19.03.2025, 10:31 ✶
Z wdzięcznością przyjął nalanie mu kolejnej porcji trunku. Tym razem postanowił podzielić go na dwa łyki. Było to bliskie bluźnierstwa w jego oczach, ale chciał, żeby jego towarzyszka od kielicha widziała, że stara się docenić jakość kupionego przez nią trunku. Faktycznie, jakoś takie inne było to uczucie. Takie... Specyficzne. Od lat nie miał takiego uczucia w ustach. A może nawet nigdy? Chociaż nie, pamiętał, że kiedyś faktycznie czuł podobną satysfakcję z napitku - było to w czasach, kiedy jego babcia jeszcze żyła i robiła mu herbatkę z ziołami i miodem. Była to bardzo rzadka zdobycz, bo nigdy im się nie przelewało, więc dla Alfreda było to niczym święto. Ten dzień chyba faktycznie był mu pisany piórem zamoczonym w nostalgii i wspominkach. - Totalnie rozumiem, moja droga. Jak dopiero zaczynałem to, gupia sprawa, też oberwałem małą klątwą od wściekłego ducha. Wyrosła mi trąba i uszy słonia, posłuchaj. I to na tyłku! Tydzień nie wychodziłem z piwnicy najbliższego pustostanu, aż zaklęcie samo nie przeszło. Wiem coś o przerażających zaklęciach i wstydzie, jaki im towarzyszy. I wiem coś o tym, jak denerwuje dodatkowa trąba latająca koło nóg, chociaż przyznam że nigdy nie spotkałem się z posiadaniem jednej mniej niż zwykle. Będę musiał kiedyś sprawdzić jak to jest. - Dopił szklaneczkę, z wyjątkową satysfakcją odstawiając ją na ławeczce. - Oby cię ta klątwołamaczka nie oszukała. Znam ja ci jednego klątwołamacza, to największy kanciarz, oszust, szumowina i złodziej, jakiego widział Londyn. Życie bym za niego oddał, chama opitego. Ale no, nie słuchaj się mnie, słodziutka, ja to po prostu taki nieufny jestem od dziecka. Wiesz, człowiek musi uważnie dobierać znajomości na Nokturnie. Inaczej... Khhh! - Wykonał przy szyi ruch dłonią jasno udający podcinanie gardła nożem. - Ale jak już znajdzie się tam swoich, to do końca życia nie będziesz się musiała martwić o bycie zdaną na siebie, hehe! - Uśmiechnął się szeroko, opierając się plecami o ławkę i patrząc w niebo. - Co do tego, ile to już lat, hmm... Babinka moja kochana zmarła ino blisko moich dwunastych urodzin. Rok później wyrzucono mnie z mieszkania, bo i pieniędzy to ja przy duszy nie miałem więcej, nawet po tym jak duch babci powiedział mi o wszystkich ukrytych skrytkach w domu. Kochana kobita to była, muszę was kiedyś poznać! Mieszka w jednej starej figurze na Nokturnie. Wracając... No to będzie jakieś, no, czterdzieści lat na ulicy? No, prawie czterdzieści. Także takie bytowanie to większość mojego życia, już nie potrafiłbym chyba nigdy wrócić do mieszkania w zwykłym domu. Zamartwianie się wydatkami, czynszem, to nie dla mnie! Chociaż nie powiem, pierwsze lata były trudne. Często nie mogłem nic jeść cały tydzień, często musiałem kraść resztki ze śmietników przy mugolskich restauracjach. Niestety jeśli chciałem przeżyć, musiałem schować dumę do kieszeni. I przeżyłem! To już więcej, niż wiele innych osób może powiedzieć, niech im ziemia lekką będzie. Ale skoro już o tym, kochanienka, to mam do ciebie jedno pytanie... Byłaś ty może w Hogwarcie? Nigdy nie rozmawiałem z kimkolwiek, kto skończył te szkołę, i, cholibka, ciekawi mnie strasznie, co tam się wyprawia!