03.02.2023, 15:59 ✶
Jej gabinet cieszył się pewna specyficzną renomą, przez która zgłaszało się do niego wiele specyficznych osobników. Annie bowiem miała pewną szczególną zasadę - oczym dowiadywała się w gabinecie, zostawało w gabinecie. Owszem, była to raczej podstawa tajemnicy lekarskiej, którą przecież większość uzdrowicieli zachowywała w swojej praktyce, do pani Dolohov można było jednak zgłosić się także w przypadku mniej legalnie wyglądających sytuacji. Albo wstydliwych. Albo to i to, w zależności, czego cala sprawa dotyczyła.
Miała zamiar więc zachować się podobnie w tym przypadku.
Niektórzy nie przepadali jednak za jej stosunkiem do pacjenta. Annie nie podchodziła do niego emocjonalnie, nie ukazywała według niej zbędnej empatii i nie rzucała pustymi słówkami. Wolała rzeczową rozmowę, w której jej klient informował jej o objawach i swoim stanie zdrowia, ona zaś stawiała diagnozę oraz przedstawiała kierunki, w których mogą pójść z kuracją. Tłumaczyła, chcąc, by osoba, która do niej przychodziła, miała jasny obraz sytuacji i możliwych do podjęcia środków. Niektórzy nazywali to profesjonalizmem, inni bezdusznością. Nie zamierzała jednak się zmieniać.
Dlatego nie odpowiedziała na uśmiech Marqueza. Niechętnie przyjęła jednak uścisk jego dłoni, stroniąc zazwyczaj od kontaktu. Chłód jego dłoni, który wyczuła mimo swoich zawsze zimnych dłoni, zaskoczył ja jednak. Uniosła wyżej brwi, by zaraz je zmarszczyć. Ciekawe.
Przyjrzała się siedzącemu przed nią osobnikowi uważnie. Jego wygląd jasno wskazywał, że na pewno cierpi na jakieś zaburzenia związane z krążeniem, albo na jakieś niedobory. Dała mu się jednak wysłowić. Słuchała, jej brwi coraz bardziej zmarszczone, jedna z rąk podparła podbródek, gdy pochyliła się niżej nad blatem, pogrążając się w skupieniu.
Jej myśli krążyły po głowie, gdy starała się znaleźć jakieś informacje, które mogłyby jej pomóc. Nie znalazła szybkiej odpowiedzi.
- Rzeczywiście, przypadek wymagający dyskrecji, do tego nieoczywisy - stwierdziła, podnosząc się z krzesła. - Zaproszę Pana do gabinetu zabiegowego. Chce przeprowadzić parę szybkich badań - poinformowała, samej ruszając w stronę odpowiedniego pomieszczenia. Przed wejściem nałożyła wiszący na wieszaku biały fartuch.
- Proszę usiąść - poleciła, wskazując na stojącą pod ścianą kozetkę.
Zmierzyła puls, sprawdziła temperaturę, reakcję źrenicy na światło. Sprawdziła odruch kolanowy, rzuciła zaklęcie diagnozujące. Aż w końcu wyciągnęła sterylną strzykawkę.
- Chciałabym pobrać krew - oznajmiła, w jej oczach tliło się zaś coś żywego, w przeciwieństwie do momentu, gdy siedzieli jeszcze w gabinecie.
Miała zamiar więc zachować się podobnie w tym przypadku.
Niektórzy nie przepadali jednak za jej stosunkiem do pacjenta. Annie nie podchodziła do niego emocjonalnie, nie ukazywała według niej zbędnej empatii i nie rzucała pustymi słówkami. Wolała rzeczową rozmowę, w której jej klient informował jej o objawach i swoim stanie zdrowia, ona zaś stawiała diagnozę oraz przedstawiała kierunki, w których mogą pójść z kuracją. Tłumaczyła, chcąc, by osoba, która do niej przychodziła, miała jasny obraz sytuacji i możliwych do podjęcia środków. Niektórzy nazywali to profesjonalizmem, inni bezdusznością. Nie zamierzała jednak się zmieniać.
Dlatego nie odpowiedziała na uśmiech Marqueza. Niechętnie przyjęła jednak uścisk jego dłoni, stroniąc zazwyczaj od kontaktu. Chłód jego dłoni, który wyczuła mimo swoich zawsze zimnych dłoni, zaskoczył ja jednak. Uniosła wyżej brwi, by zaraz je zmarszczyć. Ciekawe.
Przyjrzała się siedzącemu przed nią osobnikowi uważnie. Jego wygląd jasno wskazywał, że na pewno cierpi na jakieś zaburzenia związane z krążeniem, albo na jakieś niedobory. Dała mu się jednak wysłowić. Słuchała, jej brwi coraz bardziej zmarszczone, jedna z rąk podparła podbródek, gdy pochyliła się niżej nad blatem, pogrążając się w skupieniu.
Jej myśli krążyły po głowie, gdy starała się znaleźć jakieś informacje, które mogłyby jej pomóc. Nie znalazła szybkiej odpowiedzi.
- Rzeczywiście, przypadek wymagający dyskrecji, do tego nieoczywisy - stwierdziła, podnosząc się z krzesła. - Zaproszę Pana do gabinetu zabiegowego. Chce przeprowadzić parę szybkich badań - poinformowała, samej ruszając w stronę odpowiedniego pomieszczenia. Przed wejściem nałożyła wiszący na wieszaku biały fartuch.
- Proszę usiąść - poleciła, wskazując na stojącą pod ścianą kozetkę.
Zmierzyła puls, sprawdziła temperaturę, reakcję źrenicy na światło. Sprawdziła odruch kolanowy, rzuciła zaklęcie diagnozujące. Aż w końcu wyciągnęła sterylną strzykawkę.
- Chciałabym pobrać krew - oznajmiła, w jej oczach tliło się zaś coś żywego, w przeciwieństwie do momentu, gdy siedzieli jeszcze w gabinecie.