Geraldine spała dość długo, właściwie była to raczej drzemka, bo chyba tych kilku godzin snu nie można było nazwać pełnym snem. Noc spędziła w Mungu, była zmęczona, więc udało jej się na trochę zmrużyć oczy, zresztą przy Roisie tak już miała, nie dręczyły ją koszmary, kiedy znajdował się tuż obok niej.
Poranek spowodował zmiany, wreszcie udało im się ustalić jakąś jedną wspólną wersję, trochę to trwało, ale w końcu czuła, że są na właściwej drodze. Nie musiała się przejmować tym, że nagle zniknie z jej życia. Być może nie mieli szansy przedyskutować wszystkich szczegółów, ale mieli na to czas, bo zadecydowali o tym, że czeka na nich wspólna przyszłość. Uspokoiło ją to, nie ma się co dziwić, od kiedy wrócili z jaskini demona to był problem, który próbowała rozwiązać. Musiała jakoś ogarnąć siebie i swoje życie, aby móc ruszyć dalej. Powoli chyba wszystko zmierzało w odpowiednim kierunku, a przynajmniej tak się jej wydawało.
Yaxleyówna obudziła się przez to, że usłyszała głosy dochodzące w wnętrza mieszkania. Odruchowo sięgnęła na drugą stronę łóżka, niestety było ono puste. Tyle by było z wspólnego poranku, a właściwie to południa? Nie miała pojęcia, która jest godzina. Westchnęła nieco zrezygnowana, bo to świadczyło o tym, że chyba czas najwyższy się podnieść, a najchętniej spędziłaby cały dzień w pościeli.
Leżała jednak jeszcze chwilę w łóżku wpatrując się w sufit i uśmiechając sama do siebie. Humor jej dopisywał, bo być może ten poranek był dosyć ciężki, sporo sobie powiedzieli, ale zakończył się całkiem miło, do tego miał być nowym początkiem. Był to więc całkiem dobry dzień. Nie sądziła, że cokolwiek teraz mogłoby to spierdolić.
Yaxleyówna podniosła się z łóżka, zrobiła to dość szybko, przez co zakręciło się jej w głowie, co było dość dziwne jak na nią, raczej nie miewała takich problemów, jednak ostatnio jej życie było pełne stresu, więc jakoś specjalnie się tym nie przejęła. Nachyliła się jeszcze, aby zgarnąć którąś z koszul rozrzuconych na podłodze, w jej ręce trafiła koszula Ambroisa, ale nie przejęła się tym jakoś specjalnie. W przeciwieństwie do Greengrassa pamiętała o tym, że nie byli tu już sami, bo mieszkanie aktualnie stało się domem również jej młodszego brata. Narzuciła ją na siebie, w pośpiechu zapięła wszystkie guziki, po czym dopiero opuściła swoją sypialnię.
Skierowała się do kuchni, wiedziała, że to tam znajdzie swojego chłopaka, bo do jej nozdrzy dochodził zapach bekonu. Obiecał jej śniadanie i najwyraźniej dotrzymał słowa. Dobrze było wiedzieć, że znowu się to działo, zresztą miało się też szybko nie skończyć. Postanowili przecież, że czeka ich wspólna przyszłość.
Nie usłyszała całej rozmowy, jaka toczyła się w kuchni, ale do jej uszu dotarły słowa Astarotha. Zmrużyła oczy, analizując to co powiedział. Przystanęła nawet na chwilę w korytarzu, nie do końca wiedziała, czy jest mile widziana w tej nieszczęsnej kuchni, ale przecież była u siebie. Nie powinna im przeszkadzać podczas tej miłej pogawędki.
Rzuciła jeszcze okiem na psy, które najwyraźniej nadal słodko spały, cóż, całe szczęście, bo jeszcze tylko ich brakowało w tej nieszczęsnej kuchni.
Odchrząknęła gdy znalazła się za Astarothem. - Czy Ty mu grozisz? - Tak, wolała się upewnić, że właśnie to robił. Nie powinien się zachowywać w ten sposób w stosunku do jej gościa, zresztą powinni chyba z nim ustalić, że to będzie się powtarzać, o ile Roise na stałe nie wróci do tego mieszkania. O tym jeszcze nie rozmawiali, ale istniała taka możliwość, zdecydowanie wolałaby, żeby właśnie ją wybrali, bo nie chciała dłużej budzić się bez niego, zmarnowali dwa lata przez te bezsensowne powody, nie mogli tego robić dłużej.
- Nie próbuj niczego, Roise wie, że masz problem. - Dodała z uśmiechem mijając brata w drzwiach. Zadbała o to, żeby Greengrass dowiedział się o wszystkim, bo jak nikt inny znał się na takich przypadkach. Zresztą ustalili sobie już nawet plan działania. Niedługo Astaroth się o nim dowie.
- Ładnie pachnie. - Powiedziała jeszcze zbliżając się do Ambroisa, usiadła sobie tuż obok niego na blacie, na który wsunęła się jednym zgrabnym ruchem. Była głodna, kurewsko głodna po tym dość intensywnym poranku.