23.03.2025, 14:57 ✶
Faye spojrzała z lekką niepewnością w oczach na mężczyznę. No, dla niej to wcale nie było takie oczywiste i sprytne, ten plan, no ale skoro nic się nie stało... Pokręciła głową.
- Alkohol to jest trucizna, spożywana w umiarze nie powinna szkodzić, ale pan to chyba jednak za dużo jej wypił, co? Dobra impreza była? - nie była złośliwa, jej ton głosu był dość przyjemny, nieco rozbawiony, owszem, ale nie złośliwy. - A tak, Nokturn. Da pan wiarę, że ostatnio ciągle tam mam coś do załatwienia?
Może powinna była się ugryźć w jęzor, ale jakoś się nie potrafiła powstrzymać, bo w gruncie rzeczy to było dość zabawne - to ile razy w ciągu jednego tygodnia była właśnie tam.
- Jest pan w Lesie Wisielców, niedaleko Little Hangelton - poinformowała spokojnie, również rozglądając się wokół. Nie dziwiła mu się, ten las był... specyficzny. To nie był zwykły teren zielony: tutaj wszystko było inne, panowała tutaj inna atmosfera. Gdy się wchodziło do Lasu Wisielców, nawet nie znając jego historii, czuło się grozę i przebiegające po plecach dreszcze. - Skrzat, hm?
Faye przekręciła głowę z ciekawością, a gdy upewniła się, że Alfred stoi pewnie na nogach: odsunęła się na dwa kroki. Sięgnęła po butelkę z wodą, którą zawsze miała przy sobie, a potem podała ją mężczyźnie. Niech ją zatrzyma, ona se weźmie z domu nową. Miała ich kilkanaście, termiczne, szklane, plastikowe... Z podziałkami albo bez. Przezroczyste lub kolorowe - jeżeli o to chodzi, to miała istnego pierdolca na tym punkcie.
- Proszę się napić, to woda. I ja... Cóż, jak powiem, że jestem tu służbowo, to mi pan uwierzy? - doskonale zdawała sobie z tego jak wygląda. Niska, drobna, dziecięca buźka... Czasem dostawała przez to kurwicy, bo praktycznie NIKT nie traktował jej poważnie. Wsparła się pod boki, jakby chciała tym sposobem stać się nieco większa. - Szukam zaginionych magicznych stworów. Jestem Faye.
W całym tym zamieszaniu zapomniała się przedstawić, ajć. I chociaż ten tu pewnie jej nie skojarzy, bo i czemu miałby, to przecież kultura wymagała tego, żeby się sobie przedstawić.
- I... Co z tym skrzatem się w sumie okazało?
- Alkohol to jest trucizna, spożywana w umiarze nie powinna szkodzić, ale pan to chyba jednak za dużo jej wypił, co? Dobra impreza była? - nie była złośliwa, jej ton głosu był dość przyjemny, nieco rozbawiony, owszem, ale nie złośliwy. - A tak, Nokturn. Da pan wiarę, że ostatnio ciągle tam mam coś do załatwienia?
Może powinna była się ugryźć w jęzor, ale jakoś się nie potrafiła powstrzymać, bo w gruncie rzeczy to było dość zabawne - to ile razy w ciągu jednego tygodnia była właśnie tam.
- Jest pan w Lesie Wisielców, niedaleko Little Hangelton - poinformowała spokojnie, również rozglądając się wokół. Nie dziwiła mu się, ten las był... specyficzny. To nie był zwykły teren zielony: tutaj wszystko było inne, panowała tutaj inna atmosfera. Gdy się wchodziło do Lasu Wisielców, nawet nie znając jego historii, czuło się grozę i przebiegające po plecach dreszcze. - Skrzat, hm?
Faye przekręciła głowę z ciekawością, a gdy upewniła się, że Alfred stoi pewnie na nogach: odsunęła się na dwa kroki. Sięgnęła po butelkę z wodą, którą zawsze miała przy sobie, a potem podała ją mężczyźnie. Niech ją zatrzyma, ona se weźmie z domu nową. Miała ich kilkanaście, termiczne, szklane, plastikowe... Z podziałkami albo bez. Przezroczyste lub kolorowe - jeżeli o to chodzi, to miała istnego pierdolca na tym punkcie.
- Proszę się napić, to woda. I ja... Cóż, jak powiem, że jestem tu służbowo, to mi pan uwierzy? - doskonale zdawała sobie z tego jak wygląda. Niska, drobna, dziecięca buźka... Czasem dostawała przez to kurwicy, bo praktycznie NIKT nie traktował jej poważnie. Wsparła się pod boki, jakby chciała tym sposobem stać się nieco większa. - Szukam zaginionych magicznych stworów. Jestem Faye.
W całym tym zamieszaniu zapomniała się przedstawić, ajć. I chociaż ten tu pewnie jej nie skojarzy, bo i czemu miałby, to przecież kultura wymagała tego, żeby się sobie przedstawić.
- I... Co z tym skrzatem się w sumie okazało?