21.03.2025, 08:00 ✶
Zawahał się.
Przez moment, przez krótką chwilę, gdy patrzył szkliście na maskę. W milczeniu. W odrealnieniu. W niezrozumieniu dla wewnętrznej wojny, która infekowała kolejne przestrzenie ciała i popękanej duszy, jeśli jakąkolwiek jeszcze posiadał. Nie musiał oddychać, więc tego nie robił. Nie musiał robić nic z tego co właśnie ustalili, nie miała nad nim przecież żadnej władzy, a szybko zduszony krzyk. Nie… nie chciałby słyszeć jej krzyku. Nie chciałby patrzeć na jej przerażenie. Była taka piękna, gdy ekscytacja rozświetlała jej twarz, taka świeża, taka obiecująca. Powinien wyciągnąć zegarek i pokazać jej jak rozprawia się z mugolami. Zajęłoby to moment dłużej, ale wątpił, by ktoś tak niedoświadczony długo stawiał opór. Mógł z nią pójść tam. Mógł nie czuć… tego wszystkiego, co czuł obecnie — przymusu, który ciągnął w obie strony, choć im bardziej czuł wewnętrzny imperatyw by zgnieść jej serce, tym bardziej nie zamierzał tego robić nigdy, dawno nie czując w sobie takiej pewności jak wtedy, pośród cicho szumiących róż, przy dźwiękach kameralnego menueta, rozbrzmiewającego gdzieś z oddali.
Zamiast tego więc założył znów dionizyjską maskę, wygładził wyszywane ręcznie listki, poprawił ułożenie pyszniących się na materiale kurty rubinowych gron. Sprawnie zawiązał wstążkę na tyle głowy, po czym dość nieoczekiwanie — choć trudno orzec, czy dla siebie, czy dla swojej towarzyszki — wsparł się o marmur, dłoń układając między kielichami, po czym sięgnął po jej rękę i bezceremonialnie przyłożył ją do swoich chłodnych warg. A jednak… jej dłoń nie była tak ciepła jak ludzka, jego wargi więc nie niosły chłodu, z którego musiałby się tłumaczyć.
– Heroina tak. Tandetnej? Nigdy – podkreślił z emfazą, choć nie patrzył w jej oczy. Zamiast tego, wciąż nie wypuszczając jej dłoni, wciąż w pochyleniu, w pół uśmiechu, psotnym, gotowym do łowów, dodał:
– Sezon, może dwa temu. I nie martw się… będę czuwał. Gdy będzie po wszystkim, posprzątamy razem. – Myśl o tym, że mógłby pomiędzy jej palce zapleść łańcuszek swojego zegarka, myśl o tym, że mógłby delikatnie ująć jej nadgarstek, by wprawić złoty okrąg w ruch. Myśl o tym, że mógłby cicho szeptać słowa podpowiedzi, siedząc tuż za nią, czując, niemal dotykając jej wibrującą ekscytację. Bezmyślnie ucałował jej dłoń ponownie, tym razem pozwalając sobie odetchnąć wonią, którą chciała przyozdobić swoje wiecznie młode ciało tego wieczoru. A zaraz po tym z impetem wywrócił jeden z kielichów tak, że potoczył się przez wyjście z altany na schody, z łoskotem kulając się po ścieżce.
– Ruszaj… – zachęcił ją, dając się opętać nowemu uczuciu, doświadczeniu nie tego, który łowi, a który uczy nowego łowcę. Dał jej wszelkie okoliczności do tego, by osiągnęła swój cel. Aż żałował, że nie będzie mógł patrzeć z innej perspektywy, jak stąd wybiega.
Jak gra.
Jak poluje…
Przez moment, przez krótką chwilę, gdy patrzył szkliście na maskę. W milczeniu. W odrealnieniu. W niezrozumieniu dla wewnętrznej wojny, która infekowała kolejne przestrzenie ciała i popękanej duszy, jeśli jakąkolwiek jeszcze posiadał. Nie musiał oddychać, więc tego nie robił. Nie musiał robić nic z tego co właśnie ustalili, nie miała nad nim przecież żadnej władzy, a szybko zduszony krzyk. Nie… nie chciałby słyszeć jej krzyku. Nie chciałby patrzeć na jej przerażenie. Była taka piękna, gdy ekscytacja rozświetlała jej twarz, taka świeża, taka obiecująca. Powinien wyciągnąć zegarek i pokazać jej jak rozprawia się z mugolami. Zajęłoby to moment dłużej, ale wątpił, by ktoś tak niedoświadczony długo stawiał opór. Mógł z nią pójść tam. Mógł nie czuć… tego wszystkiego, co czuł obecnie — przymusu, który ciągnął w obie strony, choć im bardziej czuł wewnętrzny imperatyw by zgnieść jej serce, tym bardziej nie zamierzał tego robić nigdy, dawno nie czując w sobie takiej pewności jak wtedy, pośród cicho szumiących róż, przy dźwiękach kameralnego menueta, rozbrzmiewającego gdzieś z oddali.
Zamiast tego więc założył znów dionizyjską maskę, wygładził wyszywane ręcznie listki, poprawił ułożenie pyszniących się na materiale kurty rubinowych gron. Sprawnie zawiązał wstążkę na tyle głowy, po czym dość nieoczekiwanie — choć trudno orzec, czy dla siebie, czy dla swojej towarzyszki — wsparł się o marmur, dłoń układając między kielichami, po czym sięgnął po jej rękę i bezceremonialnie przyłożył ją do swoich chłodnych warg. A jednak… jej dłoń nie była tak ciepła jak ludzka, jego wargi więc nie niosły chłodu, z którego musiałby się tłumaczyć.
– Heroina tak. Tandetnej? Nigdy – podkreślił z emfazą, choć nie patrzył w jej oczy. Zamiast tego, wciąż nie wypuszczając jej dłoni, wciąż w pochyleniu, w pół uśmiechu, psotnym, gotowym do łowów, dodał:
– Sezon, może dwa temu. I nie martw się… będę czuwał. Gdy będzie po wszystkim, posprzątamy razem. – Myśl o tym, że mógłby pomiędzy jej palce zapleść łańcuszek swojego zegarka, myśl o tym, że mógłby delikatnie ująć jej nadgarstek, by wprawić złoty okrąg w ruch. Myśl o tym, że mógłby cicho szeptać słowa podpowiedzi, siedząc tuż za nią, czując, niemal dotykając jej wibrującą ekscytację. Bezmyślnie ucałował jej dłoń ponownie, tym razem pozwalając sobie odetchnąć wonią, którą chciała przyozdobić swoje wiecznie młode ciało tego wieczoru. A zaraz po tym z impetem wywrócił jeden z kielichów tak, że potoczył się przez wyjście z altany na schody, z łoskotem kulając się po ścieżce.
– Ruszaj… – zachęcił ją, dając się opętać nowemu uczuciu, doświadczeniu nie tego, który łowi, a który uczy nowego łowcę. Dał jej wszelkie okoliczności do tego, by osiągnęła swój cel. Aż żałował, że nie będzie mógł patrzeć z innej perspektywy, jak stąd wybiega.
Jak gra.
Jak poluje…