16.03.2025, 22:30 ✶
- Herbata pasuje zawsze do wszystkiego. Zależy tylko, o której odmianie mówimy - powiedziała, gdy oderwała już butelkę od ust. Teraz na jej wargach mieniły się mokre krople, które... Zadziwiająco do niej pasowały. Tak samo jak bezczelne picie prosto z gwinta, czego nie pochwaliłaby zarówno jej matka, jak i ojciec. W domu i poza nim miała być damą: nosić pantofelki na obcasie, prostować ładnie plecy i poruszać się z gracją nimfy leśnej, stąpającej między runem leśnym. Problem jednak leżał w tym, jaki charakter miała Roselyn i jak wielki wpływ na nią samą miał jej brat, który również ukrywał swoje prawdziwe ja pod maską pozorów. Rodzeństwo Greengrass musiało odziedziczyć najgorsze cechy po swoim wspólnym ojcu, a dwie matki były tylko oliwą dolaną do ognia. Nikt by pewnie nie przypuszczał, że Roselyn i Ambroise palili trawkę, którą samodzielnie hodowali, w jego kawalerce w Londynie, upijając się przy okazji do niemal nieprzytomności. Gdy przewracali się o własne nogi, gdy tarzali się po jego łóżku i w końcu opierali się o siebie plecami, by palić papierosy i milczeć, bo tylko w milczeniu ostatnio mogli znaleźć ukojenie. A przynajmniej tak im się wydawało, bo chociaż milczeli ciągle, to jednak ból w ich sercach pozostawał tak samo mocny, jeśli wręcz nie przybierał na sile. Roselyn spoważniała, a gdy Anthony się poruszył, zdążyła tylko zerknąć na to, co wyrabia.
Zesztywniała na moment, nie spodziewając się aż takiej bezczelności z jego strony. Rose ściągnęła brwi w wyrazie niezadowolenia, lecz... Odpuściła. Tak po prostu - pewnie miała ochotę zepchnąć go ze swoich kolan na ziemię, niech potoczy się pajac Borgin po wilgotnej trawie, lecz z jakiegoś powodu sama sięgnęła po paczkę swoich papierosów. Ona nie musiała się poświęcać.
- Nie chcę, ale wtedy nie dasz mi spokoju, prawda? - zapytała retorycznie, ściszając nieco głos. Roselyn wsparła się dłońmi o ziemię i uniosła oczu ku niebu. Obserwowała migoczące na niebie punkciki, pozwalając by dym z papierosa unosił się ku górze swobodnie i powoli, nie wiedząc jak bardzo niebezpieczny stanie się za dokładnie dwa dni, gdy nastanie zmierzch, a pożoga ogarnie Londyn oraz okoliczne, strategiczne miejscowości, w tym jej własny dom. - Chciałabym powiedzieć, że przemilczając tę sytuację sprawimy, że nie stanie się rzeczywistością.
Powiedziała w końcu, unosząc jedną z dłoni. Zaciągnęła się papierosem, nie patrząc na Borgina. Wciąż wpatrywała się w gwiazdy a ból, który nosiła w sercu, nasilił się.
- Ale im dłużej milczymy, tym większy ból nosimy w sercu - wypuściła dym powoli i ostrożnie, pozwalając by uciekł spomiędzy jej warg. - W połowie sierpnia coś wezwało nas do Kniei. Mnie, mojego przyjaciela i mojego brata. Spotkaliśmy się całkowicie przypadkowo w tym samym miejscu, żadne z nas nie konsultowało tego ze sobą. Wszyscy czuliśmy, że musimy złamać zakaz, który dało Ministerstwo, i wejść do Kniei Godryka. Wiesz, co mówią o rodzie Greengrass?
Zapytała, przedłużając dojście do sedna problemu, który ciążył jej na duszy. Ale chciała, żeby Anthony potraktował to poważnie, skoro już zdecydowała się nieco przed nim otworzyć.
- Gdy umieramy, stajemy się częścią Kniei. Potrafimy się z nią komunikować. Potrafiliśmy... Dopóki nie została zamknięta. Teraz milczy, ale wezwała nas do siebie. Wiesz, co ujrzeliśmy, gdy zanurzyliśmy się w ciemnym listowiu? - głos jej niebezpiecznie zadrżał. Drżała też jej ręka, trzymająca papierosa między palcami. Drżały jej kolana i drżało całe ciało - i nie drżało ono z zimna, bo przecież chroniła ich bańka. - Widzieliśmy jedno z tych stworzeń, przez które nasi przodkowie milczą. Milczą, bo te stworzenia wysysają z nich życie. Jeden z naszych Dębów został wyssany do cna. Jeżeli zastanawiasz się jakie to uczucie, to pomyśl że ktoś bierze cieniutką igłę, a potem dźga cię w serce, jednocześnie łamiąc twoje kości kawałek po kawałku, w całym ciele, nie przerywając. A ty nie możesz się ruszyć.
