Dość oczywiste było to, że nie będą w stanie pozostać tylko i wyłącznie przyjaciółmi. Zbyt wiele dla siebie znaczyli, aby ponownie narzucać sobie takie ramy. W ich przypadku to nie mogło zadziałać, mieli przecież w tym doświadczenie. Tak samo sojusznicy, to by było dla nich dopiero degradacją. Mieliby się ze sobą spotykać tylko wtedy, kiedy coś nie szło po ich myśli, kiedy szukali wsparcia, pomocy? Nie przyjęłaby takiej wersji, zdecydowanie wolałaby po prostu go unikać, bo to nie było tym, na co zasługiwali. Nie chciałaby pojawiać się w jego życiu tylko wtedy, kiedy miała jakiś problem, z którym nie potrafiła sobie poradzić. To nie była droga, którą chciała podążać, nigdy.
Odruchowo znaleźli się razem w Piaskownicy po tym, co przeżyli w jaskini demona. To przyszło im naturalnie, jakby wcale nie mieli za sobą półtora roku przerwy, jakby to się nie wydarzyło. To mówiło samo za siebie, zawsze mieli wiele dla siebie znaczyć. Nie dało się tego zmienić. To było ich.
Krążyli wokół siebie ten tydzień. Tak, wiele razy rozmawiali o tym, co powinni zrobić. Roise próbował sugerować, że nie mogą wrócić do tego, co mieli, jednak ona nie przyjmowała takiej wersji. Wiedziała, że skoro już padło między nimi to, że nadal się kochali, to ciągle istniała szansa na to, że mogą wrócić do tego, co kiedyś mieli. No, może nie do końca do tego samego, jednak czuła, że jeszcze będą razem. Musiała jednak powoli dochodzić do swego. Wiedziała, że on tego chciał, inaczej odszedłby bez zawahania, a nie potrafił jej opuścić. Ciągle znajdowali kolejne powody, aby zostać tam dłużej, chociaż o jeden dzień. To też świadczyło samo o sobie. Nigdy nie było im pisane życie osobno.
Podejrzewała, że Roise, tak jak i ona wrócił do starych nawyków. Próbowali jakoś radzić sobie z tym, co ich spotkało. Nie miała wątpliwości, że metody, które wybrali były do siebie bardzo podobne, bo przecież już kiedy się poznali krążyły na ich temat pewne opinie. Całkiem zbliżone do siebie. Nie, żeby było się czym chwalić, ale mieli tendencje do autodestrukcji. Do zatracania się w rzeczach, które nie miały większego sensu. Szukania wrażenie, próby zajęcia czymś myśli. Nie była z tego powodu szczególnie zadowolona, w ogóle nie była szczęśliwa, chociaż szukała chociaż krótkich rozwiązań, które mogłyby pozwolić jej zapomnieć o tym, co się wydarzyło. To nie działało, nie przynosiło ukojenia, bardziej oskarżenia w stosunku do samej siebie, że znalazła się w tym miejscu, że nie powinna w nim być, szczególnie, że miała już świadomość, jak powinno wyglądać szczęśliwe życie. To, które prowadziła ostatnio zdecydowanie nie pasowało do tego obrazka.
Dawno nie znalazła się w takim bagnie. Zresztą wszystko to, co działo się wokół niej o tym świadczyło, ostatni rok był dla Yaxleyówny cholernie parszywy, próbowała jakoś odnaleźć się w tym świecie bez niego, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Mogła oszukiwać wszystkich wokół, że jakoś sobie radziła, ale zdawała sobie, jak wyglądała prawda. Była jednym, wielkim chodzącym chaosem, który dążył do samozniszczenia. Zresztą była bliska tego, żeby demon zabrał jej to wszystko, co udało jej się osiągnąć, chciał w końcu przejąć jej życie, i wcale nie miał z tym większego problemu, na szczęście z pomocą innych jakoś udało jej się pozbyć tego problemu, cóż, gdyby nie pomoc przede wszystkim Roisa być może jej by tutaj teraz nie było.
