20.03.2025, 17:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.03.2025, 17:17 przez Anthony Shafiq.)
Jak zamierzasz zakończyć tę wojnę.
Pytanie całkiem zasadne. Całkiem poważne. Całkiem mało poetyckie.
Dobrze, oboje potrzebowali uziemienia, gdy razem on w wodzie własnej melancholii, ona w uniesieniu podmuchów wiatru potrafili zbyt łatwo zgubić ciężar. Było to trudne, bowiem ziemia właściwa była umarłym, podobnie jak stal dzierżona przez wojowników. Ale ona nie miała ziemi innej niż ta, którą posypywała ciała odprowadzanych na Wyspę Umarłych zwłok, on nie miał stali innej, niż przenikliwość własnego spojrzenia, teraz w szarości zamglonej poczuciem winy zlepionym wespół z pragnieniem.
– Przyznam Ci się, że myślę o tym bez ustanku i pomysłów mam wiele, ale brak mi klarowności i dystansu, aby oddzielić najlepsze z nich od tych, które nie warte są nakładu czasu – zaczął powoli, spokojnie i zaskakująco metodycznie. Ton znajomy, choć odległy, z nielicznych delegacji na które zabierał ją u początków znajomości, gdzie w zaciszu hotelowym tłumaczył strategie, jakie zamierzał powziąć. Stawka teraz była jednak o wiele wyższa. – Chciałbym przede wszystkim dotrzeć do głowy i zadbać by była należycie ścięta i zakopana, ale to zadanie karkołomne gdy nastroje antymugolackie wzrastają na sile w trybie geometrycznym. Obmyślam różne kroki w zależności od tego, kto zechce się przyłączyć do sprawy. Odcięcie śmierciożerców od dostaw, znalezienie ich zaplecza, które może nawet nie wiedzieć dla kogo pracuje i przebicie ceny. Znalezienie księgowego i wyssanie z niego każdej informacji. Znalezienie tych, którzy dołączyli się zmuszeni, albo ze strachu. Osoby, które wcale nie są oddane sprawie, które potrzebują mostu, którym mogliby się wycofać bez odpowiedzialności w zamian za informacje i dostęp do rdzenia. Ale... ale to nie wszystko. – Długimi palcami zaczął rozmasowywać sobie napięcie w dłoniach. Oddychał wolniej, spokojniej. Plan wymagał aktywizacji płatu czołowego. – Drugi front miałby zaopiekować się cywilami. Wzmocnić społeczność, aby Voldemort nie miał im nic do zaoferowania, żeby umieli się przed nim bronić, fizycznie i psychicznie. Ministerstwo dba o własne interesy, nie o ludzi. A ludzie potrzebują nadziei i narzędzi. Widzę, obok szkoleń czy zadbania o przepływ surowców i zasobów, medialną wojnę, narrację, która wyprze wewnętrzny podział, a zorientuje gniew na prawdziwych wywrotowców. – Odchylił się na swoim siedzisku i zapatrzył w bezchmurne niebo. Nie wiedział, które z działań trafi na podatny grunt, ilu chętnych zachęci do współpracy ideom, a ilu będzie musiał zaproponować coś.
– Na pewno jednak nie będę w stanie tego zrobić sam – zaśmiał się gorzko. – W zakresie moich działań pozostało mi spotkanie się z najbliższymi i poinformowanie ich o swoich planach wraz z nieśmiałym pytaniem, czy chcą podążyć tą ścieżką razem ze mną. Czy Ty Lorraine, czy miałabyś ochotę mi w tej wojnie towarzyszyć? – poprawił się, by nie miała wątpliwości i umilkł czekając i hamując mózg przed przewidywaniem jej kolejnych kroków, bo nigdy nie powinno się przewidywać kolejnych kroków żywiołu.
Pytanie całkiem zasadne. Całkiem poważne. Całkiem mało poetyckie.
Dobrze, oboje potrzebowali uziemienia, gdy razem on w wodzie własnej melancholii, ona w uniesieniu podmuchów wiatru potrafili zbyt łatwo zgubić ciężar. Było to trudne, bowiem ziemia właściwa była umarłym, podobnie jak stal dzierżona przez wojowników. Ale ona nie miała ziemi innej niż ta, którą posypywała ciała odprowadzanych na Wyspę Umarłych zwłok, on nie miał stali innej, niż przenikliwość własnego spojrzenia, teraz w szarości zamglonej poczuciem winy zlepionym wespół z pragnieniem.
– Przyznam Ci się, że myślę o tym bez ustanku i pomysłów mam wiele, ale brak mi klarowności i dystansu, aby oddzielić najlepsze z nich od tych, które nie warte są nakładu czasu – zaczął powoli, spokojnie i zaskakująco metodycznie. Ton znajomy, choć odległy, z nielicznych delegacji na które zabierał ją u początków znajomości, gdzie w zaciszu hotelowym tłumaczył strategie, jakie zamierzał powziąć. Stawka teraz była jednak o wiele wyższa. – Chciałbym przede wszystkim dotrzeć do głowy i zadbać by była należycie ścięta i zakopana, ale to zadanie karkołomne gdy nastroje antymugolackie wzrastają na sile w trybie geometrycznym. Obmyślam różne kroki w zależności od tego, kto zechce się przyłączyć do sprawy. Odcięcie śmierciożerców od dostaw, znalezienie ich zaplecza, które może nawet nie wiedzieć dla kogo pracuje i przebicie ceny. Znalezienie księgowego i wyssanie z niego każdej informacji. Znalezienie tych, którzy dołączyli się zmuszeni, albo ze strachu. Osoby, które wcale nie są oddane sprawie, które potrzebują mostu, którym mogliby się wycofać bez odpowiedzialności w zamian za informacje i dostęp do rdzenia. Ale... ale to nie wszystko. – Długimi palcami zaczął rozmasowywać sobie napięcie w dłoniach. Oddychał wolniej, spokojniej. Plan wymagał aktywizacji płatu czołowego. – Drugi front miałby zaopiekować się cywilami. Wzmocnić społeczność, aby Voldemort nie miał im nic do zaoferowania, żeby umieli się przed nim bronić, fizycznie i psychicznie. Ministerstwo dba o własne interesy, nie o ludzi. A ludzie potrzebują nadziei i narzędzi. Widzę, obok szkoleń czy zadbania o przepływ surowców i zasobów, medialną wojnę, narrację, która wyprze wewnętrzny podział, a zorientuje gniew na prawdziwych wywrotowców. – Odchylił się na swoim siedzisku i zapatrzył w bezchmurne niebo. Nie wiedział, które z działań trafi na podatny grunt, ilu chętnych zachęci do współpracy ideom, a ilu będzie musiał zaproponować coś.
– Na pewno jednak nie będę w stanie tego zrobić sam – zaśmiał się gorzko. – W zakresie moich działań pozostało mi spotkanie się z najbliższymi i poinformowanie ich o swoich planach wraz z nieśmiałym pytaniem, czy chcą podążyć tą ścieżką razem ze mną. Czy Ty Lorraine, czy miałabyś ochotę mi w tej wojnie towarzyszyć? – poprawił się, by nie miała wątpliwości i umilkł czekając i hamując mózg przed przewidywaniem jej kolejnych kroków, bo nigdy nie powinno się przewidywać kolejnych kroków żywiołu.