Ruda nie do końca wiedziała co się dzieje i dlaczego postanowiono podpalić cały Londyn. To nie miało żadnego sensu, miasto było pełne czarodziejów, którzy pochodzili chyba ze wszystkich magicznych rodzin. Nie wydawało jednak jej się, że ten pożar to był przypadek. Nie było szansy na to, żeby taki żywioł pojawił się znikąd. Najwyraźniej ktoś postanowił im coś udowodnić, tylko krzywdząc wszystkich? Po co? Nie miała pojęcia, trudno jej jednak było od samego początku szukać logiki w działaniach popleczników Voldemorta. Chcieli przejąć władzę w świecie czarodziejów, najwyraźniej nie patrząc na żadne konsekwencje, zabijając i krzywdząc również swoich. Każdy bowiem mógł dzisiaj zginąć, widziała, co działo się wokół. To było istne piekło.
Spanikowani ludzie biegali we wszystkie strony, z nieba sypał się popiół, wszędzie unosił się dym. Wywołali chaos. Martwiło ją to, bo skoro zaatakowali Londyn, co będzie następne? Sięgali po coraz brutalniejsze metody, aby dojść do celu. Wypadałoby się zacząć się bardziej stawiać. Szukać tych osób, które były za to odpowiedzialne. Miała nadzieję, że poniosą konsekwencje za to, co działo się wokół nich.
Zresztą udało im się złapać jednego z nich. Wszystko wokół mówiło bowiem o tym, że ten człowiek, którego tutaj znalazły należał do tych osób. Najwyraźniej pomagał tym zbrodniarzom. Na szczęście znalazły się tutaj, udało im się go złapać. To był dobry początek, chociaż czy na pewno? Nie miały pojęcia ilu było mu podobnych, gdzie się teraz znajdowali.
Szkoda było czasu na takie rozważania, powinny go jak najszybciej dostarczyć do biura i wrócić na ulicę, aby zająć się poszkodowanymi. Heather musiała dać znać Zakonowi jak wygląda sytuacja. Zamierzała za chwilę wrócić na inne ulice, aby rozejrzeć się i zobaczyć, czy wszyscy ich bliscy byli bezpieczni. Musiała sprawdzić, czy Cameronowi nic się nie stało. Nie sądziła, że ktokolwiek będzie miał o to do niej pretensje. Jasne była w pracy, ale panował taki chaos, że nikt pewnie nie zauważy jej chwilowego zniknięcia, zresztą miały się znaleźć na ulicach, pomagać tym, którzy tego potrzebowali.
- Myślę, że to nie będzie tylko dzisiejsza noc, podejrzewam, że będzie musiał spędzić tam trochę więcej czasu. - Wszystko bowiem świadczyło o tym, że ten typ był w to zamieszany, musiał ponieść za to konsekwencje.
- Tak, gotowa. - Odpowiedziała jeszcze, aby dać znać Victorii, że mogły stąd zniknąć. Musiały odstawić tego faceta tam, gdzie było jego miejsce - do aresztu.
Złapała dłoń Victorii po to, aby mogły razem teleportować się z tego miejsca. - Trzy! - Mruknęła w końcu, a po chwili już ich nie było. Zniknęły stąd wraz ze swoim nowym kolegą.