19.03.2025, 20:45 ✶
Trzewiki nie były największym zmartwieniem w życiu ani Fridy ani Baldwina. Nie były tak naprawdę żadnym zmartwieniem, bo Malfoy nie potrafił zapomnieć stanu w jakim dziewczynkę znalazł. Nie mógł wymazać tych wspomnień, więc obiecał sobie, że nie pozwoli, żeby po prostu stały się na nowo rzeczywistością.
- Cóż, lepiej żebyście się ogniem za bardzo nie bawiły jak nas nie będzie. Już raz mieliśmy nagłą interwencję, bo Frida chowała się w piecu krematoryjnym.
Ghoulka uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze miała najlepszą kryjówkę, a tata po prostu zazdrościł, że sam nie potrafił takiej znaleźć. A potem zakazali jej się w piecu chować i musiała znaleźć sobie inne miejsce. Ale teraz jej kryjówka była jeszcze lepsza.
Zadarła głowę do góry spoglądając na Baldwina nieufnie. A co jeśli potrafił jej zaglądać do głowy i zaraz by się dowiedział? Przegrałaby wszystkie kolejne gry w chowanego! Szybko zaczęła myśleć o czymś innym. O mamie. O nowej książeczce, którą dostała. W książeczce była taka bardzo ładna pani i ona była królową śniegu. Frida przeniosła spojrzenie na Scarlett. W sumie nie-mama była bardzo do niej podobna! Ostatnio nawet ją narysowała, a mama powiedziała że bardzo ładne i pokazała nie-mamie. Zmrużyła zielone ślepia.
Wyciągnęła rączki w stronę nie-mamy, nadal ściskając w rękach różową kredkę, którą wcześniej kolorowała włosy Lorraine. Dlaczego różową? Ciężko powiedzieć, ale żółtej rzeczywiście nigdzie na stole nie było. Więc kierując się logiką, jakoby różowy był najpiękniejszym kolorem na świecie, Frida uznała, że lepszego nie znajdzie.
- Radzi sobie z pojedynczymi literkami i wyrazami. Ale nauka ją szybko frustruje.- Mruknął, ani myśląc komentować fakt, że młoda właśnie zaczęła rysować po stoliku zamiast po kartce. Eurydyka była świątynią autoekspresji, a skoro uznała, że jej dzieło ma powstać na drewnianym, oskubanym blacie - miała dlatego prawo. Nagle poczuł jak Frida zaczyna mu się wiercić na kolanach.
- Chcesz iść do Scarlett? No już, już. Moment.- Szybko zawiązał kawałkiem wstążki blond warkocza.- Jak na ghoula jesteś strasznie niecierpliwą istotą.- Westchnął, pomagając dziewczynce przesiąść się na kolana Mulciberówny.- Ciężko jej się uczyć, kiedy nie może wymawiać słów. Jak zobaczysz, że się zaczyna denerwować, po prostu poczytaj jej Kubusia Puchatka. Ma na jego punkcie obsesję.
Korzystając z tego, że wreszcie ma wolne ręce zapalił papierosa od różdżki papierosa. Z braku laku i popielniczki, dopił szybko drinka, żeby mieć do czego strzepywać popiół.
- Poranne nabożeństwa z reguły są krótsze, ale kończę nowy obraz na ołtarz do kaplicy bocznej kowenu, więc pewnie zostanę tam trochę dłużej. Lorraine szybko wróci.- Wsparł podbródek o grzbiet dłoni, oparł łokieć o blat stolika; zaciągnął się dymem papierosowym. Starał się nie myśleć o tym jak Scarlett dobrze wyglądała z jego dzieckiem na kolanach. Zmarszczył lekko brwi. Czy to przemawiał alkohol, narkotyczny stan Eurydyki, ale blondynka ostatnimi czasy promieniała. Coś się zmieniło. Nie wiedział co. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka starając się powstrzymać narastającą chęć odstawienia Fridy z powrotem do Necronomiconu i zabrania dziewczyny gdzieś gdzie będą całkiem sami. Przesunął leniwym spojrzeniem po jej smukłej szyi, zatrzymał wzrok na piersiach. Okej. Na razie musiał nacieszyć się samym widokiem.
Przymknął na moment oczy, pozwalając myślom płynąć swoim własnym rytmem. Nie trwało to długo, bo zaraz poczuł bolesne szarpnięcie za ramię.
- Co do kurwy?!- Warknął wściekle. Odwrócił gwałtownie głowę. Przy ich stoliku pojawił się nagle jeden z bliższych współpracowników Lorraine. Jedno szybkie spojrzenie wystarczyło, żeby się upewnić - z gościem było coś nie tak. Zwykle paskudny, bezczelny typ stał jak wmurowany w ziemię, czymś (sądząc po drżeniu jego ręki na Baldwinowym ramieniu) szalenie wzburzony, oddychając szybko po biegu. W dodatku cuchnął spalenizną i dymem.- Delaney, stary co ci?
