23.03.2025, 23:41 ✶
Widok chaosu, jaki ogarnął Aleję Horyzontalną był niczym wycinek z koszmaru. Jak jeden z tych barokowych obrazów pełnych cierpienia i śmierci. Pożar rozprzestrzeniał się w zastraszającym tempie, jakby wybuchł w wielu miejscach naraz, wdzierając się w każdą możliwą przestrzeń i przekształcając ją w kolejne kręgi piekła. Jego źródło nie mogło pochodzić od pojedynczej iskry. Z firanek zajętych przez trzaskające płonące szczapy z kominka albo żaru papierosa, z którym zasnął jakiś czarodziej.
Pożar trawił miasto z niespotykaną prędkością, jakby co chwilę wybuchał w zupełnie nowym miejscu. Ogień rozprzestrzeniał się z niepohamowaną siłą, jak gdyby miał własną wolę. Coraz gwałtowniej szalał dookoła nich, zabierając ze sobą wszystko, co napotkał. Stosunkowo szeroka, lecz wciąż za ciasna Aleja Horyzontalna stawała się śmiertelną pułapką.
Duszący dum przysłaniał kolejne budynki, podczas gdy ogień zajmował je jeden po drugim. Silny wiatr wyłącznie ułatwiał mu rozprzestrzenianie się pomiędzy ciasno upchniętymi kamienicami. Pył w dalszym ciągu sypał się z nieba. Sprawiał, że jasne włosy Geraldine szarzały a na jej ramionach pojawiały się kolejne płatki makabrycznych kwiatów.
Zamrugał, gdy wspomniała o Fabianie. W jego głowie pojawiły się strzępki informacji. Kilka słów wymienionych z Corneliusem podczas, gdy stali w korytarzu w mieszkaniu Lestrange'a. Usiłował przywołać tamten moment. Dyskusję o wyjeździe, o weekendzie za miastem. To miał być ten tydzień? Być może? Prawdopodobnie?
- Tak - wyartykułował wreszcie, nie mogąc dodać dwa do dwóch, bo hałas i chaos zbyt mocno mieszały mu w głowie.
Próbował być spokojny, nie dać się ponieść panice, nie płynąć z tłumem. Już raz przeżyli starcie z mrowiem uciekających ludzi. Tyle tylko, że wtedy nie było tak źle.
Ich ciała w dalszym ciągu przeciskały się przez tłum, który w panice starał się uciekać w różnych kierunkach. Skupiając się na poszukiwaniu drogi w kierunku domu. Instynktownie obierali drogę w kierunku mieszkania, w którym pewnie nadal znajdował się Astaroth. Jeżeli spał pod wpływem eliksirów, co było zatrważająco prawdopodobne, mógł nawet nie zdawać sobie sprawy z piekła, jakie ogarniało Londyn.
Zaniósł się kaszlem.
- Szalik - nie mógł pozwolić na to, by wdychała kolejne fale popiołu, jakie niósł ze sobą gorący wiatr.
Wiedział, że to mogło być równie zabójcze, co ogień i spanikowany tłum. Szczególnie, że nie znali źródła pochodzenia pyłu. Częściowo wynikał z pożarów trawiących budynki, ale zdawało mu się także, że w pewnym sensie sypał się także wprost z nieba.
Nie mógł powtórzyć tego, co zrobił wcześniej. Trzymał ręce na talii dziewczyny, przyciągając ją do siebie. Robiąc wszystko, byleby tylko nie rozdzielił ich spanikowany tłum. Wciskał ją w siebie tak mocno, że niemal bolały go od tego palce. Sztywniejące mu już zaledwie po kilku minutach zatrważająco powolnego przeciskania się przez coraz gęstsze mrowie ludzi. A przecież świadomie unikali największych skupisk, wykorzystując to, że oboje mogli patrzeć praktycznie nad głowami tłumu.
Liczył na to, że jego dziewczyna zrozumie sugestię, bowiem nawet stojąc tak blisko niej, że praktycznie mógł mówić Rinie wprost do ucha, ciężko mu było odpowiednio modulować głos. Miał wrażenie, że wszystkie jego słowa były zbyt ciche. Nieważne jak bardzo unosił głos. Chaos wciąż był głośniejszy.
