21.03.2025, 17:16 ✶
Londyn płonął. W powietrzu unosił się dym, a krzyki ludzi mieszały się z hukiem eksplozji. Czułem, jak moje serce bije w szaleńczym rytmie, ale musiałem zachować zimną krew. Wiedziałem, że muszę się spieszyć. To, co działo się wokół, przyprawiało mnie o dreszcze. Pożar w mieście rozprzestrzeniał się z prędkością, której nie potrafiłem zrozumieć. Ciasno posklejane kamienice płonęły, jak zapałki polane benzyną. Tłum, który wcześniej wydawał się jedynie chaotyczny, teraz przypominał wściekłe i spanikowane stado zwierząt, które nie wiedziało, gdzie uciekać. Poczucie zagrożenia narastało z każdą chwilą. Miałem w głowie tylko jedną myśl - dotrzeć do mieszkania. Nie zamierzałem tam zostać, nie w tym piekle, którym stał się Londyn - to byłoby debilne. Chciałem tylko zabrać jedną, jedyną rzecz, która miała dla mnie znaczenie, i zniknąć stąd. Do Exmoor... Nigdzie indziej, jak tam. To ja musiałem zająć się sprawami rodziny brata, zanim Cornelius wróci do domu letniego ciotki - a z pewnością miał się tam pojawić przy pierwszej sposobności, tyle tylko, że ta mogła nadejść cholera jasna wie, kiedy. Zamierzałem go uprzedzić i posłać mu wiadomość. Nie mogłem dopuścić do tego, by czekał z niepokojem na wieści, kiedy miałem już wizję tego, co zamierzałem zrobić. Wątłą, bo watłą, ale liczyło się, że miałem plan. Zamknąłem oczy, próbując skupić myśli - musiałem myśleć o tym, co najważniejsze, nie mogłem stracić głowy. Nie miałem zamiaru dać się stratować przez zdesperowany tłum, który w obliczu zagrożenia stał się niebezpieczny. Serce biło mi jak oszalałe, ale nie miałem czasu na strach, ani wahanie. Musiałem działać, zanim miasto zatonie w ogniu, miałem nadzieję, że dotrę do mieszkania, nim płomienie pochłoną wszystko.
Później sprawy potoczyły się dosyć chaotycznie - kiedy wcisnąłem brunetkę w szczelinę między kamienicami, poczułem, że to jedyne, co mogę zrobić. Stałem do niej przodem, plecami do ognia, próbując osłonić ją przed chaosem, który rozgrywał się na zewnątrz. Czułem ciepło bijące od płomieni, ale ściany z cegły były zimne. Wybuch z pobliskiej apteki wstrząsnął ziemią. Eliksiry, które tam przechowywano, nie wytrzymały ekstremalnej temperatury. Gorący żar i opary parzących cieczy wypełniły powietrze. Zdołałem tylko przyciągnąć tę dziwną, drobną brunetkę do siebie, osłaniając ją moim ciałem. Wepchnąłem kobietę przed siebie w bezpieczne miejsce, gdzie mogliśmy uniknąć najgorszej fali gorąca, która przetoczyła się przez aleję. Nie zdążyłem nawet się zastanowić, co robię, bo w tej samej chwili w pobliskim sklepie nastąpił jeszcze jeden wybuch. Pochyliłem się nad nią, starając się złapać oddech - tylko na moment, zaraz zaczerpnąłem dwa wdechy i dwa wydechy, i zmusiłem się do spojrzenia w górę. Ogień szalał wokół nas, a dym przesłaniał niebo, tworząc ciężką, czarną zasłonę, która sprawiała, że powietrze stawało się trudne do zniesienia - było przesycone pyłem i smrodem spalenizny. Brzęczało mi w uszach - w dalszym ciągu słyszałem wibrację szkła i echo huku. Wybuchy z pobliskiej apteki rozbrzmiewały echem, jakby cała dzielnica była na krawędzi zniszczenia i zamiany w zgliszcza. Najwyraźniej różne substancje miały inną tolerancję na temperaturę - przemknęło mi przez myśl - dzięki temu mieliśmy okazję doświadczyć serii opóźnionych zapłonów.
