Być może nie powinna stawiać młodszego brata w takiej sytuacji. Takiej? No jakiej? Była dorosła. Mogła mieć swoje życie, prawda? Tak właściwie to przecież nie robiła niczego złego. Zeszła się z Roisem. Przeżyli razem wiele lat. Jego widok w tym mieszkaniu nie powinien być dla Astarotha żadną nowością. Faktycznie zdarzyło jej się w jego towarzystwie narzekać na swojego byłego chłopaka, ale wtedy miała ku temu powody, wtedy nie wiedziała, co właściwie spowodowało ich rozstanie. Teraz, gdy dostrzegła pełny obraz już nie była tak negatywnie nastawiona, wręcz przeciwnie, przecież inaczej nie zabiegałaby tak bardzo o to, aby wrócił do jej życia.
Łączyła ich więź, która była bardzo silna. Nie potrafiła wyobrazić sobie swojego życia bez niego. Jasne, jakoś udało im się trzymać z dala od siebie przez te półtora roku, jednak uważała ten czas raczej za smutną egzystencję, to nie było życie którego pragnęła, na które zasługiwali. Nie do końca miała szansę wyjaśnić swój punkt widzenia bratu, może kiedyś znajdzie na to czas, póki co zresztą nie była pewna, czy zrozumiałby to, co miała mu do powiedzenia, może by o tym zapomniał? Nie miała pojęcia, nie był w końcu w najlepszym stanie. Zamierzała się tym zająć, zresztą w niedalekiej przyszłości. To był jej kolejny cel, a ostatnio wyjątkowo trzymała się swojej listy rzeczy do zrobienia. To też było czymś zupełnie nowym dla panny Yaxley.
Mniejsza o to wszystko, bo postawiła go w takiej sytuacji, więc teraz wypadało tylko jakoś wybrnąć z tego z twarzą. Zresztą to było jej życie, nie miała zamiaru po raz kolejny wysłuchiwać komentarzy przez niego rzucanych. Nie powinien jej mówić, w jaki sposób miała postępować. Do kurwy nędzy była dorosła i wiedziała, co jest dla niej najlepsze. W końcu uzyskała spokój, którego szukała od lat. Nie zamierzała udawać, że jest inaczej. Roth musiał się z tym pogodzić, nie miał aktualnie innego wyjścia, bo ona i Roise w końcu podjęli jedyną słuszną decyzję, mieli być razem, do usranej śmierci, a jakże.
- My właśnie pozbyliśmy się wszystkich naszych problemów. - Najwyraźniej chciała wyjaśnić bratu sytuację, pokazać, jak to wyglądało z jej strony. Nie sądziła, żeby to miało wiele zmienić, ale musiała spróbować.
- Nawet zimny bekon jest dobry, chociaż nie tak jak ten ciepły. - Rzuciła jeszcze, jakby faktycznie rozmawiali o tych kawałkach mięsa. Cóż, przynajmniej ona miała dostać śniadanie, co niesamowicie ją cieszyło, bo faktycznie była głodna. Z tego głodu, aż zaczęło jej się robić niedobrze, nie miała pojęcia dlaczego, rzadko jej się przytrafiało coś takiego. Może po prostu faktycznie była wymęczona tym wszystkim, co działo się wokół niej, ostatni czas nie był dla niej łaskawy, na szczęście w końcu wszystko miało się zmienić. Nowy początek, tak ten dzień był wyjątkowy.
Nie sądziła, że powinni brać groźby Astarotha na poważnie. Naprawdę nie był to odpowiedni moment na demonstrowanie swojej siły, powinien zauważyć, że Ambroise znajdował się tutaj dlatego, że tego chciała. Westchnęła głośno, kiedy usłyszała kolejne słowa swojego brata. Nie brzmiały one szczególnie pokrzepiająco. W sumie to mu się nie dziwiła. Widział ją wtedy, kiedy została sama, miał świadomość, jak czuła się po ich rozstaniu. Nie ukrywała nawet tego, że cierpiała wtedy okrutnie. Zdawała sobie sprawę, że mogło to wyglądać tak, jakby była w tej chwili niespełna rozumu, tyle, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, co im się wydarzyło, jak to wszystko wyglądało. Może kiedyś mu to wyjaśni, teraz zdecydowanie nie była na to odpowiednia pora, nie kiedy sam był w rozsypce.
- Nigdy nie był nam pisany koniec. - Rzuciła całkiem filozoficznie jak na siebie, ale nie była mu w stanie tego dokładniej wyjaśnić. - Nie będziesz nikomu łamał kości Roth. - Dodała jeszcze, bo nie podobała jej się taka narracja. Zresztą, gdyby spotkała ją jakaś krzywda byłaby w stanie sobie sama poradzić. Nie należała do tych bezbronnych dziewcząt, których bracia musieli się za nimi wstawiać. Geraldine potrafiła przecież o siebie zadbać.
- Przy Tobie zawsze jestem zadowolona. - Mruknęła cicho mierząc przy tym wzrokiem Roisa. Kurewsko dobrze prezentował się w tym fartuszku, chociaż zdecydowanie nie był w jego rozmiarze, może właśnie dzięki temu tak wspaniale wyglądał? Brakowało jej tego widoku, jego w ich kuchni, przygotowującego im śniadanie. Tak, bardzo, ale to bardzo za tym tęskniła. Jak dobrze było do tego wrócić. Nie mogła się oprzeć temu, aby przygryźć jego dolną wargę, kiedy postanowił musnąć jej usta. Cóż, mieli wspaniały poranek, gorzej dla Astarotha, bo czuła, że miał ochotę wydrapać sobie oczy, kiedy na to wszystko spoglądał.
Nie spodziewała się, że tak szybko przejdą do tematu związanego z pomocą, którą mieli zaoferować jej bratu. Właściwie to nawet nie była oferta, miała zamiar zmusić go do tego, aby wziął się za siebie. Nie bez powodu opowiedziała o wszystkim Greengrassowi, on miał większe doświadczenie w podobnych przypadkach (właściwie to miał jakiekolwiek doświadczenie, bo ona nie miała żadnego).
- To idziesz, czy zostajesz/ Zjesz z nami? a raczej Ty się napijesz, a my zjemy? - Nie umknęło jej to, że Astaroth nadal wstał w miejscu, mimo, że wspomniał o tym, że pójdzie pod prysznic. Chciała wyciągnąć do niego rękę, zaproponować mu wspólny posiłek, jego picie krwi nie robiło na niej wielkiego wrażenia, a zależało Yaxleyównie na tym, żeby mężczyźni się dogadywali. W końcu nie ominie ich wspólne mieszkanie, naprawdę liczyła na to, że nie będą ciągle mówili o tym, że mają ochotę sobie zrobić krzywdę. Nawet nie musieli się lubić, wystarczyło, aby w miarę tolerowali swoją obecność, przecież i jeden i drugi byli dla niej ważni.