Zgasiła papierosa tylko po to, by sięgnąć po butelkę z winem. Zdecydowanie potrzebowała alkoholu, który ukoiłby łzy, które zaczęły niekontrolowanie spływać z jej oczu.
- Knieja umiera, Anthony. A gdy umrze Knieja, umrę i ja. Umrze mój brat, moja matka, ojciec... Umrzemy wszyscy. Ministerstwo wysłało do nas Niewymownego, jakby przeczuwali, co się stało, ale przecież żadne z nas nie zdążyło im nawet powiedzieć o naszej wizycie. Podejrzewam więc, że po prostu nie robią wszystkiego co w ich mocy. A my umieramy. Gdy Knieja umrze, zostanie ze mnie pusta skorupa.
Zesztywniała na moment, nie spodziewając się aż takiej bezczelności z jego strony. Rose ściągnęła brwi w wyrazie niezadowolenia, lecz... Odpuściła. Tak po prostu - pewnie miała ochotę zepchnąć go ze swoich kolan na ziemię, niech potoczy się pajac Borgin po wilgotnej trawie, lecz z jakiegoś powodu sama sięgnęła po paczkę swoich papierosów. Ona nie musiała się poświęcać.
- Nie chcę, ale wtedy nie dasz mi spokoju, prawda? - zapytała retorycznie, ściszając nieco głos. Roselyn wsparła się dłońmi o ziemię i uniosła oczu ku niebu. Obserwowała migoczące na niebie punkciki, pozwalając by dym z papierosa unosił się ku górze swobodnie i powoli, nie wiedząc jak bardzo niebezpieczny stanie się za dokładnie dwa dni, gdy nastanie zmierzch, a pożoga ogarnie Londyn oraz okoliczne, strategiczne miejscowości, w tym jej własny dom. - Chciałabym powiedzieć, że przemilczając tę sytuację sprawimy, że nie stanie się rzeczywistością.
Powiedziała w końcu, unosząc jedną z dłoni. Zaciągnęła się papierosem, nie patrząc na Borgina. Wciąż wpatrywała się w gwiazdy a ból, który nosiła w sercu, nasilił się.
- Ale im dłużej milczymy, tym większy ból nosimy w sercu - wypuściła dym powoli i ostrożnie, pozwalając by uciekł spomiędzy jej warg. - W połowie sierpnia coś wezwało nas do Kniei. Mnie, mojego przyjaciela i mojego brata. Spotkaliśmy się całkowicie przypadkowo w tym samym miejscu, żadne z nas nie konsultowało tego ze sobą. Wszyscy czuliśmy, że musimy złamać zakaz, który dało Ministerstwo, i wejść do Kniei Godryka. Wiesz, co mówią o rodzie Greengrass?
Zapytała, przedłużając dojście do sedna problemu, który ciążył jej na duszy. Ale chciała, żeby Anthony potraktował to poważnie, skoro już zdecydowała się nieco przed nim otworzyć.
- Gdy umieramy, stajemy się częścią Kniei. Potrafimy się z nią komunikować. Potrafiliśmy... Dopóki nie została zamknięta. Teraz milczy, ale wezwała nas do siebie. Wiesz, co ujrzeliśmy, gdy zanurzyliśmy się w ciemnym listowiu? - głos jej niebezpiecznie zadrżał. Drżała też jej ręka, trzymająca papierosa między palcami. Drżały jej kolana i drżało całe ciało - i nie drżało ono z zimna, bo przecież chroniła ich bańka. - Widzieliśmy jedno z tych stworzeń, przez które nasi przodkowie milczą. Milczą, bo te stworzenia wysysają z nich życie. Jeden z naszych Dębów został wyssany do cna. Jeżeli zastanawiasz się jakie to uczucie, to pomyśl że ktoś bierze cieniutką igłę, a potem dźga cię w serce, jednocześnie łamiąc twoje kości kawałek po kawałku, w całym ciele, nie przerywając. A ty nie możesz się ruszyć.
Zgasiła papierosa tylko po to, by sięgnąć po butelkę z winem. Zdecydowanie potrzebowała alkoholu, który ukoiłby łzy, które zaczęły niekontrolowanie spływać z jej oczu.
- Knieja umiera, Anthony. A gdy umrze Knieja, umrę i ja. Umrze mój brat, moja matka, ojciec... Umrzemy wszyscy. Ministerstwo wysłało do nas Niewymownego, jakby przeczuwali, co się stało, ale przecież żadne z nas nie zdążyło im nawet powiedzieć o naszej wizycie. Podejrzewam więc, że po prostu nie robią wszystkiego co w ich mocy. A my umieramy. Gdy Knieja umrze, zostanie ze mnie pusta skorupa.