23.03.2025, 15:40 ✶
Chyba nie powstrzymał cichego westchnięcia. Westchnięcia zarówno zmęczenia, jak i ulgi, że to jednak nie była klątwa. Chociaż mówiła o jakimś stanie więc może jednak?
– Przepraszam. Witaj piękna nieznajoma. Twe oczy są ładne, a włosy… Też. Tak, proszę uczyń mi ten zaszczyt i usiądź obok mnie – powiedział głosem jak najdalszym od jakichkolwiek tonów podrywu, a spojrzenie jego brązowych oczu bardzo wymownie pytało wystarczy czy mam się wygłupiać dalej?
Przez chwilę obserwował jej zmagania z tym, aby jakoś usiąść na krześle, gotowy zaoferować że jeśli nie będzie się ruszała, spróbuje transmutować jej spódnice w mniej obcisłą, ale ostatecznie, po odniesieniu kilka strat, Moody najwyraźniej jakoś sobie poradziła.
Praca. Niemal odetchnął z ulgą. To nie była klątwą, ani załamanie nerwowe. To była tylko praca.
– Myślałem, że coś ci się stało – powiedział, przejeżdżając dłonią po bladej twarzy. – Ale to dobrze. I jak ci idzie? Co to w ogóle za praca? – Bo to chyba było dobrze, prawda?
Na pytanie co u niego miał już odpowiedzieć, że nie umierał, ale to co powiedziała Millie wybiła go z rytmu i tak jak normalnie pewnie rzuciłby teraz jakąś złośliwą uwagę, tak teraz nieco mało dyskretnie rozejrzał się, czy nikt przypadkiem nie usłyszał, a potem nie do końca wiedział czy skupić spojrzenie na kubku z herbatą, czy przyjaciółce.
– Nie, ja nie. Nie jestem.. To znaczy, cholera, nie wiem. Nie, że chcę… Może być też dziewczyna. Nie, że szukam teraz jakiejś. Nie potrzebuję, abyś... – Westchnął ciężko, policzył w myślach do trzech, a potem nieco się wyprostował. – To… Kiedy powiedziałem, że to konfundujące naprawdę miałem to na myśli. – Przygryzł wargi, zastanawiając się, czy aby na pewno nie chciał szybko zmienić tematu, dopóki była jeszcze taka możliwość. Tylko że hah… Te inne tematy, nie były wcale aż tak mniej niezręczne. – Jak ty… Hm. Podczas śniadania powiedziałaś coś o dziewczynie. Jak… Wiedziałaś?
– Przepraszam. Witaj piękna nieznajoma. Twe oczy są ładne, a włosy… Też. Tak, proszę uczyń mi ten zaszczyt i usiądź obok mnie – powiedział głosem jak najdalszym od jakichkolwiek tonów podrywu, a spojrzenie jego brązowych oczu bardzo wymownie pytało wystarczy czy mam się wygłupiać dalej?
Przez chwilę obserwował jej zmagania z tym, aby jakoś usiąść na krześle, gotowy zaoferować że jeśli nie będzie się ruszała, spróbuje transmutować jej spódnice w mniej obcisłą, ale ostatecznie, po odniesieniu kilka strat, Moody najwyraźniej jakoś sobie poradziła.
Praca. Niemal odetchnął z ulgą. To nie była klątwą, ani załamanie nerwowe. To była tylko praca.
– Myślałem, że coś ci się stało – powiedział, przejeżdżając dłonią po bladej twarzy. – Ale to dobrze. I jak ci idzie? Co to w ogóle za praca? – Bo to chyba było dobrze, prawda?
Na pytanie co u niego miał już odpowiedzieć, że nie umierał, ale to co powiedziała Millie wybiła go z rytmu i tak jak normalnie pewnie rzuciłby teraz jakąś złośliwą uwagę, tak teraz nieco mało dyskretnie rozejrzał się, czy nikt przypadkiem nie usłyszał, a potem nie do końca wiedział czy skupić spojrzenie na kubku z herbatą, czy przyjaciółce.
– Nie, ja nie. Nie jestem.. To znaczy, cholera, nie wiem. Nie, że chcę… Może być też dziewczyna. Nie, że szukam teraz jakiejś. Nie potrzebuję, abyś... – Westchnął ciężko, policzył w myślach do trzech, a potem nieco się wyprostował. – To… Kiedy powiedziałem, że to konfundujące naprawdę miałem to na myśli. – Przygryzł wargi, zastanawiając się, czy aby na pewno nie chciał szybko zmienić tematu, dopóki była jeszcze taka możliwość. Tylko że hah… Te inne tematy, nie były wcale aż tak mniej niezręczne. – Jak ty… Hm. Podczas śniadania powiedziałaś coś o dziewczynie. Jak… Wiedziałaś?