22.03.2025, 14:58 ✶
Prysznic nie robił mi rewelacji z samopoczuciem. Miałem wrażenie, że czegoś w nim brakowało. Najpewniej ciepła czy też gorąca, które choć na chwilę podniosłoby temperaturę mojego ciała, ale mój przytępiony umysł nie był w stanie tego wychwycić. Może to i dobrze, bo jeszcze przypomniałyby mi się sceny z domu Laurenta. Te po wydarzeniach z Windermere. Miałem go podnieść na duchu, a mało co go nie zabiłem.
Może jednak powinienem dać Ambroise’owi wyrwać sobie kły? Byłbym mniej niebezpieczny.
Stałem pod natryskiem i znowu odpływałem myślami w obce rejony. Windermere. Dużo wody. Kontrola. I jej utrata. Usilna potrzeba spacyfikowania Geraldine, bo była największym zagrożeniem z tego motłochu. Chciałem ją dorwać, nieświadomą, podstępem. Ugh.
Ale wtedy miałem siłę woli, by wygrać. Czemu więc teraz przegrywałem walkę z pożądaniem krwi?
Wpatrywałem się w spływające po mnie krople. Zdawały się takie nieświadome tego, że spływają po wampirze. Po trupie. Nie robiło im to różnicy. Spływaaałyyy…
Ocknąłem się. Nie byłem pewien, po jakim czasie. Jedynym sposobem, by to sprawdzić, było spojrzenie na Geraldine i Ambroise’a. O ile byli prawdziwi. O ile nie byli snem. Jeśli byli snem, mogło ich już nie być. Mogli nie żyć. Albo mogli wracać najebani w środku nocy. Albo Ambroise odprowadzałby najebaną Geraldine – to chyba prędzej.
Cóż, chuj z czasem i z nimi! Zapomniałem o dawce eliksiru. Nadszedł czas, żeby wziąć kolejną i zasnąć, więc ubrałem się w pośpiechu. Zapomniałem o świeżych ubraniach, więc założyłem te, w których spałem. Nie robiło to wielkiej różnicy.
Wypadłem z łazienki, jakby mnie coś goniło, i szybko tego pożałowałem, kiedy w drodze do pokoju mój wzrok padł na kuchnię. Skrzywiłem się.
Ambroise, z tym swoim tyłkiem w majtkach, dobierał się do Geraldine…
Aż mnie cofnęło na ten obraz. Dosłownie cofnęło o krok.
— Myślałem, że już poszliście… NA MERLINA, NIE JESTEŚCIE TU SAMI! — stwierdziłem zamyślony, by zaraz podnieść oburzony głos. — Też korzystam z tego blatu.
Może Geraldine to Geraldine… Nie robiła tu zgorszenia, bo mieszkaliśmy razem od dawna i ogólnie dorastaliśmy razem, ale Ambroise… BYŁ OBCYM CHŁOPEM.
— Wielkie dzięki. Nie czułem smaku herbaty. Teraz będę w niej czuł Ambroise’a. OBRZYDLIWE.
Kręcąc głową, zmierzyłem ich wzrokiem. Mieli coś na swoją obronę?! Z pewnością nie. Najgorzej, bo to zakrawało o hipokryzję. Gdybym nie był martwy, pewnie zaliczyłbym z przypadkowymi osobami każdy kąt mieszkania Geraldine. Za wyjątkiem jej zabezpieczonej sypialni.
Spojrzałem w sufit i odetchnąłem głęboko. Może jednak to był zły sen. Oby to był zły sen.
Może jednak powinienem dać Ambroise’owi wyrwać sobie kły? Byłbym mniej niebezpieczny.
Stałem pod natryskiem i znowu odpływałem myślami w obce rejony. Windermere. Dużo wody. Kontrola. I jej utrata. Usilna potrzeba spacyfikowania Geraldine, bo była największym zagrożeniem z tego motłochu. Chciałem ją dorwać, nieświadomą, podstępem. Ugh.
Ale wtedy miałem siłę woli, by wygrać. Czemu więc teraz przegrywałem walkę z pożądaniem krwi?
Wpatrywałem się w spływające po mnie krople. Zdawały się takie nieświadome tego, że spływają po wampirze. Po trupie. Nie robiło im to różnicy. Spływaaałyyy…
Ocknąłem się. Nie byłem pewien, po jakim czasie. Jedynym sposobem, by to sprawdzić, było spojrzenie na Geraldine i Ambroise’a. O ile byli prawdziwi. O ile nie byli snem. Jeśli byli snem, mogło ich już nie być. Mogli nie żyć. Albo mogli wracać najebani w środku nocy. Albo Ambroise odprowadzałby najebaną Geraldine – to chyba prędzej.
Cóż, chuj z czasem i z nimi! Zapomniałem o dawce eliksiru. Nadszedł czas, żeby wziąć kolejną i zasnąć, więc ubrałem się w pośpiechu. Zapomniałem o świeżych ubraniach, więc założyłem te, w których spałem. Nie robiło to wielkiej różnicy.
Wypadłem z łazienki, jakby mnie coś goniło, i szybko tego pożałowałem, kiedy w drodze do pokoju mój wzrok padł na kuchnię. Skrzywiłem się.
Ambroise, z tym swoim tyłkiem w majtkach, dobierał się do Geraldine…
Aż mnie cofnęło na ten obraz. Dosłownie cofnęło o krok.
— Myślałem, że już poszliście… NA MERLINA, NIE JESTEŚCIE TU SAMI! — stwierdziłem zamyślony, by zaraz podnieść oburzony głos. — Też korzystam z tego blatu.
Może Geraldine to Geraldine… Nie robiła tu zgorszenia, bo mieszkaliśmy razem od dawna i ogólnie dorastaliśmy razem, ale Ambroise… BYŁ OBCYM CHŁOPEM.
— Wielkie dzięki. Nie czułem smaku herbaty. Teraz będę w niej czuł Ambroise’a. OBRZYDLIWE.
Kręcąc głową, zmierzyłem ich wzrokiem. Mieli coś na swoją obronę?! Z pewnością nie. Najgorzej, bo to zakrawało o hipokryzję. Gdybym nie był martwy, pewnie zaliczyłbym z przypadkowymi osobami każdy kąt mieszkania Geraldine. Za wyjątkiem jej zabezpieczonej sypialni.
Spojrzałem w sufit i odetchnąłem głęboko. Może jednak to był zły sen. Oby to był zły sen.