16.03.2025, 22:06 ✶
Zamiast poczuwać się za intruza, Ambroise po prostu był – spokojnie odpowiadał, jak gdyby nigdy nic, i sobie smażył, a co! Bo to było całkowicie normalne, szczególnie w tym fartuszku, w którym zawsze robiła kuchennego bałaganu Kimi, bo była śmieszna, roztrzepana, ale też pogodna i urocza. A teraz jej nie było. Czułem, że to przez mnie, choć zapierała się, że to jej matka i jej specyficzna rodzina.
Ambroise rozdrapywał kolejne rany. Nieświadomie albo świadomie. Przynajmniej nie niósł sobą na kilometr zapachu czosnku i innego badziewia... Jeszcze tego brakowało, by zostawił to w moim i Geraldine mieszkaniu. Nie życzyłbym sobie tego, niezależnie od tego, ile byłem mu winien i co obiecałem.
– Oby wstała szybko, bo inaczej nie zdążysz zjeść tego obiadu – stwierdziłem z lekką – albo cięższą? – groźbą, chociaż wcale nie byłem głodny. Bardziej irytował mnie fakt, że olewczo odwracał się do mnie plecami, chociaż doskonale wiedział, z własnego doświadczenia, na co było mnie stać. I POZA TYM BYŁ NIEPROSZONY W NASZEJ KUCHNI. Było co prawda południe… Chyba, ale to i tak wydawało się być nie na miejscu. Zresztą, dla mnie to był poranek. Chore to było.
Jebnąłem ręką we framugę drzwi, a spomiędzy warg wydobyło mi się coś w stylu wściekłego syknięcia… Nie przepadałem za tymi zwierzęcymi odruchami – inaczej nie potrafiłem ich nazwać. Były dzikie i pierwotne.
Tak, i teraz niech mi ktoś powie, że wampiry miały prawo żyć.
Przełknąłem ślinę, nie spuszczając wzroku z Ambroise’a. Z tyłu głowy, oczywiście z opóźnieniem, zaświtało mi, że raczej powinienem być dla niego miły, bo miał dostęp do medykamentów. Było jednak za późno? Czy może nie...?
– Wiesz może... czy Geraldine robiła jakieś zakupy, wracając do domu? – zapytałem delikatnie, zmieniając jednak taktykę. Mówiło się nuż widelec, no nie? Nie podobało mi się, że naruszył mój teren bez zapowiedzi i jeszcze olewczo traktował moje wzburzenie, ale… wyższe sprawy, priorytety, inne takie.
Ech, niechybnie zwariowałem, skoro zamierzałem się kajać przed taką mendą. Wolałem starego Ambroise’a od tego fleta.
– A może ty masz coś pod ręką...? Jakiś eliksir nasenny? Nie spałem za dobrze – przyznałem, odwracając od niego wzrok i niemrawo stukając we framugę palcem, jakbym chciał wydziobać w niej dziurę albo przejście do krainy eliksirów nasennych. Zrobiłem umęczoną minę, chociaż moja twarz… raczej i tak wyglądała na zmęczoną.
– Jestem podirytowany, bo nie sypiam dobrze. A ty jeszcze pojawiasz się tu i hałasujesz... Rozumiesz, prawda? — dodałem w ramach swojej małej manipulacji. Cel uświęcał środki. W tej drobnej sprawie dawałem sobie wybaczenie.
Ambroise rozdrapywał kolejne rany. Nieświadomie albo świadomie. Przynajmniej nie niósł sobą na kilometr zapachu czosnku i innego badziewia... Jeszcze tego brakowało, by zostawił to w moim i Geraldine mieszkaniu. Nie życzyłbym sobie tego, niezależnie od tego, ile byłem mu winien i co obiecałem.
– Oby wstała szybko, bo inaczej nie zdążysz zjeść tego obiadu – stwierdziłem z lekką – albo cięższą? – groźbą, chociaż wcale nie byłem głodny. Bardziej irytował mnie fakt, że olewczo odwracał się do mnie plecami, chociaż doskonale wiedział, z własnego doświadczenia, na co było mnie stać. I POZA TYM BYŁ NIEPROSZONY W NASZEJ KUCHNI. Było co prawda południe… Chyba, ale to i tak wydawało się być nie na miejscu. Zresztą, dla mnie to był poranek. Chore to było.
Jebnąłem ręką we framugę drzwi, a spomiędzy warg wydobyło mi się coś w stylu wściekłego syknięcia… Nie przepadałem za tymi zwierzęcymi odruchami – inaczej nie potrafiłem ich nazwać. Były dzikie i pierwotne.
Tak, i teraz niech mi ktoś powie, że wampiry miały prawo żyć.
Przełknąłem ślinę, nie spuszczając wzroku z Ambroise’a. Z tyłu głowy, oczywiście z opóźnieniem, zaświtało mi, że raczej powinienem być dla niego miły, bo miał dostęp do medykamentów. Było jednak za późno? Czy może nie...?
– Wiesz może... czy Geraldine robiła jakieś zakupy, wracając do domu? – zapytałem delikatnie, zmieniając jednak taktykę. Mówiło się nuż widelec, no nie? Nie podobało mi się, że naruszył mój teren bez zapowiedzi i jeszcze olewczo traktował moje wzburzenie, ale… wyższe sprawy, priorytety, inne takie.
Ech, niechybnie zwariowałem, skoro zamierzałem się kajać przed taką mendą. Wolałem starego Ambroise’a od tego fleta.
– A może ty masz coś pod ręką...? Jakiś eliksir nasenny? Nie spałem za dobrze – przyznałem, odwracając od niego wzrok i niemrawo stukając we framugę palcem, jakbym chciał wydziobać w niej dziurę albo przejście do krainy eliksirów nasennych. Zrobiłem umęczoną minę, chociaż moja twarz… raczej i tak wyglądała na zmęczoną.
– Jestem podirytowany, bo nie sypiam dobrze. A ty jeszcze pojawiasz się tu i hałasujesz... Rozumiesz, prawda? — dodałem w ramach swojej małej manipulacji. Cel uświęcał środki. W tej drobnej sprawie dawałem sobie wybaczenie.