20.03.2025, 03:54 ✶
Miałem za sobą naprawdę długi dzień po kolejnej nieprzespanej nocy. Zresztą, nocne interesy, które musiałem załatwić, nie pozwoliły mi na położenie się spać o rozsądnej godzinie. Położyłem się po dwudziestej drugiej, po czym musiałem wstać chwilę po pierwszej. Zająłem się kilkoma sprawami, które z pewnością nie wpisywały się w definicję legalności i były czasochłonne, co sprawiło, że w rezultacie rano wróciłem do łóżka na niecałe trzy godziny. Straciłem większość względnie dobrej pogody, bo kiedy w końcu się obudziłem, zastałem szare, pochmurne przedpołudnie, które nie zapowiadało niczego dobrego. Pogoda zaczęła się psuć. Zaledwie trzy godziny snu i znów wstałem, od razu rzucając się w wir pracy. Łyknąłem kawę, zapaliłem papierosa i zająłem się odhaczaniem punktów na liście najpilniejszych spraw do załatwienia - głównie zleceń zarobkowych. W tym tygodniu miałem ich wyjątkowo dużo. Tak dużo, że czułem, iż coś jest na rzeczy, choć nie potrafiłem tego zdefiniować. Może to po prostu nowa specyfika Londynu? Wróciłem do Anglii niedawno, po długim czasie spędzonym za granicą, więc na nowo przyzwyczajałem się do tego miejsca, które kiedyś znałem jak własną kieszeń. Musiałem odbić się od dna.
Ostatnio sen stał się dla mnie luksusem, którego nie mogłem sobie zafundować. Zresztą, w moim przypadku bezsenność to stary znajomy, więc zamiast przewracać się z boku na bok, wolałem wstać z łóżka i zająć się czymś pożytecznym, nie wiercić się bez sensu z boku na bok, licząc owce.
Roboty było dużo, ale raczej mało płatnej. Większość moich zleceń polegała na powtarzalnych, mozolnych czynnościach przy łamaniu pomniejszych klątw - nic dużego, nic znaczącego, nic pasjonującego. Nie było w tym nic ekscytującego, zwłaszcza po latach spędzonych na bardziej interesujących zadaniach za granicą. Po półtorej dekady poza Anglią - w Nowym Świecie, gdzie życie toczyło się w zupełnie innym rytmie, powtarzalność tych zadań była męcząca, ale od czegoś trzeba było zacząć. Praktycznie cały dzień spędziłem na pracy. Zmusiłem się do działania, chociaż miałem wrażenie, że marnuję czas i potencjał. Robotą, którą wykonywałem z powodzeniem mógłby zająć się pierwszy lepszy szczyl z rocznym doświadczeniem tuż po Hogwarcie.
W pewnym momencie musiałem wyskoczyć poza Londyn do jakiejś wyjątkowo luksusowo wyglądającej posiadłości, która okazała się kolejnym naprawdę beznadziejnym pożeraczem czasu. Z początku wydawało mi się, że to miejsce będzie przyjemną odmianą. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna - konieczność przebywania tam była klątwą samą w sobie, wracając do miasta, czułem, jakby ta posiadłość zostawiła na mnie swoje piętno. Przez zbyt długo przebywałem w otoczeniu ludzi, którzy wydawali się oderwani od rzeczywistości, a ja czułem się tam jak intruz.
Na Aleję Horyzontalną wróciłem dopiero przed kilkoma minutami. Czułem, jakby coś w Londynie się zmieniało, ale nie potrafiłem dokładnie określić, co to mogło być. Najpewniej to były po prostu nowe zasady rządzące miastem, które musiałem na nowo poznać po powrocie. Miasto pod wieczór było dużo bardziej nieprzyjazne niż kiedyś. Rozwój konfliktu między czarodziejami czystej krwi i resztą magicznego społeczeństwa przybierał na intensywności - w powietrzu dało się wyczuć napięcie.
Zmierzchało. Moje plany na resztę dnia były proste, ale wcale nie nudne. Potrzebowałem chwili spokoju, żeby zjeść, wypić ze trzy piwa i może przeczytać książkę - wbrew pozorom nie byłem neandertalczykiem, mimo, że tak wyglądałem. Lubiłem czytać, lubiłem zajmować się różnymi nieoczywistymi rzeczami. Miałem nawet model Titanica do sklejania, który czekał na moją uwagę. To wydawało się idealnym planem na resztę wieczoru.
