18.03.2025, 01:17 ✶
Czasami nie był zbyt wielkim fanem swojej własnej sumienności. Spakował się… Tak naprawdę już wczoraj idealnie po to, aby dzisiaj mieć czas na ogarnięcie innych rzeczy. To znaczy idealnie po to, aby wieczorem zorientować się, że tak naprawdę nie miał już nic więcej do zrobienia i mógł siedzieć i myśleć albo o wszystkich potencjalnych problemach, które mogły pojawić się podczas jego podróży do Egiptu, albo o wszystkich możliwych problemach, które mógł zastać po swoim powrocie z Egiptu. Ah, no i była jeszcze sprawa diagnozy Lorien, którą przyniosła jej dzisiejsza wizyta. Może naprawdę powinien robić wszystko na ostatnią chwilę? W ten sposób zamiast zamartwiać się rzeczami, na które nie miał wpływu, zamartwiałby się tym, aby jak najszybciej spakować wszystkie skarpetki, czy coś takiego.
Teoretycznie mógłby też pójść już spać. To byłoby pewnie dobre rozwiązanie, zważywszy na to, że jutro czekała go długa podróż, a on był jednak zmęczony częściej, niż rzadziej, ale… Ale dzisiaj jak na złość zmęczony nie był, a przynajmniej nie tak, aby zasnąć.
Z jakiegoś powodu skończył więc w swojej ulubionej piekarni słynącej z wątpliwych godzin otwarcia i czerstwych bułek, czytając książkę przy gorzkiej herbacie i nadgryzionej cynamonowej bułeczce, która… Była podejrzanie lepsza niż w wielu innych kawiarniach. Sam nie wiedział czemu dokładnie tutaj przyszedł. Zabić czas? A może po prostu liczył, że wpadnie na Millie.
No właśnie, Millie. Martwił się, bo nie odezwała się tak, jak obiecała, ale z drugiej strony… Sam przecież też się nie odezwał tłumacząc sobie, że czarownica zrobi to kiedy będzie gotowa. Bardzo wygodna wymówka, zwłaszcza dla kogoś, kto tej rozmowy się obawiał. Bo przecież w ciągu tych kilkunastu godzin od rozpoczęcia zabawy na plaży, do jego wyjścia z Warowni wydarzyło się naprawdę, ale to naprawdę sporo. Panika na plaży, cichy moment spokoju, gdy już zażegnali kryzys, a potem jej ostra reakcja przy śniadaniu odnośnie ich przyjaźni i wreszcie jego ciche wyznanie. To było dużo. Wystarczająco dużo, by wmawiać sobie, że skoro nie odzywała się do niego to powinien po prostu poczekać. Chociaż… Chociaż mogło też być tak, że Millie naprawdę zaczęła myśleć, że jej nie lubił i… I chyba powinien odezwać się do Millie.
Nagle do piekarni weszła kobieta i nawet skupiony na książce i własnych myślach Basilius, który powoli odkrywał, że zarosty też są atrakcyjne, pomyślał, że była ładna. A potem ta kobieta się odezwała. O kurwa. To była Millie.
Millie zamówiła to co miała, a on w pierwszej chwili po prostu siedział i się patrzył. Millie podeszła do niego i się odezwała, a on dalej oniemiały wpatrywał się w nią, kiedy jego mózg próbował nadać jakiś sens temu co właśnie widział.
Millie. Millie w ołówkowej spódnicy. Millie z nową fryzurą. Millie w makijażu.
– Co się stało?– wydusił z siebie w końcu, bo w tym momencie dotarło do niego, że były tylko trzy możliwe wyjaśnienia. Po pierwsze Millie po prostu się z kimś założyła i najwyraźniej przegrała. To nie było martwiące. Po drugie Millie mogła zostać trafiona klątwą, co było już nieco bardziej martwiące. Po trzecie, Millie mogła przejść załamanie nerwowe, co martwiące było bardzo. Bo przecież nie testowała go w ten sposób, czy naprawdę nie wie, jaka płeć go pociąga, prawda?
Teoretycznie mógłby też pójść już spać. To byłoby pewnie dobre rozwiązanie, zważywszy na to, że jutro czekała go długa podróż, a on był jednak zmęczony częściej, niż rzadziej, ale… Ale dzisiaj jak na złość zmęczony nie był, a przynajmniej nie tak, aby zasnąć.
Z jakiegoś powodu skończył więc w swojej ulubionej piekarni słynącej z wątpliwych godzin otwarcia i czerstwych bułek, czytając książkę przy gorzkiej herbacie i nadgryzionej cynamonowej bułeczce, która… Była podejrzanie lepsza niż w wielu innych kawiarniach. Sam nie wiedział czemu dokładnie tutaj przyszedł. Zabić czas? A może po prostu liczył, że wpadnie na Millie.
No właśnie, Millie. Martwił się, bo nie odezwała się tak, jak obiecała, ale z drugiej strony… Sam przecież też się nie odezwał tłumacząc sobie, że czarownica zrobi to kiedy będzie gotowa. Bardzo wygodna wymówka, zwłaszcza dla kogoś, kto tej rozmowy się obawiał. Bo przecież w ciągu tych kilkunastu godzin od rozpoczęcia zabawy na plaży, do jego wyjścia z Warowni wydarzyło się naprawdę, ale to naprawdę sporo. Panika na plaży, cichy moment spokoju, gdy już zażegnali kryzys, a potem jej ostra reakcja przy śniadaniu odnośnie ich przyjaźni i wreszcie jego ciche wyznanie. To było dużo. Wystarczająco dużo, by wmawiać sobie, że skoro nie odzywała się do niego to powinien po prostu poczekać. Chociaż… Chociaż mogło też być tak, że Millie naprawdę zaczęła myśleć, że jej nie lubił i… I chyba powinien odezwać się do Millie.
Nagle do piekarni weszła kobieta i nawet skupiony na książce i własnych myślach Basilius, który powoli odkrywał, że zarosty też są atrakcyjne, pomyślał, że była ładna. A potem ta kobieta się odezwała. O kurwa. To była Millie.
Millie zamówiła to co miała, a on w pierwszej chwili po prostu siedział i się patrzył. Millie podeszła do niego i się odezwała, a on dalej oniemiały wpatrywał się w nią, kiedy jego mózg próbował nadać jakiś sens temu co właśnie widział.
Millie. Millie w ołówkowej spódnicy. Millie z nową fryzurą. Millie w makijażu.
– Co się stało?– wydusił z siebie w końcu, bo w tym momencie dotarło do niego, że były tylko trzy możliwe wyjaśnienia. Po pierwsze Millie po prostu się z kimś założyła i najwyraźniej przegrała. To nie było martwiące. Po drugie Millie mogła zostać trafiona klątwą, co było już nieco bardziej martwiące. Po trzecie, Millie mogła przejść załamanie nerwowe, co martwiące było bardzo. Bo przecież nie testowała go w ten sposób, czy naprawdę nie wie, jaka płeć go pociąga, prawda?