23.03.2025, 20:29 ✶
| Nigdy nie był typem, który wytycza szlaki i przeciera drogę innym ludziom - ani w życiu, ani w abstrakcyjnych dyskusjach przy kominku. Nie miał w sobie żyłki lidera i zdążył już pogodzić się z tym, że zapewne już nigdy jej nie wykształci. Wszystkie pokłady zaradności, które Bletchleyowie mogli przekazać swoim potomkom w tej gałęzi rodowej, w pełni przypadły jego siostrze Prudence - tej nieznośnie rozsądnej, a zarazem błyskotliwej Prudence. Niektórzy mogliby powiedzieć, że dostała ich nawet nieco za dużo, a Elias zgodziłby się z tym bez większego gadania. Oczywiście, istniały tematy, w których Elias był niezrównany - sztuka rzemiosła, zaklinanie szkła, metamorfomagia czy teorie spiskowe Londynu, które zdawały się fascynować tylko jego i paru przyjaciół ze szkolnych lat. Problem w tym, że w gronie rodzinnym czuł, że zawsze zaczynał na niższej pozycji. Matka, ojciec, siostra - cała trójka nurkowała w magimedycynie z pasją równą obsesji, więc ciężko było z tym konkurować. Tak po prostu mówił rozsądek: kwestie medyczne były poważniejsze i bardziej skomplikowane niż tworzenie szklanych rzeźb czy wymiana okien. Teraz żadna z tych kwestii nie miała znaczenia, bo nawet najlepsze zaklęcia uzdrawiające nie byłyby w stanie powstrzymać szalejących w dzielnicy czarodziejów pożarów. Podobnie jak szklane wytwory, które teraz wręcz ulegały potędze żywiołu, o czym świadczyły popękane szyby widoczne na praktycznie wszystkich budynkach ciągnących się wzdłuż Alei Horyzontalnej. Nawet te, które jakimś cudem jeszcze się trzymały, wyglądały tak jakby w najbliższych dniach miały potrzebować konkretnego przeglądu. — O. Oh — odparł Bletchley, zastanawiając się, co w tej sytuacji w ogóle powinien zrobić. Podziękować za służbę? Podziękować za pomoc? Życzyć powodzenia w akcjach przeciwpożarowych, które zapewne będą trwały do bladego rana? Zażądać osobistej eskorty? A nie, to było zarezerwowane dla polityków i szych z Ministerstwa Magii. No tak, łatwo było się pomylić. — Cóż, cieszę się, że trafiłem akurat na ciebie. Bezpieczniej z policją niż bez niej, co nie? — mruknął, pocierając jedną dłoń o drugą. Nie zgubił go i przekierował gości pubu we względnie bezpieczne miejsce. Podobno. — Mam nadzieję, że... Że szybko znajdziesz swojego eee partnera? Współ-brygadzistę? — Zmarszczył czoło. — Na pewno się o ciebie martwi. Na pewno czuwał nad nim jakiś starszy stopniem funkcjonariusz służb bezpieczeństwa. Chłopak wyglądał, jakby mógł pisać egzaminy siódmoklasisty w tym roku. Może też po prostu młodo wyglądać, zauważył Elias. Bądź co bądź, jemu też zdarzało się odejmować sobie parę lat zręcznym użyciem metamorfomagii. Subtelne wygładzenie rysów twarzy, pozbycie się minimalnych zmarszczek... Parę ruchów, a człowiek od razu wyglądał na młodszego. — Oczywiście, priorytetem jest teraz zachowanie zdrowia i życia — zgodził się z nutką sarkazmu w głosie. — Mieszkanie stanie się istotne, kiedy to wszystko ugaszą albo będzie się dało swobodnie przejść przez dzielnicę. Zamrugał, gdy zapytano go o imię. No tak, z tego wszystkiego nawet się sobie nie przedstawili. — Elias. Bletchley. Szklarz. Ze ''Szklanej Alchemii — wyjaśnił hasłowo, darując sobie podawanie nazwiska panieńskiego swojej matki i zawodu obu rodziców. Chociaż skoro typ pracował w Ministerstwie i to w Brygadzie Uderzeniowej, to niewykluczone, że w trakcie swojej pracy zahaczył o miejsce pracy Prudence w biurze koroneru przy Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Cóż, to zdecydowanie było dobre pytanie na inną okazję. Może ten wypad na piwo, o ile brygadzista dożyje następnego dnia. — Jeszcze raz dzięki i... Powodzenia z tym burdelem — rzucił, zaciskając mocniej palce na różdżkę i oddalając w stronę jednej z bocznych uliczek. Mógł zostać w magicznej dzielnicy. Mógł uciec nad rzekę. Mógł zostać w magicznej dzielnicy. Mógł zostać w magicznej dzielnicy i... Chyba sam nie był pewien, czy powinien słuchać swojego nowego kolegi. Czas pokaże, czy decyzja ta okaże się dla niego fortunna. |
Koniec sesji |