22.03.2025, 16:13 ✶
Wydawało się, że świat się kończy, najdziwniejsze, że to wszystko wydarzyło się w ciągu zaledwie kilku minut. Zaledwie chwilę temu stałem w kolejce w sklepie, rozmyślając o drobnostkach dnia codziennego, a teraz byłem świadkiem piekła. Nie wiedziałem, co się stało. Myśli kłębiły mi się w głowie, ale nic z tego nie miało sensu. Stałem w aptece - innej niż ta, która wybuchła, ale tamta pewnie też płonęła, bo ogień był wszędzie - czekając na swoją kolej, gdy nagle usłyszałem krzyki. Nie minęło pięć minut, odkąd wszedłem do budynku, ale gdy wychyliłem się na zewnątrz, płomienie szalały wszędzie dookoła. Błyskawiczna pożoga ogarnęła wszystko - wzdłuż ulicy widać było ogień, który rozprzestrzeniał się jak szalony, pochłaniając budynki. Przypomniałem sobie Filadelfię - tamten zimny i wietrzny Nowy Rok, początek sześćdziesiątego trzeciego. Wczesny wieczór chwilę po siedemnastej - dzień, w którym również doświadczyłem piekła na ziemi, ale to, co teraz widziałem, było znacznie gorsze. Nie mogłem uwierzyć, że w tamtym chaosie nikt nie zginął. Tu jednak wiedziałem, że to tylko kwestia czasu. Dźwięki paniki, krzyki, płacz - wszystko to mieszało się w chaotyczną symfonię strachu, co gorsza, nie miałem pojęcia, co spowodowało ten nagły wybuch chaosu. Mogłem się założyć, że tym razem nie był to popsuty grzejnik... Chodziło o coś bardziej makabrycznego, ale te dwie sytuacje były do siebie podobne w skutkach - tak jak wtedy, silny południowy wiatr przenosił płomienie z budynku na budynek, a ciasna zabudowa tylko ułatwiała ten proces. Wszyscy uciekali, tratowali się nawzajem, nie było Ministerstwa Magii, tak jak wtedy Magicznego Kongresu, nikt nie mógł nam pomóc.
Poczułem, że to, co robię, jest naturalne, mimo, że od pewnego czasu stroniłem od bliskości z obcymi - w tej chwili nie miało to znaczenia. Chwyciłem brunetkę, przeniosłem w bezpieczniejsze miejsce, wcisnąłem ją między budynki, zanurzyłem twarz w jej włosach, osłaniając ją przed odłamkami szkła, które spadały jak grad. Czułem jej ciepło, a w moim umyśle pojawiły się wspomnienia. Przytuliłem ją mocno, jakbyśmy znali się od lat.
- Będzie dobsze, Aly... - Wymamrotałem pod nosem, zanim pomyślałem i zrozumiałem, co padło z moich ust. To było jak przywalenie sobie własną pięścią w twarz - nie wiedziałem, dlaczego ją tak nazwałem. To nie była Alice, moja żona, która odeszła bardzo dawno temu, zostawiła mnie, zostałem sam, pogodziłem się z tym, ale w tamtym momencie to imię samo cisnęło mi się na usta. Nie miałem pojęcia skąd to się wzięło - wiedziałem tylko tyle, że w tamtej chwili wydawało mi się naturalne użyć tego imienia. Może to była moja podświadomość, która pragnęła, by obok mnie był ktoś bliski - padło na nią, mimo, że była brunetką, nie blondynką. Miała ciemnobrązowe oczy, nie szare i w niczym, poza wzrostem, nie przypominała Aly. Mimo to, sprawiła, że przypomniałem sobie, jak w Filadelfii trzymałem rękę żony, gdy wspólnie przeżywaliśmy piekło. Ściskałem ją jak nieznajomą teraz, czując to samo drżenie drobnego ciała przy piersi - nie wiedziałem wtedy, że to były ostatnie konwulsje umierającej miłości, rozstaliśmy się dwa miesiące później.
Moje serce biło szybciej, a umysł starał się wrócić na właściwe tory, ale cały czas uciekał w kierunku przeszłości. Te doświadczenia były zbyt podobne. Zamknąłem oczy, ale to nie pomogło. Przytuliłem ją mocno, oparłem czoło o jej włosy, próbując ją ochronić przed szklanymi odłamkami, które spadały z okien. Poczułem, jak jej włosy ocierają się o moje czoło, pachnąc dymem i czymś szpitalnym, co jeszcze bardziej przypominało mi o Alice - to było mylące, jej zapach był znajomy, ale nie potrafiłem go zidentyfikować. Wciąż miałem w pamięci tamten zimny dzień w Filadelfii - czułem, że to się powtarza, ale w znacznie gorszej wersji.
