16.03.2025, 21:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2025, 21:56 przez Elias Bletchley.)
| Skoro tutaj się spalą, to nad rzeką mogą się jeszcze potopić, pomyślał bezwiednie Bletchley, próbując utrzymać nerwy na wodzy i wrócić do roztaczającej się przed nim tragicznej rzeczywistości. Czy świat wyglądał podobnie podczas obchodów Beltane, kiedy Śmierciożercy przypuścili atak na Polanę Ognisk? Nie widział wprawdzie zniszczeń na własne oczy, nie doświadczył szaleńczego pędu tłumu mknącego ślepo przed siebie, ale kierując się plotkami i doniesieniami medialnymi... Doświadczenie musiało być podobne. A to oznaczało, że wniosek nasuwał się jeden: nigdzie nie było bezpiecznie. Trzeba było uciekać jak najdalej z nadzieją, że przegoni się wszystkie potencjalne zagrożenia. Horyzontalna, Pokątna, Nokturn... Teraz wszędzie mogło czaić się niebezpieczeństwo. Ze strony żywiołów. Walących się budynków. Szalonego tłum. Sprawców tego całego zamieszenia. O ile jacyś byli. Powinni być, prawda? Lato już przeminęło, a pogoda w mieście nie wskazywała na nadejście fali gorąca, która mogła zaowocować pożarem. A może to był wypadek i komuś omsknęła się różdżka? — Nad rzekę już! — powtarzał za drugim chłopakiem. Co by nie mówić jego rozkaz był względnie rozsądny. Nawet jeśli ogień miał się rozprzestrzenić na sąsiednie uliczki lub przenieść się na niemagicnze rejony miasta, to przy zbiorniku wodnym powinno być względnie bezpiecznie. O ile i tam nie dojdzie do masowej paniki. Wtedy ludzie mogliby zacząć wpychać siebie nawzajem do wody. Ktoś kogoś popchnie i nieszczęście gotowe, a potem będą wyławiać z Tamizy napuchnięte zwłoki i... Zapadający się naprzeciwko budynek skutecznie uciął falę traumatycznych scenariuszy zalewających głowę Eliasa. Ten widok kompletnie go sparaliżował. Na Merlina, ile by dał, żeby świat w tej chwili po prostu się zatrzymał. Żeby wszyscy się zamknęli, zatrzymali i dali mu chwilę na zebranie myśli do kupy. Świat nie był jednak dla niego łaskawy i zamierzał dalej pędzić na złamanie karku. A jemu przypadł niechlubny zaszczyt dołączenia do tego maratonu, gdy bohater z baru postanowił oficjalnie adoptować go jako swojego asystenta. I tak oto ruszyli w dym. Wystarczyło, że tylko weszli między kłęby ciemnego pyłu, a Elias od razu zaniósł się kaszlem. Zmrużył oczy, które zaczęły szczypać go nieprzyjemnie, zapowiadając rychłe nadejście łez. Mimo wszystko dał się Aidanowi poprowadzić dalej: bardziej z szoku niż poczucia, że ''tak trzeba''. Nie był bohaterem. Nie był nawet ratownika. Na Matkę on prędzej sam sobie tutaj zrobi krzywdę, niż komuś pomoże. — O kurwa — podniósł głos na widok ofiary pożaru, pomiędzy napadami kaszlu. — Co mu, czy on! Zanim zdołał utkać zrozumiałe pytanie, do jego nozdrzy dotarł zapach spalonego ciała, który w połączeniu z gryzącym oczy i gardło dymem ostatecznie sprawił, że organizm Eliasa postanowił się poddać. Mężczyzna zgiął się w pół i opadł na kolana, aby zaraz zwrócić zawartość żołądka na resztki pobliskiego murku. |