Jeszcze dzisiejszego poranka zwracał Geraldine uwagę dokładnie na to samo. Tyle tylko, że wtedy miał na myśli przeraźliwie lodowaty wiatr, przez który mogła się przeziębić. Nie coś wręcz karykaturalnie przeciwnego. Nie przejmujące gorąco, nie płomienie tańczące coraz wyżej na dachach i ścianach pobliskich balkonów. Czerwono-złote języki liżące drewniane ramy okienne, pochłaniające balustrady balkonów, które zaczynały zapadać się z trzaskiem. Część pobliskich konstrukcji opierała się wyłącznie na grubych palach. Teraz także z sekundy na sekundę coraz bardziej trawionych przez ogień.
Końcówki jego eleganckiego szala zwisały luźno wzdłuż brzegów ciała Greengrassa. Wystarczyło, aby Yaxleyówna sięgnęła ręką ku jednej z nich, zsuwając mu go z szyi i wiążąc go sobie wokół twarzy. Zupełnie tak jak zrobiła to wtedy w Snowdonii. On mógł powtórzyć swój manewr z kołnierzem golfu. To miało mu wystarczyć, by nie wdychał aż tak dużych ilości pyłu. Tyle tylko, że nie chciał tracić cennych sekund. Wpierw musieli wydostać się z epicentrum paniki.
Z determinacją popychał Geraldine przed sobą, częściowo ulegając przy tym także jej własnym ruchom. Poniekąd pchał ją do przodu, poniekąd sam dawał się ciągnąć. Najważniejsze, że wspólnie całkiem skutecznie brnęli do przodu, starając się wybrać najlepszą drogę w gąszczu panikujących ludzi.
W pewnym momencie jego wzrok padł na pobliski sklep. Konkretniej na drewniany taras, który zdawał się trzymać w powietrzu tylko dzięki ostatnim resztkom konstrukcji. Słupy podtrzymujące długi balkon w górze były już niemal całkowicie przepalone, jednak nie od dołu. Nie w miejscu, który mógłby być widoczny na pierwszy rzut oka. Nie dla kogoś, kto stałby centralnie przy nich. Ogień trawił je od góry. Konstrukcja jeszcze się nie chwiała, ale była to wyłącznie kwestia czasu. Kilkudziesięciu sekund? Może minuty z kawałkiem?
Przeniósł wzrok na ludzi, którzy stali w bezruchu pod ścianą wejścia do sklepu nie zdając sobie sprawy z nadchodzącego niebezpieczeństwa. Przeszył go dreszcz przerażenia, gdy zdał sobie sprawę, co to oznaczało dla ludzi zgromadzonych pod tym tarasem.
Zareagował instynktownie. Idiotyczna decyzja sprawiła, że szarpnął zarówno sobą, jak i obejmowaną Geraldine, spowalniając ruchy. Nie stanął w miejscu. Nie był tak głupi i nierozważny, ale zdecydowanie mocno pociągnął dziewczynę w tył. Sam nie do końca wiedział, dlaczego. Nie znał żadnej z tych osób, ale dzieci, Merlinie, dzieci. Dziewczynka i chłopiec trzymający się za rękę, wciskający drobne ciałka w nogi kobiety mogącej być zarówno ich siostrą, jak i matką. Młodej dziewczyny o spanikowanych oczach łani.
Wiedział, że nie powinni się zatrzymywać. To nie był moment na dbanie o cokolwiek poza tym, by wydostać się z tłumu ogarniętego coraz większą paniką. Zdziczali ludzie byli niebezpieczni. Dużo bardziej groźni niż pożar szalejący dookoła nich, bo w przeciwieństwie do ognia zachowywali się zupełnie nieprzewidywalnie. Gnani chęcią przetrwania za wszelką cenę, nie myśleli o niczym ani nikim innym.
W jednej chwili, dosłownie w ułamku sekundy uniósł rękę, drugą jeszcze mocniej przyciągając do siebie dziewczynę. Machnął w powietrzu, usiłując zwrócić na siebie uwagę kogokolwiek, kto stał w tamtym miejscu. Ludzie, którzy utknęli pod ścianą przy wejściu do sklepu zareagowali powoli, jakby nie mogli pojąć, co się dzieje.
Próbował. Podjął instynktowną próbę zapobiegnięcia temu, co miało się wydarzyć.