Chwile później wypuściłem ją z ramion, czując dziwne ukłucie w sercu, kiedy w końcu się zreflektowałem - rozluźniłem uścisk, nie dając po sobie poznać, że na sekundę w moim sercu zagościła dziwna pustka. Wyrwałem się z tego stanu, zirytowany na siebie za to, co zrobiłem. Uwolniłem ją z ramion, czując, jakbym stracił coś, co nigdy nie było moje. To nie była moja żona - moja żona odeszła - to był Londyn, nie Filadelfia. Teraz byłem tutaj, w Anglii - nie w Stanach, z obcą kobietą, obejmując ją, jakbym znał ją od zawsze. Zirytowany spojrzałem na nią, gotów nawarczeć na nią za stanie jak kołek i gapienie się na ogień, przez które wylądowaliśmy tu, gdzie byliśmy, ale zaraz zrozumiałem, że to nie jej wina - to ja byłem sentymentalnym debilem. Wspomnienia wracały, mimo, że starałem się skupić na tym, co się działo tu i teraz. Musieliśmy się stąd wydostać. Ludzie wciąż biegli, obijali się o siebie, nie zwracając uwagi na innych. Nie czułem spalenizny ani krwi na głowie, więc chyba nic mi nie było, poza dzwonieniem w uszach i gorącem na plecach. Ogień otaczał nas z każdej strony, a dym wdzierał się w płuca, sprawiając, że kaszlałem. Miałem wrażenie, że ten chaos może nas niedługo zabić, jeśli się nie ruszymy.
- Nie moszemy tu zostaś. - Powiedziałem, patrząc jej w oczy. - Musisz wiedzieś, co lobiś. - Podkreśliłem twardo, gdy coś uderzyło mnie w piętę. Ludzie za moimi plecami wciąż uciekali, a panika ogarniała wszystkich wokół - to nie było miejsce dla nas. Kiedy odpowiedziała, że nie wie, co robić, potrząsnąłem głową. Czułem, że to, co robię, jest jakąś formą obłędu, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Zamiast się irytować, postanowiłem działać - musieliśmy się stąd wydostać, a ja musiałem wiedzieć, co ona planuje. Stłumiłem komentarz, który chciałem wygłosić - prawie tam trafiła przez swoje głupie zawahanie, do tej kostnicy. Zamiast tego, zadałem jej konkretne pytanie.
- Chces iś do kostnicy? Tam pewnie bęsie cylk, ale jeszli chosi o gmach Ministelstwa, to powinno byś wsględnie bespiesznie. Nie powinnaś zostawaś na ulicach. - Spojrzałem na tłum, analizując możliwości - był gęsty, mrowie ludzi zwiększało się z każdą chwilą. Musiałem coś wymyślić, żeby nie zgubić jej w tym szaleństwie. Wokół nas panował chaos, a ludzie wciąż uciekali, pchając się nawzajem. Czułem, że muszę znaleźć sposób, by przejść przez to wszystko, nie tracąc jej z oczu.
- Musimy luszaś. - Powiedziałem w końcu. - Tszymaj się blisko mnie, podplowadzę cię najdalej, jak tylko będę w stanie. - Ale nie bezpośrednio do Ministerstwa - w mojej głowie pojawiła się myśl, że wolałbym tam nie wchodzić. Nie wyjaśniłem, że zostawię ją przed budynkiem, ani dlaczego nie chciałem tam iść, ale nie miałem zamiaru ładować się tam bez potrzeby. W moich myślach wciąż krążyły obawy, które kazały mi unikać tego miejsca. Wyciągnąłem ku niej rękę, próbując znaleźć sposób, by nie zgubić jej w tłumie.
- Nic mi nie jeszt, jestem cały. - Zapewniłem ją pośpiesznie - chciałem, żeby uwierzyła w moje słowa. Pojedyncze myśli przelatywały przez moją głowę. Zacząłem się rozglądać, szukając jakiegoś sposobu na przejście przez tłum.
Poczułem, że to, co robię, jest naturalne, mimo, że od pewnego czasu stroniłem od bliskości z obcymi - w tej chwili nie miało to znaczenia. Chwyciłem brunetkę, przeniosłem w bezpieczniejsze miejsce, wcisnąłem ją między budynki, zanurzyłem twarz w jej włosach, osłaniając ją przed odłamkami szkła, które spadały jak grad. Czułem jej ciepło, a w moim umyśle pojawiły się wspomnienia. Przytuliłem ją mocno, jakbyśmy znali się od lat.
- Będzie dobsze, Aly... - Wymamrotałem pod nosem, zanim pomyślałem i zrozumiałem, co padło z moich ust. To było jak przywalenie sobie własną pięścią w twarz - nie wiedziałem, dlaczego ją tak nazwałem. To nie była Alice, moja żona, która odeszła bardzo dawno temu, zostawiła mnie, zostałem sam, pogodziłem się z tym, ale w tamtym momencie to imię samo cisnęło mi się na usta. Nie miałem pojęcia skąd to się wzięło - wiedziałem tylko tyle, że w tamtej chwili wydawało mi się naturalne użyć tego imienia. Może to była moja podświadomość, która pragnęła, by obok mnie był ktoś bliski - padło na nią, mimo, że była brunetką, nie blondynką. Miała ciemnobrązowe oczy, nie szare i w niczym, poza wzrostem, nie przypominała Aly. Mimo to, sprawiła, że przypomniałem sobie, jak w Filadelfii trzymałem rękę żony, gdy wspólnie przeżywaliśmy piekło. Ściskałem ją jak nieznajomą teraz, czując to samo drżenie drobnego ciała przy piersi - nie wiedziałem wtedy, że to były ostatnie konwulsje umierającej miłości, rozstaliśmy się dwa miesiące później.
