23.03.2025, 18:36 ✶
I powiedzcie mi, jak miałem być zdrowy na umyśle, skoro rozgrywały się przede mną takie obrazy? I to w momencie, kiedy byłem na skraju wytrzymałości. Niby tak niewinnie, a jednak Ger z Roisem wbijali mi kolejne gwoździe do trumny. A ja naprawdę nie potrzebowałem już więcej gwoździ. Dusiłem się. Metaforycznie, rzecz jasna.
Ale chwila! Przecież i tak byłem szczęściarzem, gdyż słodka Bogini Matka oszczędziła mi dodatkowych widoków, o których nie miałem pojęcia. Nie, to wcale nie była łaska Ambroise’a. Po prostu miałem jeszcze trochę ponieżyć. Chociaż to. Nie byłem pewien, jakbym zareagował, widząc ich miejsca intymne. Jednym, wielkim rzygiem.
Na szczęście nie miałem okazji zniesmaczyć się jeszcze bardziej, więc skupiłem te jedyne komórki w mózgu, które aktualnie nie spały, do tego, żeby analizowały sytuację zaistniałą.
Geraldine mówiła, że szybko wróciłem, co oznaczało, że najpewniej śniłem. Prysznic… trwał mi długo. Z pewnością nie był szybki. Chyba nawet tam zasnąłem. Nie byłem tego pewien, ale ona mówiła, że szybko… Czas mi się rozmazywał. Byłem tak zmęczony, że równie dobrze mógłbym się przekonać, że to wszystko, cała ta żenująca scena w kuchni, była kolejną warstwą snu.
Nie było źle. Całkiem dobrze. Przy dobrych wiatrach, kiedy się obudzę, mieszkanie będzie puste. Nie będzie Geraldine, a tym bardziej nie będzie Greengrassa. Chwała.
— Sam się cmoknij — odpyskowałem Ambroise’owi, nawet nie patrząc na niego. Zamierzałem się ewakuować, żeby zakończyć tę maskaradę. Chciałem zapomnieć o tych pośladkach. Nie chciałem ich widzieć w swoich wspomnieniach.
Gdybym jeszcze mógł sobie modyfikować pamięć, byłbym najszczęśliwszym trupem w całym Londynie.
— Bawcie się dobrze. Idę spać, skoro dopiero południe — dodałem z przekąsem, odnosząc się do ich szampańskiego spędzania czasu.
Odwróciłem się na pięcie i zwiałem do siebie. Trzasnąłem mocno drzwiami, żeby nie mieli żadnych wątpliwości – nie podsłuchuję, nie podglądam, nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Niech mnie piekło pochłonie, jeśli użyję tego blatu, zanim go porządnie zdezynfekuję.
Ale chwila! Przecież i tak byłem szczęściarzem, gdyż słodka Bogini Matka oszczędziła mi dodatkowych widoków, o których nie miałem pojęcia. Nie, to wcale nie była łaska Ambroise’a. Po prostu miałem jeszcze trochę ponieżyć. Chociaż to. Nie byłem pewien, jakbym zareagował, widząc ich miejsca intymne. Jednym, wielkim rzygiem.
Na szczęście nie miałem okazji zniesmaczyć się jeszcze bardziej, więc skupiłem te jedyne komórki w mózgu, które aktualnie nie spały, do tego, żeby analizowały sytuację zaistniałą.
Geraldine mówiła, że szybko wróciłem, co oznaczało, że najpewniej śniłem. Prysznic… trwał mi długo. Z pewnością nie był szybki. Chyba nawet tam zasnąłem. Nie byłem tego pewien, ale ona mówiła, że szybko… Czas mi się rozmazywał. Byłem tak zmęczony, że równie dobrze mógłbym się przekonać, że to wszystko, cała ta żenująca scena w kuchni, była kolejną warstwą snu.
Nie było źle. Całkiem dobrze. Przy dobrych wiatrach, kiedy się obudzę, mieszkanie będzie puste. Nie będzie Geraldine, a tym bardziej nie będzie Greengrassa. Chwała.
— Sam się cmoknij — odpyskowałem Ambroise’owi, nawet nie patrząc na niego. Zamierzałem się ewakuować, żeby zakończyć tę maskaradę. Chciałem zapomnieć o tych pośladkach. Nie chciałem ich widzieć w swoich wspomnieniach.
Gdybym jeszcze mógł sobie modyfikować pamięć, byłbym najszczęśliwszym trupem w całym Londynie.
— Bawcie się dobrze. Idę spać, skoro dopiero południe — dodałem z przekąsem, odnosząc się do ich szampańskiego spędzania czasu.
Odwróciłem się na pięcie i zwiałem do siebie. Trzasnąłem mocno drzwiami, żeby nie mieli żadnych wątpliwości – nie podsłuchuję, nie podglądam, nie chcę mieć z tym nic wspólnego.
Niech mnie piekło pochłonie, jeśli użyję tego blatu, zanim go porządnie zdezynfekuję.
Postać opuszcza sesję