17.03.2025, 22:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.03.2025, 20:10 przez Elias Bletchley.)
| Miał mętlik w głowie. Z jednej strony dalej tkwił w barze, łudząc się, że uda mu się jakoś odegrać na reszcie facecików, z którymi siedział przy stoliku. Z drugiej zaś był aż nazbyt świadomy tego, w jakim burdelu się znalazł. I wbrew pozorom nie należał od najlepszych, a raczej tego z najpodlejszych. To by było na tyle, jeśli chodzi o święty spokój na Horyzontalnej, pomyślał bezwiednie, wyrzucając z siebie popijane jeszcze niedawno piwo kremowe. Wzdrygnął się, gdy poczuł, jak alkohol próbuje wyrwać się na zewnątrz, podrażniając jego gardło. — Ekhm-mhmm! — zarzęził twierdząco, machając ściskającą różdżkę ręką, żeby czarodziej szedł dalej. Zaakceptował przekazane mu instrukcje, ale nawet nie próbował podnieść głowy. Za bardzo skupił się na tym, aby jakkolwiek odzyskać kontrolę nad własnym ciałem, a cel był jeden: zmusić się do tego, aby resztki zawartości żołądka pozostały już na miejscu. Już dosyć. Już wystarczy. Ogarnij się, ogarnij się, powtarzał sobie niczym mantrę, przełykając z trudem ślinę. Leciało mu z ust, ciekło mu z oczu i miał wrażenie, że z nosa też już zaczynało. Bletchley wziął głęboki oddech i poruszył nieznacznie głową najpierw w lewą, a potem prawą stronę, a kiedy ciało nie zaprotestowało - stanął powoli na nogi. Bez względu na to, jak bardzo nie chciał się po prostu zatrzymać, wiedział, że nie może teraz tak stać, jak kołek. Nie w chwili, gdy miał ubezpieczać tego drugiego typa. Elias zmrużył oczy i ruszył przed siebie, próbując wypatrzeć sylwetka chłopaka pośród kłębów ciężkiego pyłu. I w sumie udało mu się to. Tyle że nie dość szybko. Niby było to zaledwie parę kroków, ale wszystko nastąpiło zbyt szybko. Stłumiony okrzyk. Chwila ciszy. Trzask towarzyszący energii magicznej uwalnianej z czubka różdżki. Znowu cisza. A potem rozdzierający krzyk, któremu zawtórował wybuch płomieni na ciele tego poparzonego mężczyzny. Nie widział wszystkiego, jednak ogień przebijający się przez ścianę dymu nie pozostawiał dużego pola do interpretacji. Jedyne co po sobie zostawił to żarzący się w kamieniu odcisk dłoni. I popiół, któremu zapewne przeznaczone było rozpierzchnąć się po tej ruinie, gdy tylko zawieje pierwszy wiatr. — Czy to... Co to za magia? — wyrzucił z siebie biedny szklarz, zaczynając machać niepewnie różdżką. — Czy on... Sam się zapalił? Samozapłon? Pożoga? Przez głowę przelatywało mu tysiąc myśli. Kim był ten facet? Ofiarą ognia? Czy ten pożar właśnie to po sobie pozostawiał - dobijał każdego, kto wszedł z nim w kontakt? A może był to sprawca tego całego zamieszania? Posrany wariat, który postanowił sterroryzować dzielnicę czarodziejów i uniknąć sprawiedliwości samemu się podpalając? A może ktoś zrobił to za niego? Może to efekt jakiegoś zaklęcia zabezpieczającego, które złamało się pod wpływem zapadnięcia się budowli? O Merlinie. O Matko. — Wynośmy się stąd — rzucił błagalnie Elias, próbując na wszelki wypadek zasłonić ręką usta. — On już... Już jest po nim, a nie wiadomo, ile ten szajs wytrzyma w tym stanie. Chyba nikt nie budował kamienic w magicznej dzielnicy Londynu, biorąc pod uwagę pożar miasta. Atak terrorystyczny. Klęskę żywiołów. Cokolwiek, kurwa. |
|
(Kształtowanie) Stworzenie bańki z czystym powietrzem wokół siebie i Aidana x1
Rzut N 1d100 - 61
Sukces! |