Poczułem, jak skórzana kurtka, którą miałem na sobie, zaczyna się nagrzewać. Wokół nas rozgrywał się prawdziwy koszmar - eksplozje, krzyki i płomienie, które zdawały się być wszędzie. Nic, tylko ogień, który zdawał się rosnąć w siłę, pochłaniając wszystko na swojej drodze.
Wtem, czwarty - może piąty, szósty - trudno mi było zachować rachubę - wybuch z rzędu rozdarł powietrze. Dźwięk, który rozległ się pomiędzy budynkami, był przerażający - prawie tak potężny, jak ten pierwszy. Huk był tak głośny, że nie słyszałem własnych myśli i mimo, że nie chciałem zacząć panikować, czułem się coraz bardziej, jak zwierzę zapędzone w pułapkę. Na domiar wszystkiego, miałem wrażenie, że ogłuchłem na chwilę, co tylko wzmogło bicie mojego serca.
Dzwonienie w uszach ustało - zaraz po tym usłyszałem szum wody. Gdzieś w pobliżu uszkodzony hydrant wystrzelił w górę, ale zamiast orzeźwiającego deszczu, dostaliśmy tylko chmurę pary, która spowiła ulicę. Woda, która powinna przynieść ulgę, w obliczu ognia stała się tylko kolejnym zagrożeniem. Strumień leciał w górę, ale do nas docierał jedynie kłąb gorącej mgiełki. Woda, która powinna nas chłodzić, w rzeczywistości sprawiała, że gorące powietrze stawało się jeszcze bardziej duszne. Szyby w pobliskiej kamienicy pękały z trzaskiem, a gorące odłamki szkła spadały jak deszcz. Instynktownie znowu zasłoniłem kobietę, czując, jak drobne kawałki lądują na moich włosach i kurtce. Udało mi się osłonić nas przed nimi, ale nie myślałem o tym, żeby je strzepnąć. To nie był koniec.
Kiedy bardziej się w mnie wtuliła, instynktownie objąłem ją ramionami, pozwalając, by schowała się między klapami mojej kurtki. Byłem wyższy, znacznie wyższy, więc mogłem osłonić ją nie tylko od boku, ale też od góry. W pewnym momencie, nie zastanawiając się w ogóle, docisnąłem czoło do czubka jej głowy. Oddychałem ciężko przez chustę na twarzy, krople potu spływały mi po skroniach. Skuliłem ramiona, garbiąc się, przy czym nieświadomie zasłaniając jej widok na świat, który i tak w tej chwili zdawał się kończyć. Jej włosy pachniały dymem, a ja starałem się nie myśleć o tym, jak bardzo sam przesiąkłem tym smrodem. Czułem się, jak pierwszego stycznia sześćdziesiątego trzeciego w Filadelfii, a miałem wrażenie, że tym razem może być gorzej.
Kiedy wybuchy eliksirów z apteki w końcu ustały, poczułem, że mogę ją puścić. Odsunąłem się nieco, aby spojrzeć jej w oczy, ale nagle zdałem sobie sprawę, że wciąż ją przytulam - moje ramiona rozluźniły się, wypuściłem ją z objęć. Dopiero wtedy to do mnie dotarło...
Zdałem sobie sprawę, że nie wiem, kim jest, nie znam jej imienia. Co ja właściwie zrobiłem? Ratując ją, naraziłem się na niebezpieczeństwo, ale nie miałem czasu myśleć o konsekwencjach. Cała ta akcja ratunkowa, impulsywna i chaotyczna, a my nawet się nie znaliśmy.
Avez-vous perdu la tête? - Wymamrotałem, praktycznie niesłyszalnie, nieco zdegustowany, nie mogąc powstrzymać się od wyrzutu, zanim zdałem sobie sprawę, że nie potrafię - ani nie chcę -przetłumaczyć tego na angielski, a przynajmniej nie z tym samym wydźwiękiem, który powinno mieć... A powinno, bo miało go za każdym razem, kiedy ja sam to słyszałem po zachowaniu się, jak ostatni debil. Postradałaś zmysły? - Nie pasowało, ani trochę, a nie chciałem jej wyzywać od idiotek za to, że stała w miejscu, kiedy inni tratowali siebie nawzajem. W tej sytuacji było trudno o właściwą reakcję. Chrząknąłem, próbując otrzeźwieć, ale nie powtórzyłem tego głośniej, krytyka nie miała sensu, zwłaszcza teraz.