Wolała się więc nie skupiać na tym, jak wyglądało ich życie przez to półtora roku. Miała pewne dowody na to, że wiedli równie gówniany czas. Zresztą dowiedziała się przede wszystkim o tym, że Ambroise prawie odszedł z tego świata, że wolał zniknąć niż żyć bez niej, a ona wtedy oskarżała go o to, że się nią znudził. Cóż, zamknęła się w swojej bańce, żeby jakoś przetrwać to, co się z nimi działo.
Niby trzymali się od siebie z daleka, ale przy pierwszej, lepszej interakcji, która obudziła w nich wspomnienia znowu znaleźli się przy sobie, tyle, że tym razem w ten okropny sposób, to nigdy nie powinno się przydarzyć, nie im, bo przecież łączyło ich od zawsze dużi więcej niż tylko cielesność. Wtedy żadne z nich nie próbowało zostać, nie prosiło o rozmowę, zaspokoili te najbardziej przyziemną potrzebę i po prostu odeszli każde w swoją stronę, co nigdy wcześniej, ani później im się nie przytrafiło. To świadczyło o tym, jak bardzo byli rozsypani. Zresztą nie wracali do tego, było to tak niskim zachowaniem, że nigdy nie poruszyli tego tematu, nie wspominali o tym, co wydarzyło się te kilka miesięcy temu, woleli to przemilczeć. To było dno, ich własne, osobiste dno.
Nigdy bowiem nie potraktowali się w ten sposób, jakby faktycznie byli dla siebie obcy. Nawet kiedy nie do końca wiedzieli, jak będzie wyglądać ich przyszłość, i czy w ogóle jakaś dla nich istniała nie powtórzyli tego czynu. Był to jeden, jedyny raz, kiedy potraktowali się tak bezosobowo, jakby faktycznie nigdy ich nic miało nie łączyć, albo nie łączyło, jakby nie mieli tej całej, wspólnej historii. Zresztą nie miała zamiaru wyciągać tej ich wspólnej chwili słabości, wydawało jej się, że i on i ona woleliby to okryć milczeniem.
Zresztą, teraz znajdowali się w innym, lepszym miejscu. Nie było sensu do tego wracać, na pewno czekało ich wiele trudnych rozmów, były jednak takie tematy, których wolałaby jednak nie poruszać i bez tego zostali mocno zranieni, całkiem zgrabnie dopierdalali sobie przez ten tydzień, ale w końcu było to już za nimi. Nie było sensu szukać kolejnych powodów do tego, żeby ranić się nawzajem. Wreszcie się określili, to jej wystarczało, miała świadomość, że te słowa, które między nimi padły miały sprawiać ból, robili to sobie, aby się od siebie odsunąć, jednak to nie zadziałało. To nigdy nie było im pisane, mieli zostać razem na zawsze, do usranej śmierci, do końca życia. Jak zwał tak zwał, byli sobie przeznaczeni i już nic tego nie zmieni. Żadne słowa, żadne gesty, czy ich brak. Zresztą teraz miało już być tylko lepiej, bo w końcu się określili, w końcu wrócili na właściwy tor i nic nie miało tego zmienić.
Poznali już życie bez siebie, wiedzieli, jakie jest parszywe, nie wydawało jej się, aby on, czy ona chcieli do tego wrócić. Nie po tym wszystkim co przeżyli, ich droga mogła wyglądać tylko i wyłącznie w jeden sposób, na szczęście w końcu to do nich dotarło.
Wrócili do domu. Mogli na siebie liczyć, nie uciekali, trwali przy sobie mimo tego, że przez ten tydzień bywało między nimi różnie. Potrzebowali jednak tego wszystkiego, musieli jakoś oczyścić atmosferę, dojść do porozumienia, wreszcie im się to udało. Może sporo ich to kosztowało, ale warto było przejść tę drogę po to, żeby w końcu skończyć w swoich ramionach, w ten jedyny, odpowiedni sposób.
