16.03.2025, 19:43 ✶
Żywy trup? Taaa… Jeśli wcześniej śmiałem posądzać siebie o bycie chodzącym nieumarłym, to teraz… teraz mogłem sobie swobodnie pluć w brodę. Teraz byłem prawdziwym trupem. Nie myślało mi się. Nie czuło mi się. Wszystko we mnie było otępiałe, rozmazane jak farba rozpuszczona w brudnej wodzie.
Nie mogłem wyklarować żadnej myśli, nie mogłem zmusić umysłu do czegokolwiek, więc wstałem. Machinalnie. Z rozpędu. Jakbym nie miał nic do powiedzenia w sprawie tego, co robi moje własne ciało. Nie było mnie.
Stanąłem i poczułem na swoich barkach ciężar tych wszystkich nocy. A właściwie – przespanych dni i nocy, które nie przynosiły niczego poza kolejną dawką nicości.
Żaden z tych snów nie był regenerujący. Ten ostatni również nie, chociaż odpływałem najedzony. Najedzony, a jednak… byłem pusty. Wewnątrz jakby rozległa dziura, ziejąca, czekająca, żądna…
Czy dziś miało być znowu tak samo? Przebieżka po domu, zakręcenie się, by chwycić kolejną fiolkę, i powrót do obrazów podsyłanych mi prosto z mojej podświadomości. Koszmar. Codziennie ten sam. Mord? Przeze mnie? Czy na mnie? Już było mi wszystko jedno, kto umrze. Po prostu umrze.
Śniłem dziś o Geraldine. Było w tym śnie za dużo Geraldine. Nasza rozmowa, która jednak nie kończyła się moją i jej kapitulacją, tylko… KRWIĄ. Smakiem jej krwi na moim języku. Obrzydliwie, obezwładniająco słodkim. Dającym poczucie rozkwitającego życia.
Ugh.
Aż przeszedł mnie dreszcz na tę myśl, chociaż przecież jadłem… wczoraj. Ale ta myśl nie utrzymała się długo, bo myślenie w ogóle szło mi dzisiaj ciężko. Jakby ktoś zatopił mnie w żywicy, spowolnił każdy ruch, każde słowo, każdy impuls w moim mózgu. Może faktycznie pływałem w żywicy?
Z trudem skupiałem się na czymkolwiek – przynajmniej dopóki mój wzrok nie padł na czyjś tył.
Męski. Nagi.
I już w tym momencie wiedziałem, że dzień właśnie stał się jeszcze gorszy.
To był Ambroise.
Kurwa.
Ambroise.
Były facet mojej siostry. Aktualny facet mojej siostry? Obiekt jej jebanego uwielbienia.
Był tu. Stał. Półnagi.
Półnagi w MOIM polu widzenia. Na Merlina, czy on, do kurwy nędzy, musiał świecić mięśniami w naszej kuchni?!
- Co ty tu, do cholery, robisz?! - Może chciałem zabrzmieć ostro, ale bardziej przypominało to zbulwersowane mruczenie niż pewne podniesienie głosu.
Czyli może wcale nie rozbudziłem się tak mocno, jak sądziłem?! Albo po prostu miałem problem z uszami.
- Geraldine wie…? — zapytałem, rozglądając się za nią. Może jednak się nie zeszli? Miałem przeogromną nadzieję. Nie chciałem, żeby znowu przez niego cierpiała.
Przetarłem twarz i powstrzymałem mdłości. Może bardziej wyimaginowane niż faktyczne, ale jednak widocznie się skrzywiłem.
Serio? Mógłby się z łaski swojej ubrać. CZY TO JEST JAKIŚ RYTUAŁ, ŻE MUSI PRZY MNIE ŁAZIĆ PÓŁNAGO?! Miałem już wystarczająco zjebane poranki. O ile w ogóle można było to nazwać porankiem.