Moje serce biło szybciej, a umysł starał się wrócić na właściwe tory, ale cały czas uciekał w kierunku przeszłości. Te doświadczenia były zbyt podobne. Zamknąłem oczy, ale to nie pomogło. Przytuliłem ją mocno, oparłem czoło o jej włosy, próbując ją ochronić przed szklanymi odłamkami, które spadały z okien. Poczułem, jak jej włosy ocierają się o moje czoło, pachnąc dymem i czymś szpitalnym, co jeszcze bardziej przypominało mi o Alice - to było mylące, jej zapach był znajomy, ale nie potrafiłem go zidentyfikować. Wciąż miałem w pamięci tamten zimny dzień w Filadelfii - czułem, że to się powtarza, ale w znacznie gorszej wersji.
Chwile później wypuściłem ją z ramion, czując dziwne ukłucie w sercu, kiedy w końcu się zreflektowałem - rozluźniłem uścisk, nie dając po sobie poznać, że na sekundę w moim sercu zagościła dziwna pustka. Wyrwałem się z tego stanu, zirytowany na siebie za to, co zrobiłem. Uwolniłem ją z ramion, czując, jakbym stracił coś, co nigdy nie było moje. To nie była moja żona - moja żona odeszła - to był Londyn, nie Filadelfia. Teraz byłem tutaj, w Anglii - nie w Stanach, z obcą kobietą, obejmując ją, jakbym znał ją od zawsze. Zirytowany spojrzałem na nią, gotów nawarczeć na nią za stanie jak kołek i gapienie się na ogień, przez które wylądowaliśmy tu, gdzie byliśmy, ale zaraz zrozumiałem, że to nie jej wina - to ja byłem sentymentalnym debilem. Wspomnienia wracały, mimo, że starałem się skupić na tym, co się działo tu i teraz. Musieliśmy się stąd wydostać. Ludzie wciąż biegli, obijali się o siebie, nie zwracając uwagi na innych. Nie czułem spalenizny ani krwi na głowie, więc chyba nic mi nie było, poza dzwonieniem w uszach i gorącem na plecach. Ogień otaczał nas z każdej strony, a dym wdzierał się w płuca, sprawiając, że kaszlałem. Miałem wrażenie, że ten chaos może nas niedługo zabić, jeśli się nie ruszymy.
- Nie moszemy tu zostaś. - Powiedziałem, patrząc jej w oczy. - Musisz wiedzieś, co lobiś. - Podkreśliłem twardo, gdy coś uderzyło mnie w piętę. Ludzie za moimi plecami wciąż uciekali, a panika ogarniała wszystkich wokół - to nie było miejsce dla nas. Kiedy odpowiedziała, że nie wie, co robić, potrząsnąłem głową. Czułem, że to, co robię, jest jakąś formą obłędu, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Zamiast się irytować, postanowiłem działać - musieliśmy się stąd wydostać, a ja musiałem wiedzieć, co ona planuje. Stłumiłem komentarz, który chciałem wygłosić - prawie tam trafiła przez swoje głupie zawahanie, do tej kostnicy. Zamiast tego, zadałem jej konkretne pytanie.
- Chces iś do kostnicy? Tam pewnie bęsie cylk, ale jeszli chosi o gmach Ministelstwa, to powinno byś wsględnie bespiesznie. Nie powinnaś zostawaś na ulicach. - Spojrzałem na tłum, analizując możliwości - był gęsty, mrowie ludzi zwiększało się z każdą chwilą. Musiałem coś wymyślić, żeby nie zgubić jej w tym szaleństwie. Wokół nas panował chaos, a ludzie wciąż uciekali, pchając się nawzajem. Czułem, że muszę znaleźć sposób, by przejść przez to wszystko, nie tracąc jej z oczu.
- Musimy luszaś. - Powiedziałem w końcu. - Tszymaj się blisko mnie, podplowadzę cię najdalej, jak tylko będę w stanie. - Ale nie bezpośrednio do Ministerstwa - w mojej głowie pojawiła się myśl, że wolałbym tam nie wchodzić. Nie wyjaśniłem, że zostawię ją przed budynkiem, ani dlaczego nie chciałem tam iść, ale nie miałem zamiaru ładować się tam bez potrzeby. W moich myślach wciąż krążyły obawy, które kazały mi unikać tego miejsca. Wyciągnąłem ku niej rękę, próbując znaleźć sposób, by nie zgubić jej w tłumie.
- Nic mi nie jeszt, jestem cały. - Zapewniłem ją pośpiesznie - chciałem, żeby uwierzyła w moje słowa. Pojedyncze myśli przelatywały przez moją głowę. Zacząłem się rozglądać, szukając jakiegoś sposobu na przejście przez tłum.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)