17.03.2025, 22:08 ✶
Złożyłem niepocieszony ręce na piersi i odwróciłem się w kierunku Geraldine. Ta, rodzina najważniejsza… Chyba tylko na zdjęciach, a w następnym akcie niech się pierdoli.
— Wcale nie mam żadnego problemu. Wy macie i to poważny — stwierdziłem podirytowany, a przy tym również zmęczony. Łatwo było osądzać, kiedy tak naprawdę nie wiedzieli, co było na rzeczy. Ale nie potrzebowałem ich. Miałem jeszcze dwie fiolki eliksiru nasennego od Victorii. Jutro pójdę do apteki sam. Nie potrzebowałem niczyjej łaski…
Swoją drogą, ciekawe, czy Geraldine również wyliczała sobie wypity alkohol. Ja byłem zdecydowanie łagodniejszy w szczerej rozmowie z nią.
— Pragnę zauważyć, że on też mi grozi. Poza tym TY i ON to miał być koniec, a ty znowu włazisz do tego samego bagna, więęęc... zaraz sam stracisz zęby, Ambroise, jeśli znowu się rozejdziecie — stwierdziłem śmiertelnie poważnie, jak na swój stan, irytację postawą Geraldine oraz denerwującą pewność siebie Ambroise’a.
— Chociaż nie… Bardziej zadowoli mnie, gdy połamię ci kości — poprawiłem się, zerkając to na jedno, to na drugie.
Wyglądali na naprawdę szczęśliwych. Niespodziewane. Nie dawałem im błogosławieństwa… A może jednak dawałem?
Mi samemu brakowało Kimi, chociaż nie byliśmy razem. Przynajmniej nie w sensie partnerskim. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a jednak… Było mi bez niej bardzo pusto. Przyzwyczaiłem się do jej obecności. Aż za bardzo. Teraz traciłem grunt pod nogami… Chociaż sypał się on już o wiele wcześniej, więc to wcale nie wina braku jej obecności. Po prostu zjebałem. Byłem niewystarczająco ostrożny. Raz, drugi, trzeci. I mało co nie zabił mnie własny brat. Thoran. Nie dziwić się, że jego śmierć też mi się śniła.
Chyba powinienem z nim porozmawiać o tamtym dniu… To wcale nie było zabawne. Ani trochę. Teraz bałem się nawet marzyć o ujrzeniu słońca.
Skrzywiłem się odruchowo na ich czułości. Zakochanie nie pasowało mi do Geraldine. Była raczej nakierowana na wieczną walkę i problemy z samą sobą, a tu… nagłe zaskoczenie. Może, tak na dobrą sprawę, to nie była rzeczywistość, tylko sen?
To by wyjaśniało widok pośladków Ambroise’a w obcisłych gaciach i uśmiech na wargach Geraldine.
— To wy zjedzcie, a ja idę się umyć — stwierdziłem, chcąc przetestować ten sen. Może zasnąć pod wodą. Utopić się. A potem obudzić się we własnym łóżku? To było możliwe.
Tylko że tak odpłynąłem we własnych myślach, że nie zauważyłem, iż wciąż stałem z rękami skrzyżowanymi na piersi. Może spałem na stojąco? Czy tak się dało? A może po prostu śniłem o spaniu na stojąco...?
— Wcale nie mam żadnego problemu. Wy macie i to poważny — stwierdziłem podirytowany, a przy tym również zmęczony. Łatwo było osądzać, kiedy tak naprawdę nie wiedzieli, co było na rzeczy. Ale nie potrzebowałem ich. Miałem jeszcze dwie fiolki eliksiru nasennego od Victorii. Jutro pójdę do apteki sam. Nie potrzebowałem niczyjej łaski…
Swoją drogą, ciekawe, czy Geraldine również wyliczała sobie wypity alkohol. Ja byłem zdecydowanie łagodniejszy w szczerej rozmowie z nią.
— Pragnę zauważyć, że on też mi grozi. Poza tym TY i ON to miał być koniec, a ty znowu włazisz do tego samego bagna, więęęc... zaraz sam stracisz zęby, Ambroise, jeśli znowu się rozejdziecie — stwierdziłem śmiertelnie poważnie, jak na swój stan, irytację postawą Geraldine oraz denerwującą pewność siebie Ambroise’a.
— Chociaż nie… Bardziej zadowoli mnie, gdy połamię ci kości — poprawiłem się, zerkając to na jedno, to na drugie.
Wyglądali na naprawdę szczęśliwych. Niespodziewane. Nie dawałem im błogosławieństwa… A może jednak dawałem?
Mi samemu brakowało Kimi, chociaż nie byliśmy razem. Przynajmniej nie w sensie partnerskim. Byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a jednak… Było mi bez niej bardzo pusto. Przyzwyczaiłem się do jej obecności. Aż za bardzo. Teraz traciłem grunt pod nogami… Chociaż sypał się on już o wiele wcześniej, więc to wcale nie wina braku jej obecności. Po prostu zjebałem. Byłem niewystarczająco ostrożny. Raz, drugi, trzeci. I mało co nie zabił mnie własny brat. Thoran. Nie dziwić się, że jego śmierć też mi się śniła.
Chyba powinienem z nim porozmawiać o tamtym dniu… To wcale nie było zabawne. Ani trochę. Teraz bałem się nawet marzyć o ujrzeniu słońca.
Skrzywiłem się odruchowo na ich czułości. Zakochanie nie pasowało mi do Geraldine. Była raczej nakierowana na wieczną walkę i problemy z samą sobą, a tu… nagłe zaskoczenie. Może, tak na dobrą sprawę, to nie była rzeczywistość, tylko sen?
To by wyjaśniało widok pośladków Ambroise’a w obcisłych gaciach i uśmiech na wargach Geraldine.
— To wy zjedzcie, a ja idę się umyć — stwierdziłem, chcąc przetestować ten sen. Może zasnąć pod wodą. Utopić się. A potem obudzić się we własnym łóżku? To było możliwe.
Tylko że tak odpłynąłem we własnych myślach, że nie zauważyłem, iż wciąż stałem z rękami skrzyżowanymi na piersi. Może spałem na stojąco? Czy tak się dało? A może po prostu śniłem o spaniu na stojąco...?