Dotarło do nich to, że nie byli w stanie być szczęśliwi bez siebie, mimo, że próbowali, szukali sposobu na to aby odnaleźć się w świecie bez tej drugiej duszy, nie było to możliwe. Musieli być razem, tylko wtedy mogli w ogóle myśleć o szczęściu. Nie musieli zamartwiać się tym, co dzieje się z drugą osobą, spoglądać na to, jak pierdolą swoje życia, gdy nie ma ich obok siebie. Tak było zdecydowanie łatwiej, chociaż świat nie był aktualnie dobrym miejscem, nie mogli tracić czujności, jednak prościej było walczyć z całym światem i wszystkimi zagrożeniami razem.
Znowu mogli się w sobie zatracić, w pełni. Nie przejmując się niczym, jakby byli jedynymi osobami na świecie, jakby on się zatrzymał, a oni znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Dużo spokojniejszym, bezpiecznym. Zresztą czuła się, jakby po raz kolejny odkryła coś zupełnie nowego, a przecież już to kiedyś przeżyli, mieli to za sobą. Wiedzieli, że razem jest im najlepiej, szkoda, że trudno było im do tego wrócić.
Nie było sensu jednak skupiać się na tym ile trwał ich powrót, ile zajęło im wejście na dobrą drogę, najważniejsze było to, że teraz trwali tutaj razem, sięgali po to, co im się należało.
Byli dla siebie stworzeni, wiedzieli dokładnie w jaki sposób się dotykać, aby czerpać z tego jak najwięcej, zatracali się w sobie bezgranicznie, nie przejmowali się niczym poza sobą. To była jedyna słuszna droga.
Ich ciała nie zapomniały o tym, jak dobrze im razem było. Potrafiły ze sobą współgrać, bez mniejszego problemu odnalazły znowu wspólny rytm, któremu aktualnie się oddawali.
Tylko oni byli w stanie wzbudzić w sobie taki ogień, który mógł palić wszystko, co znajdowało się obok. Niegasnący żar, który bardzo ciężko było nasycić, na szczęście wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. Potrafili gasić swoje pragnienia, może nawet bardziej je podsycać i doprowadzać do samozapłonu? Nie hamowali się zupełnie, sięgali po to wszystko, co jeszcze bardziej ich rozpalało. Wiedziała, że zbliżają się do kumulacji, już za chwilę osiągną cel, ich wspólny cel, to czego aktualnie najbardziej pragnęli. Spełnienia.
Brakowało im delikatności, ale nie była im ona teraz do niczego potrzebna. Liczyło się tylko to, aby wreszcie ich ciałami wstrząsnęły te wszystkie emocje, które były świadectwem uczuć, którymi się darzyli. Kochali się, tylko to się liczyło.
Nie powstrzymywała się przed cichymi mruknięciami, które opuszczały jej usta, w końcu zaczęła wykrzykiwać jego imię nie przejmując się tym, że ktoś może ich usłyszeć. Należeli do siebie, od zawsze na zawsze, i tak miało pozostać, nawet cały świat mógł się o tym dowiedzieć, nie miałaby nic przeciwko temu.
Ich usta złączyły się w końcu w tym kolejnym pocałunku, który był inny od tych wszystkich poprzednich, był niewypowiedzianą obietnicą, która gwarantowała to, co na nich czekało. Nowe, lepsze jutro, piękniejszy świat, w którym będą trwali u swojego boku. Było to spójne z tym, w czym się teraz zatracali, połączenie dusz i ciał, jakby wreszcie znowu odnaleźli właściwą drogę i nie było z niej już odwrotu.
Wysiliła się jeszcze na ostatnie ciche jęknięcie, ostatnie ruchy biodrami, a później jej ciało stało się zupełnie bezwiedne. Osiągnęli to, ku czemu zmierzali, dostali to, co im się należało. Spełnienie miało smak jego ust, niosło za sobą ślady, które zostawiał na jej ciele, to nigdy się nie zmieni.
Opadła wreszcie na materac, zupełnie bezsilna, nie ściągnęła jednak rąk z jego szyi, jej dotyk był dużo delikatniejszy, odpuściła, nie trzymała go już tak kurczowo, ale nie chciała wypuszczać mężczyzny swojego życia ze swoich ramion, nie, już nigdy więcej.