- Masz gdzie iś? - Zapytałem, starając się, aby mój głos brzmiał spokojnie, mimo, że dookoła nas panika osiągała apogeum - ludzie biegli w różnych kierunkach, krzycząc, szukając ratunku. - Wiesz, co lobiś? - Czekałem na jej odpowiedź, analizując każdą detal, który mógł podpowiedzieć mi, jak się zachować.
Zignorowałem pytanie o rany, bo w tym momencie najważniejsze było to, że oboje jeszcze żyliśmy, mimo szalejącego piekła wokół nas - w zamian kiwnąłem głową, próbując przekazać jej, że wszystko będzie w porządku, mimo że sam nie miałem pojęcia, co dalej. Nie wiedziałem, czy powinna zostać ze mną, czy lepiej będzie, jeśli pójdzie sama. Zastanawiałem się, czy ma plan, czy może kogoś, do kogo mogłaby się udać. Moje myśli krążyły wokół różnych możliwości - niby w takich momentach każdy miał swoje priorytety, ja też, ale ona wydawała się zagubiona.
Później sprawy potoczyły się dosyć chaotycznie - kiedy wcisnąłem brunetkę w szczelinę między kamienicami, poczułem, że to jedyne, co mogę zrobić. Stałem do niej przodem, plecami do ognia, próbując osłonić ją przed chaosem, który rozgrywał się na zewnątrz. Czułem ciepło bijące od płomieni, ale ściany z cegły były zimne. Wybuch z pobliskiej apteki wstrząsnął ziemią. Eliksiry, które tam przechowywano, nie wytrzymały ekstremalnej temperatury. Gorący żar i opary parzących cieczy wypełniły powietrze. Zdołałem tylko przyciągnąć tę dziwną, drobną brunetkę do siebie, osłaniając ją moim ciałem. Wepchnąłem kobietę przed siebie w bezpieczne miejsce, gdzie mogliśmy uniknąć najgorszej fali gorąca, która przetoczyła się przez aleję. Nie zdążyłem nawet się zastanowić, co robię, bo w tej samej chwili w pobliskim sklepie nastąpił jeszcze jeden wybuch. Pochyliłem się nad nią, starając się złapać oddech - tylko na moment, zaraz zaczerpnąłem dwa wdechy i dwa wydechy, i zmusiłem się do spojrzenia w górę. Ogień szalał wokół nas, a dym przesłaniał niebo, tworząc ciężką, czarną zasłonę, która sprawiała, że powietrze stawało się trudne do zniesienia - było przesycone pyłem i smrodem spalenizny. Brzęczało mi w uszach - w dalszym ciągu słyszałem wibrację szkła i echo huku. Wybuchy z pobliskiej apteki rozbrzmiewały echem, jakby cała dzielnica była na krawędzi zniszczenia i zamiany w zgliszcza. Najwyraźniej różne substancje miały inną tolerancję na temperaturę - przemknęło mi przez myśl - dzięki temu mieliśmy okazję doświadczyć serii opóźnionych zapłonów.
Poczułem, jak skórzana kurtka, którą miałem na sobie, zaczyna się nagrzewać. Wokół nas rozgrywał się prawdziwy koszmar - eksplozje, krzyki i płomienie, które zdawały się być wszędzie. Nic, tylko ogień, który zdawał się rosnąć w siłę, pochłaniając wszystko na swojej drodze.
Wtem, czwarty - może piąty, szósty - trudno mi było zachować rachubę - wybuch z rzędu rozdarł powietrze. Dźwięk, który rozległ się pomiędzy budynkami, był przerażający - prawie tak potężny, jak ten pierwszy. Huk był tak głośny, że nie słyszałem własnych myśli i mimo, że nie chciałem zacząć panikować, czułem się coraz bardziej, jak zwierzę zapędzone w pułapkę. Na domiar wszystkiego, miałem wrażenie, że ogłuchłem na chwilę, co tylko wzmogło bicie mojego serca.
