22.03.2025, 16:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.03.2025, 16:45 przez Lorien Mulciber.)
Sięgnęła po sakiewkę, ale nie zabrała jej ze stołu; zupełnie jakby ważyła ciężar nie samych monet, a decyzji, które za nimi się kryły. Przesunęła opuszkami palców po złotej nitce, którą utkano finezyjne wzory. Nigdy wcześniej nie zwróciła na nie uwagi. Diabeł zawsze tkwił w szczegółach. Jak wiele z nich przegapili, ślepi na zagrożenie czające się w mroku? Czy naprawdę wystarczyło zniszczyć jeden supełek by misterna robota rozsypała się jak źle wszyta nitka?
Przez moment obracała w dłoniach miękki materiał, głucha na pobrzękujące w środku monety. Wsłuchiwała się w ciszę, która zapadła między nimi. Woody nie mówił nic nowego, ale wypowiedziane na głos słowa nabierały nowego ciężaru.
Miał rację.
Nie będzie żadnego formalnego nakazu; żadnej listy do podpisania, groźby. Tylko milcząca zgoda, narastające przyzwolenie i przesuwająca się granica między tym co dozwolone, co konieczne, a co nieuniknione. Lorien Crouch nie bała się śmierci - bała się, że pewnego dnia stanie przed lustrem i zda sobie sprawę, że stoi po niewłaściwej stronie historii. Najgorsze jednak było to, że… nie potrafiła powiedzieć która jest właściwa.
Nie patrzyła na Longbottoma. Utkwiła wzrok gdzieś ponad jego ramieniem, zanurzona przez chwilę we własnych myślach. Przyzwolenie. Może to ono było tym, czego powinna się rzeczywiście obawiać? Małe ustępstwa, drobne kompromisy, usprawiedliwienia podszyte zdrowym rozsądkiem. Czy to już się działo? Czy już teraz, w tej chwili, była częścią procesu, który z dnia na dzień prowadził ją do miejsca, z którego nie będzie odwrotu?
Pieniądze były bronią; narzędziem. Tak jak wiedza, którą posiadała; wpływy, które starała się utrzymać. Ale czy rzeczywiście miała jakikolwiek wpływ na koło historii, czy jedynie próbowała przypudrować zgniliznę, która zdawała się każdego dnia wgryzać coraz głębiej w ich społeczeństwo.
Sakiewka wylądowała z powrotem na stole. Nie dbała co się stanie z pieniędzmi, ale nie lubiła pozostawiać za sobą niedomkniętych rachunków. Każdy jeden drobny dług rodził kolejny. Odsetki wyrażone w maleńkich przysługach, pomocy bez pokrycia. Jeśli coś dało się załatwić przy pomocy kilku głupich galeonów - robiła to.
Zebrała ze stolika resztę, uznając, że może lepiej nie zostawiać tu swoich wsuwek do włosów czy szminki. Kto wie czy nie kręciła się tu jakaś bliższa mu fanka kapeluszy, której mogłoby się to nie spodobać.
Zaprosisz mnie kiedyś na jakąś inną.
Spuściła na chwilę wzrok, na swoje paznokcie. To co chciała powiedzieć nie przeszłoby jej przez gardło. Oby bogowie sprawili, że nie będzie musiała go na ową flaszkę zapraszać. Tak długo jak widmo wojny pozostawało tylko widmem, nie powinni byli się spotykać. Nie chciała go narażać. Nie chciała narażać samej siebie. Tak jak miejsce Woody’ego było na Nokturnie, tak jej przyszło pewnie aż do śmierci nawiedzać ministerialne korytarze. Dwa zupełnie odrębne światy.
- Zatrzymaj ją.- Powiedziała łagodnie.- Nigdy nie wiesz, który brygadzista połasi się na złoto.
Podniosła się powoli od stołu, z ulgą przyjmując jego skinięcie głową za znak akceptacji. Nie potrzebowali pieczęci, czy nawet uścisku dłoni, by ubić tego targu. Tak po prawdzie nie chciała go prosić o nic wielkiego. Może po prostu o małą, przyjacielską pomoc, gdyby potrzebowała zniknąć. W tym Longbottom był całkiem niezły.
- Gdy przyjdą… Wizengamot powita ich tak jak wszystkich ekstremistów i terrorystów.- Oświadczyła nieco pewniej, zapinając drżącymi palcami kolejne klamry swojego płaszcza. Narzuciła na głowę kaptur.- Crouchowie nie tańczą do cudzych melodii.
Westchnęła cicho, gdy powoli docierało do niej, że tak naprawdę nigdy nie było niewłaściwej strony historii. Była tylko ta, która mogła wygenerować większe zyski, o wiele mniejszym kosztem. Strona bohaterów. Strona zbrodniarzy wojennych. A pośrodku - niezależne, odwieczne prawo.
Teleportowała się z trzaskiem, pozostawiając po sobie tylko sakiewkę i parę czarnych piór.
Koniec sesji