Wszedłem do apteki, by dokupić kilka rzeczy - potem miałem iść prosto do domu, ale to, co wydarzyło się na zewnątrz, zburzyło moje plany. Uczucie niepokoju rosło, teraz przypominało już nie tylko dzwoneczek alarmowy, a portową syrenę wyjącą w mojej głowie - czułem, że to, co się dzieje, jest znacznie poważniejsze, niż mogłem sobie wyobrazić. Dźwięki dochodzące z zewnątrz nie były normalne. To nie był zwykły wieczorny gwar Londynu - to był chaos. W mgnieniu oka wyszedłem na ulicę, a moim oczom ukazał się ogień. W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Londyn płonął. Z nieba, które wyglądało jak burzowe, leciał duszący pył. Świat wokół mnie stanął w ogniu. Ktoś krzyczał, ktoś inny ciągnął swoje dziecko za rękę, starając się uciec od zbliżającego się zagrożenia. Panika zarażała kolejne osoby. Ogień rzucał jasną łunę na ciemne ulice, wskazując, że to nie był tylko pożar jednej kamienicy - było za jasno, za gorąco. Zaczynałem rozumieć, że to, co widzę, to nie tylko przypadkowe zaprószenie żaru z papierosa albo niewielkie podpalenie. Płomienie tańczyły na dachach, a dym unosił się w górę, tworząc czarną chmurę, która zdawała się pochłaniać całe niebo. Ogień rozprzestrzeniał się w wielu kierunkach, jakby miał własną wolę.
Wywaliłem torbę z zupą w pudełku do pobliskiego kosza - nie zamierzałem się oparzyć, a jedzenie w takiej sytuacji było ostatnią rzeczą, o której myślałem. Czułem, jak dym i popiół zaczynają mnie dusić. Bez wahania naciągnąłem chustę z szyi na nos, wiążąc ją mocniej, zaciągając supeł z tyłu głowy. Podniosłem kołnierz kurtki, starając się dodatkowo ochronić twarz przed duszącym pyłem. Musiałem działać szybko, aby nie dać się pochłonąć przez ten chaos. Nie zamierzałem stać jak kołek w miejscu, czekając na to, co się stanie.
Idąc szybko, obserwowałem ludzi wokół siebie. W tłumie dostrzegałem twarze pełne strachu, zdezorientowane spojrzenia. Ludzie biegli w różne strony, krzycząc, wołając bliskich. Nikt nie próbował opanować sytuacji. Na miejscu nie było nikogo, kto spróbowałby kierować tłumem, a to oznaczało, że najgorsze było dopiero przed nami - to nie był pierwszy raz, kiedy trafiłem na spanikowany motłoch. Skupiłem się na monitorowaniu ulicy dookoła mnie, starając się unikać zagęszczenia tłumu, bo nie chciałem zostać stratowany. Niektórzy uciekali w panice, inni stawali w miejscu, nie wiedząc, co robić. Przycisnąłem chustę do nosa, starając się nie wdychać dymu. Ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, a ja musiałem znaleźć sposób na ucieczkę. Korzystając z każdej wolnej przestrzeni, przyspieszyłem kroku w stronę domu, czując, jak serce bije mi w piersi. Ludzie wokół mnie krzyczeli, całkowicie głupieli - ja starałem się zachować racjonalność i nie myśleć o tym, co mogłoby się wydarzyć, jeśli nie uda mi się wydostać z tego chaosu.
Ostatnio sen stał się dla mnie luksusem, którego nie mogłem sobie zafundować. Zresztą, w moim przypadku bezsenność to stary znajomy, więc zamiast przewracać się z boku na bok, wolałem wstać z łóżka i zająć się czymś pożytecznym, nie wiercić się bez sensu z boku na bok, licząc owce.
Roboty było dużo, ale raczej mało płatnej. Większość moich zleceń polegała na powtarzalnych, mozolnych czynnościach przy łamaniu pomniejszych klątw - nic dużego, nic znaczącego, nic pasjonującego. Nie było w tym nic ekscytującego, zwłaszcza po latach spędzonych na bardziej interesujących zadaniach za granicą. Po półtorej dekady poza Anglią - w Nowym Świecie, gdzie życie toczyło się w zupełnie innym rytmie, powtarzalność tych zadań była męcząca, ale od czegoś trzeba było zacząć. Praktycznie cały dzień spędziłem na pracy. Zmusiłem się do działania, chociaż miałem wrażenie, że marnuję czas i potencjał. Robotą, którą wykonywałem z powodzeniem mógłby zająć się pierwszy lepszy szczyl z rocznym doświadczeniem tuż po Hogwarcie.
W pewnym momencie musiałem wyskoczyć poza Londyn do jakiejś wyjątkowo luksusowo wyglądającej posiadłości, która okazała się kolejnym naprawdę beznadziejnym pożeraczem czasu. Z początku wydawało mi się, że to miejsce będzie przyjemną odmianą. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna - konieczność przebywania tam była klątwą samą w sobie, wracając do miasta, czułem, jakby ta posiadłość zostawiła na mnie swoje piętno. Przez zbyt długo przebywałem w otoczeniu ludzi, którzy wydawali się oderwani od rzeczywistości, a ja czułem się tam jak intruz.