Odwróciłem wzrok i wbiłem go w okno. KTO, DO CHOLERY, JE ODSŁONIŁ?! Chociaż… i tak było pochmurno. Trochę światła mi nie zaszkodzi…?
O ile żywy trup nie miał wyglądać przy dziennym świetle jeszcze bardziej jak trup.
Nie mogłem wyklarować żadnej myśli, nie mogłem zmusić umysłu do czegokolwiek, więc wstałem. Machinalnie. Z rozpędu. Jakbym nie miał nic do powiedzenia w sprawie tego, co robi moje własne ciało. Nie było mnie.
Stanąłem i poczułem na swoich barkach ciężar tych wszystkich nocy. A właściwie – przespanych dni i nocy, które nie przynosiły niczego poza kolejną dawką nicości.
Żaden z tych snów nie był regenerujący. Ten ostatni również nie, chociaż odpływałem najedzony. Najedzony, a jednak… byłem pusty. Wewnątrz jakby rozległa dziura, ziejąca, czekająca, żądna…
Czy dziś miało być znowu tak samo? Przebieżka po domu, zakręcenie się, by chwycić kolejną fiolkę, i powrót do obrazów podsyłanych mi prosto z mojej podświadomości. Koszmar. Codziennie ten sam. Mord? Przeze mnie? Czy na mnie? Już było mi wszystko jedno, kto umrze. Po prostu umrze.
Śniłem dziś o Geraldine. Było w tym śnie za dużo Geraldine. Nasza rozmowa, która jednak nie kończyła się moją i jej kapitulacją, tylko… KRWIĄ. Smakiem jej krwi na moim języku. Obrzydliwie, obezwładniająco słodkim. Dającym poczucie rozkwitającego życia.
Ugh.
Aż przeszedł mnie dreszcz na tę myśl, chociaż przecież jadłem… wczoraj. Ale ta myśl nie utrzymała się długo, bo myślenie w ogóle szło mi dzisiaj ciężko. Jakby ktoś zatopił mnie w żywicy, spowolnił każdy ruch, każde słowo, każdy impuls w moim mózgu. Może faktycznie pływałem w żywicy?
Z trudem skupiałem się na czymkolwiek – przynajmniej dopóki mój wzrok nie padł na czyjś tył.
Męski. Nagi.
I już w tym momencie wiedziałem, że dzień właśnie stał się jeszcze gorszy.
To był Ambroise.
Kurwa.
Ambroise.
Były facet mojej siostry. Aktualny facet mojej siostry? Obiekt jej jebanego uwielbienia.
Był tu. Stał. Półnagi.
Półnagi w MOIM polu widzenia. Na Merlina, czy on, do kurwy nędzy, musiał świecić mięśniami w naszej kuchni?!
- Co ty tu, do cholery, robisz?! - Może chciałem zabrzmieć ostro, ale bardziej przypominało to zbulwersowane mruczenie niż pewne podniesienie głosu.
Czyli może wcale nie rozbudziłem się tak mocno, jak sądziłem?! Albo po prostu miałem problem z uszami.
- Geraldine wie…? — zapytałem, rozglądając się za nią. Może jednak się nie zeszli? Miałem przeogromną nadzieję. Nie chciałem, żeby znowu przez niego cierpiała.
Przetarłem twarz i powstrzymałem mdłości. Może bardziej wyimaginowane niż faktyczne, ale jednak widocznie się skrzywiłem.
Serio? Mógłby się z łaski swojej ubrać. CZY TO JEST JAKIŚ RYTUAŁ, ŻE MUSI PRZY MNIE ŁAZIĆ PÓŁNAGO?! Miałem już wystarczająco zjebane poranki. O ile w ogóle można było to nazwać porankiem.
Odwróciłem wzrok i wbiłem go w okno. KTO, DO CHOLERY, JE ODSŁONIŁ?! Chociaż… i tak było pochmurno. Trochę światła mi nie zaszkodzi…?
O ile żywy trup nie miał wyglądać przy dziennym świetle jeszcze bardziej jak trup.