Dzwonienie w uszach ustało - zaraz po tym usłyszałem szum wody. Gdzieś w pobliżu uszkodzony hydrant wystrzelił w górę, ale zamiast orzeźwiającego deszczu, dostaliśmy tylko chmurę pary, która spowiła ulicę. Woda, która powinna przynieść ulgę, w obliczu ognia stała się tylko kolejnym zagrożeniem. Strumień leciał w górę, ale do nas docierał jedynie kłąb gorącej mgiełki. Woda, która powinna nas chłodzić, w rzeczywistości sprawiała, że gorące powietrze stawało się jeszcze bardziej duszne. Szyby w pobliskiej kamienicy pękały z trzaskiem, a gorące odłamki szkła spadały jak deszcz. Instynktownie znowu zasłoniłem kobietę, czując, jak drobne kawałki lądują na moich włosach i kurtce. Udało mi się osłonić nas przed nimi, ale nie myślałem o tym, żeby je strzepnąć. To nie był koniec.
Kiedy bardziej się w mnie wtuliła, instynktownie objąłem ją ramionami, pozwalając, by schowała się między klapami mojej kurtki. Byłem wyższy, znacznie wyższy, więc mogłem osłonić ją nie tylko od boku, ale też od góry. W pewnym momencie, nie zastanawiając się w ogóle, docisnąłem czoło do czubka jej głowy. Oddychałem ciężko przez chustę na twarzy, krople potu spływały mi po skroniach. Skuliłem ramiona, garbiąc się, przy czym nieświadomie zasłaniając jej widok na świat, który i tak w tej chwili zdawał się kończyć. Jej włosy pachniały dymem, a ja starałem się nie myśleć o tym, jak bardzo sam przesiąkłem tym smrodem. Czułem się, jak pierwszego stycznia sześćdziesiątego trzeciego w Filadelfii, a miałem wrażenie, że tym razem może być gorzej.
Kiedy wybuchy eliksirów z apteki w końcu ustały, poczułem, że mogę ją puścić. Odsunąłem się nieco, aby spojrzeć jej w oczy, ale nagle zdałem sobie sprawę, że wciąż ją przytulam - moje ramiona rozluźniły się, wypuściłem ją z objęć. Dopiero wtedy to do mnie dotarło...
Zdałem sobie sprawę, że nie wiem, kim jest, nie znam jej imienia. Co ja właściwie zrobiłem? Ratując ją, naraziłem się na niebezpieczeństwo, ale nie miałem czasu myśleć o konsekwencjach. Cała ta akcja ratunkowa, impulsywna i chaotyczna, a my nawet się nie znaliśmy.
Avez-vous perdu la tête? - Wymamrotałem, praktycznie niesłyszalnie, nieco zdegustowany, nie mogąc powstrzymać się od wyrzutu, zanim zdałem sobie sprawę, że nie potrafię - ani nie chcę -przetłumaczyć tego na angielski, a przynajmniej nie z tym samym wydźwiękiem, który powinno mieć... A powinno, bo miało go za każdym razem, kiedy ja sam to słyszałem po zachowaniu się, jak ostatni debil. Postradałaś zmysły? - Nie pasowało, ani trochę, a nie chciałem jej wyzywać od idiotek za to, że stała w miejscu, kiedy inni tratowali siebie nawzajem. W tej sytuacji było trudno o właściwą reakcję. Chrząknąłem, próbując otrzeźwieć, ale nie powtórzyłem tego głośniej, krytyka nie miała sensu, zwłaszcza teraz.
- Masz gdzie iś? - Zapytałem, starając się, aby mój głos brzmiał spokojnie, mimo, że dookoła nas panika osiągała apogeum - ludzie biegli w różnych kierunkach, krzycząc, szukając ratunku. - Wiesz, co lobiś? - Czekałem na jej odpowiedź, analizując każdą detal, który mógł podpowiedzieć mi, jak się zachować.
Zignorowałem pytanie o rany, bo w tym momencie najważniejsze było to, że oboje jeszcze żyliśmy, mimo szalejącego piekła wokół nas - w zamian kiwnąłem głową, próbując przekazać jej, że wszystko będzie w porządku, mimo że sam nie miałem pojęcia, co dalej. Nie wiedziałem, czy powinna zostać ze mną, czy lepiej będzie, jeśli pójdzie sama. Zastanawiałem się, czy ma plan, czy może kogoś, do kogo mogłaby się udać. Moje myśli krążyły wokół różnych możliwości - niby w takich momentach każdy miał swoje priorytety, ja też, ale ona wydawała się zagubiona.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)