Na Aleję Horyzontalną wróciłem dopiero przed kilkoma minutami. Czułem, jakby coś w Londynie się zmieniało, ale nie potrafiłem dokładnie określić, co to mogło być. Najpewniej to były po prostu nowe zasady rządzące miastem, które musiałem na nowo poznać po powrocie. Miasto pod wieczór było dużo bardziej nieprzyjazne niż kiedyś. Rozwój konfliktu między czarodziejami czystej krwi i resztą magicznego społeczeństwa przybierał na intensywności - w powietrzu dało się wyczuć napięcie.
Zmierzchało. Moje plany na resztę dnia były proste, ale wcale nie nudne. Potrzebowałem chwili spokoju, żeby zjeść, wypić ze trzy piwa i może przeczytać książkę - wbrew pozorom nie byłem neandertalczykiem, mimo, że tak wyglądałem. Lubiłem czytać, lubiłem zajmować się różnymi nieoczywistymi rzeczami. Miałem nawet model Titanica do sklejania, który czekał na moją uwagę. To wydawało się idealnym planem na resztę wieczoru.
Wszedłem do apteki, by dokupić kilka rzeczy - potem miałem iść prosto do domu, ale to, co wydarzyło się na zewnątrz, zburzyło moje plany. Uczucie niepokoju rosło, teraz przypominało już nie tylko dzwoneczek alarmowy, a portową syrenę wyjącą w mojej głowie - czułem, że to, co się dzieje, jest znacznie poważniejsze, niż mogłem sobie wyobrazić. Dźwięki dochodzące z zewnątrz nie były normalne. To nie był zwykły wieczorny gwar Londynu - to był chaos. W mgnieniu oka wyszedłem na ulicę, a moim oczom ukazał się ogień. W powietrzu unosił się zapach spalenizny. Londyn płonął. Z nieba, które wyglądało jak burzowe, leciał duszący pył. Świat wokół mnie stanął w ogniu. Ktoś krzyczał, ktoś inny ciągnął swoje dziecko za rękę, starając się uciec od zbliżającego się zagrożenia. Panika zarażała kolejne osoby. Ogień rzucał jasną łunę na ciemne ulice, wskazując, że to nie był tylko pożar jednej kamienicy - było za jasno, za gorąco. Zaczynałem rozumieć, że to, co widzę, to nie tylko przypadkowe zaprószenie żaru z papierosa albo niewielkie podpalenie. Płomienie tańczyły na dachach, a dym unosił się w górę, tworząc czarną chmurę, która zdawała się pochłaniać całe niebo. Ogień rozprzestrzeniał się w wielu kierunkach, jakby miał własną wolę.
Wywaliłem torbę z zupą w pudełku do pobliskiego kosza - nie zamierzałem się oparzyć, a jedzenie w takiej sytuacji było ostatnią rzeczą, o której myślałem. Czułem, jak dym i popiół zaczynają mnie dusić. Bez wahania naciągnąłem chustę z szyi na nos, wiążąc ją mocniej, zaciągając supeł z tyłu głowy. Podniosłem kołnierz kurtki, starając się dodatkowo ochronić twarz przed duszącym pyłem. Musiałem działać szybko, aby nie dać się pochłonąć przez ten chaos. Nie zamierzałem stać jak kołek w miejscu, czekając na to, co się stanie.
Idąc szybko, obserwowałem ludzi wokół siebie. W tłumie dostrzegałem twarze pełne strachu, zdezorientowane spojrzenia. Ludzie biegli w różne strony, krzycząc, wołając bliskich. Nikt nie próbował opanować sytuacji. Na miejscu nie było nikogo, kto spróbowałby kierować tłumem, a to oznaczało, że najgorsze było dopiero przed nami - to nie był pierwszy raz, kiedy trafiłem na spanikowany motłoch. Skupiłem się na monitorowaniu ulicy dookoła mnie, starając się unikać zagęszczenia tłumu, bo nie chciałem zostać stratowany. Niektórzy uciekali w panice, inni stawali w miejscu, nie wiedząc, co robić. Przycisnąłem chustę do nosa, starając się nie wdychać dymu. Ogień rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, a ja musiałem znaleźć sposób na ucieczkę. Korzystając z każdej wolnej przestrzeni, przyspieszyłem kroku w stronę domu, czując, jak serce bije mi w piersi. Ludzie wokół mnie krzyczeli, całkowicie głupieli - ja starałem się zachować racjonalność i nie myśleć o tym, co mogłoby się wydarzyć, jeśli nie uda mi się wydostać z tego chaosu.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)