Nim jednak dostał odpowiedź informator wcisnął mu w ręce zgrabnie zamotaną kopertę.
- Płonie.- Wychrypiał mężczyzna, opadając bez sił na wolne krzesło. - Cały Londyn kurwa płonie…
- Cóż, lepiej żebyście się ogniem za bardzo nie bawiły jak nas nie będzie. Już raz mieliśmy nagłą interwencję, bo Frida chowała się w piecu krematoryjnym.
Ghoulka uśmiechnęła się pod nosem. Zawsze miała najlepszą kryjówkę, a tata po prostu zazdrościł, że sam nie potrafił takiej znaleźć. A potem zakazali jej się w piecu chować i musiała znaleźć sobie inne miejsce. Ale teraz jej kryjówka była jeszcze lepsza.
Zadarła głowę do góry spoglądając na Baldwina nieufnie. A co jeśli potrafił jej zaglądać do głowy i zaraz by się dowiedział? Przegrałaby wszystkie kolejne gry w chowanego! Szybko zaczęła myśleć o czymś innym. O mamie. O nowej książeczce, którą dostała. W książeczce była taka bardzo ładna pani i ona była królową śniegu. Frida przeniosła spojrzenie na Scarlett. W sumie nie-mama była bardzo do niej podobna! Ostatnio nawet ją narysowała, a mama powiedziała że bardzo ładne i pokazała nie-mamie. Zmrużyła zielone ślepia.
Wyciągnęła rączki w stronę nie-mamy, nadal ściskając w rękach różową kredkę, którą wcześniej kolorowała włosy Lorraine. Dlaczego różową? Ciężko powiedzieć, ale żółtej rzeczywiście nigdzie na stole nie było. Więc kierując się logiką, jakoby różowy był najpiękniejszym kolorem na świecie, Frida uznała, że lepszego nie znajdzie.
- Radzi sobie z pojedynczymi literkami i wyrazami. Ale nauka ją szybko frustruje.- Mruknął, ani myśląc komentować fakt, że młoda właśnie zaczęła rysować po stoliku zamiast po kartce. Eurydyka była świątynią autoekspresji, a skoro uznała, że jej dzieło ma powstać na drewnianym, oskubanym blacie - miała dlatego prawo. Nagle poczuł jak Frida zaczyna mu się wiercić na kolanach.
- Chcesz iść do Scarlett? No już, już. Moment.- Szybko zawiązał kawałkiem wstążki blond warkocza.- Jak na ghoula jesteś strasznie niecierpliwą istotą.- Westchnął, pomagając dziewczynce przesiąść się na kolana Mulciberówny.- Ciężko jej się uczyć, kiedy nie może wymawiać słów. Jak zobaczysz, że się zaczyna denerwować, po prostu poczytaj jej Kubusia Puchatka. Ma na jego punkcie obsesję.
Korzystając z tego, że wreszcie ma wolne ręce zapalił papierosa od różdżki papierosa. Z braku laku i popielniczki, dopił szybko drinka, żeby mieć do czego strzepywać popiół.
- Poranne nabożeństwa z reguły są krótsze, ale kończę nowy obraz na ołtarz do kaplicy bocznej kowenu, więc pewnie zostanę tam trochę dłużej. Lorraine szybko wróci.- Wsparł podbródek o grzbiet dłoni, oparł łokieć o blat stolika; zaciągnął się dymem papierosowym. Starał się nie myśleć o tym jak Scarlett dobrze wyglądała z jego dzieckiem na kolanach. Zmarszczył lekko brwi. Czy to przemawiał alkohol, narkotyczny stan Eurydyki, ale blondynka ostatnimi czasy promieniała. Coś się zmieniło. Nie wiedział co. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka starając się powstrzymać narastającą chęć odstawienia Fridy z powrotem do Necronomiconu i zabrania dziewczyny gdzieś gdzie będą całkiem sami. Przesunął leniwym spojrzeniem po jej smukłej szyi, zatrzymał wzrok na piersiach. Okej. Na razie musiał nacieszyć się samym widokiem.
Przymknął na moment oczy, pozwalając myślom płynąć swoim własnym rytmem. Nie trwało to długo, bo zaraz poczuł bolesne szarpnięcie za ramię.
- Co do kurwy?!- Warknął wściekle. Odwrócił gwałtownie głowę. Przy ich stoliku pojawił się nagle jeden z bliższych współpracowników Lorraine. Jedno szybkie spojrzenie wystarczyło, żeby się upewnić - z gościem było coś nie tak. Zwykle paskudny, bezczelny typ stał jak wmurowany w ziemię, czymś (sądząc po drżeniu jego ręki na Baldwinowym ramieniu) szalenie wzburzony, oddychając szybko po biegu. W dodatku cuchnął spalenizną i dymem.- Delaney, stary co ci?
Nim jednak dostał odpowiedź informator wcisnął mu w ręce zgrabnie zamotaną kopertę.
- Płonie.- Wychrypiał mężczyzna, opadając bez sił na wolne krzesło. - Cały Londyn kurwa płonie…