udowodnić, że mogą zostać zburzone. Tylko po to, żeby udowodnić, że nie ma granic, których by nie przekroczyli. Ty nie forsujesz granic siłą, nie niszczysz ich w imię własnej ciekawości, lecz traktujesz je z respektem, badasz, jak gdyby każda z nich była świętością – nie dlatego, że są nienaruszalne, lecz dlatego, że są potrzebne. Tak samo jak potrzebne mi były Twoje słowa.
Lorraine
PS To był wspaniały wykład, mistrzu Peregrinusie: bądź pewien, że nie uroniłam ani jednego Twojego słowa, a że pozostaję tylko wolną słuchaczką, pozwoliłam sobie zrewanżować się za ten odczyt na swój sposób. Mam nadzieję, że trafiłam choć trochę w Twoje gusta.
PPS Na przenajświętsze łono Matki, oczywiście, że nie Ambrosia.