— O ile tylko będzie w stanie ją zachować — stwierdził. — Wciąż jest sobą, a cóż... Wszyscy wiemy, jaki jest Ch... Julien. Pełny życia i entuzjazmu, tego nie da się tak po prostu ukryć.
Wymyślenie dla chłopaka nowej tożsamości było mistrzowskim ruchem, chociaż zdecydowanie niełatwym do wdrożenia w życie. Raz, że Charles nie odcinał się w pełni od dawnego życia, dalej miał zamiar funkcjonować z Heather i Cameronem u boku, a to zdecydowanie zwróci uwagę, jeśli zbyt szybko zaczną się pojawiać w miejscach, w których byli uznawani za stałych bywalców. Lupinowi robiło się słabo na myśl, że jedno słowo za dużo po alkoholu albo czyjaś ponadprzeciętna spostrzegawczość mogłaby wszystko zepsuć.
— Mów mi więcej — mruknął, bębniąc bezdźwięcznie palcami o blat stołu. — Nawet nie c-c-chcę myśleć o tym, c-co akurat robiliśmy, gdy to się działo.
Odchylił głowę w górę i rozłożył szerzej nogi, podrygując raz po raz prawą nogą. Czy było to wtedy, gdy Heather licytowała sobie kieckę? Kiedy zamieniono jakąś czarownicę w bobra? Podczas występu tej śpiewaczki operowej od Longbottomów, którą wszyscy powitali gromkimi oklaskami? A może, gdy razem z Rudą wymknął się do ogrodu? Skrzywił się na samą myśl. Gdyby byli bardziej przemyślni, gdyby byli mądrzejsi, dojrzalsi, może skończyłoby się inaczej. Ich rozmowa podczas balu co chwilę wracała do Charliego. Czemu nie zainteresowali się bardziej? Cameron z trudem powstrzymał się od oparcia głowy o stół z bezsilności.
Ciężko mu było przejść do porządku dziennego z tym, że tamta noc mogła się potoczyć inaczej. Gdyby nie założyli z góry, że Charlie i Christie po prostu planują się spóźnić lub się rozchorowali, być może mogliby jakoś temu zapobiec. Lub uratować, chociaż jeszcze jedną osobę. Już raz to zrobiłem, pomyślał, spuszczając wzrok na stół, wracając myślami do pierwszego spotkania z Christie. Nie odbyło się w najlepszych okolicznościach, ale zarówno on, jak i Rookwood stanęli na wysokości zadania. Udało im się wybronić. Mówi się, że piorun nigdy nie uderza dwa razy, ale może w tym przypadku akurat by uderzył i pozwolił im zmienić bieg zdarzeń?
— Nie możemy? — powtórzył zawiedziony po dziewczynie, wlepiając w nią skonfundowany wzrok. Teoretycznie nie chodziło o to, że było to poza zasięgiem ich wpływu, a czy powinni to robić. No i o to, czy Charlie w ogóle pozwoliłby im siebie pilnować. — No okej, może i nie możemy, ale mamy inne opcje, co nie? Szantaż to też jakieś rozwiązanie. Zawsze możemy go porwać i zamknąć w domku letniskowym Twojej matki. Twoja matka ma domek letniskowy w razie czego, co nie?
Mówił oczywiście pół żartem pół serio. Ufał Charliemu, że w obecnej kryjówce jest bezpieczny, ale gdyby tylko była taka potrzeba, był gotów znaleźć mu jakąś nową melinę. Nawet jeśli tą meliną miała być ekskluzywna rezydencja Pani Wood. Zastanawiał się, czy mógłby poprosić przyjaciela o to, aby się powstrzymał przed jakimikolwiek działaniami. Dla własnego dobra. Tak jak zrobił to wcześniej, kiedy wymógł na nim obietnicę, że nie będzie się pakował w nic głupiego sam. W końcu nawet jak na nich, to byłaby czysta głupota, gdyby nagle...
Drgnął i wbił bardzo świadome spojrzenie w Heather, jakby w jego głowie poruszyło się kilka kół zębatych, a chomik zaczął trenować do maratonu swojego życia w kołowrotku. W tym momencie dotarły do nich zamówione dania i napitki. Cameron od razu sięgnął po wino i wypił dwa łyki. Następnie nachylił się nad stołem, przyciszając znacznie głos:
— Jest jeszcze jedna opcja. Genialna w chuj i głupia w opór, ale taka, dzięki której będziemy wiedzieli wszystko. Możemy mu pomóc, gdy będzie tego potrzebował, ale przekonamy go do tego, że musi być gotowy. Pod wieloma względami — kontynuował, chociaż iskierki geniuszu w jego oczach zdążyły już zgasnąć, kiedy zdał sobie sprawę, że w ten sposób wcale nie sprawiają, że Rookwood będzie bardziej bezpieczny. Dzięki temu przynajmniej będą wiedzieć, kiedy będzie chciał zrobić coś głupiego. A to była już jakaś informacja. Lepsze to niż błądzenie w ciemności jak mały berbeć. — Mówiłem, genialne i głupie jednocześnie. Bardzo w naszym stylu. Chociaż tak... Wolałbym, żeby trzymał się od tego jak najdalej.
Wbił widelec w smażoną rybę i odkroił kawałek, popisując się, że z domu rodzinnego wyniósł nie tylko sporą wiedzę medyczną i traumę po wycieczkach terenowych, ale też całkiem niezłe maniery podczas jedzenia przy stole. Prawdziwy gentlemen. Akurat pod tym względem raczej nie odstawał zbytnio od reszty gości. Chociaż mogła to być też kwestia tego, że zamówił chyba najprostsze do jedzenia danie. Gdyby mu przynieśli jakieś ślimaki lub owoce morza, to nawet nie wiedziałby, od której strony się za nie zabrać, nie mówiąc już o doborze odpowiedniego widelczyka.