Tyle tylko, że kolejny raz był bezsilny w starciu z losem. Ponownie nie mógł sprzeciwić się śmierci, oszukać przeznaczenia. W oczach sił wyższych ta tragedia już się wydarzyła. Nie zmieniało tego ostatnie pół minuty. Ten rozdział został dawno napisany. Nie można było zapobiec tragedii, nawet jeśli w przeciągu tych kilkunastu żałośnie krótkich sekund wydawało mu się, że może zrobić cokolwiek.
Na Merlina, tam były dzieci...
Próbował ich ostrzec, gdyż wiedział, co za chwilę nastąpi. Ogień nie czekał na nikogo, nie miał litości. Teoretycznie wpatrywało się w niego co najmniej kilka par oczu. Tyle tylko, że wszystkie miały znany mu wyraz przerażonej sarny zastanej pośrodku lasu. Ich twarze były białe, powieki szeroko rozszerzone w osłupieniu. Nie wyglądało na to, by ktokolwiek tak naprawdę zwracał na niego uwagę.
Wydawało się, że czas zwolnił. Był wysoki, więc mógł (w całej makabrycznej szczegółowości mającej śnić mu się na długo później) dostrzec ich twarze zastygłe w wyrazie przerażenia. Ich ciała zatrzymane w bezruchu, wciśnięte w kamienne ściany, przytulone do drzwi i witryny sklepu. Zamarli, jakby czas się zatrzymał. Ich umysły nie mogły pojąć grozy sytuacji.
- Uciekajcie! Taras się zapada! - krzyknął, machając jedną ręką, by przyciągnąć ich uwagę.
Jego donośny głos z pewnością przebił się przez hałas. Tym razem musiał. Huknął jak nigdy wcześniej. Prawdopodobnie nigdy później nie miał już tego powtórzyć. Ale tak jak ludzie wokół, tamci też zdawali się być zbyt zaaferowani, za bardzo pochłonięci paniką, by go usłyszeć. Czy raczej może: zrozumieć.
Powietrze stawało się coraz gęstsze a dźwięk płomieni trawiących drewno przypominał przeraźliwy krzyk. Świszczący pisk wypełnił mu uszy. Dźwięk pękających desek wypełnił jego uszy. Brzmiał jak zwiastun nadchodzącej katastrofy. Kataklizm ogarnął Londyn, teraz miał zebrać pierwsze żniwo.
Zaledwie ułamek sekundy później dostrzegł jak pierwsze strzępy ognia zaczynają opadać w kierunku ludzi, którzy wciąż pozostawali w bezruchu. Fragmenty nadpalonych desek zaczęły opadać w dół. Deszcz ognistych iskier spadał z nieba. Dźwięk trzeszczenia drewna stawał się coraz głośniejszy.
Jak w zwolnionym tempie dostrzegł jak wsporniki tarasu zaczynają się łamać. Kobieta o oczach sarny zamrugała unosząc wzrok. Na jej twarzy pojawił się zadziwiający spokój. Wiedziała. Nie było nic, co mogłaby zrobić.
Cisza na moment ogarnęła ulicę. Tylko po to, by wkrótce zostać przerwaną potężnym hukiem, gdy drewniana konstrukcja poszła w gruzy, zapadając się w dół. Wprost na stojących pod nią ludzi. Runęła tak gwałtownie, że nie było szans, by ktokolwiek zdążył odskoczyć.
Z tarasu spadł ogromny kawałek płonącego drewna, rozbijając się o bruk tuż obok Ambroisa. Ziemia zatrzęsła się pod jego stopami, gorące powietrze uderzyło go w twarz, uszy wypełniły huk i krzyk dochodzący zewsząd tylko nie stamtąd. Spod drewnianej konstrukcji nie wydostał się żaden dźwięk.
Nie było szans, by ktokolwiek przeżył uderzenie. Był medykiem, uzdrowicielem. Swego czasu współpracował z pogotowiem magicznym interweniującym po klęskach. Zdawał sobie sprawę, że nie mogli nic zrobić dla tych ludzi. Było za późno.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - świadomość dotycząca wpływu wdychania pyłu na zdrowie i możliwe długoterminowe skutki + wiedza odnośnie bezcelowości ratowania przygniecionych ludzi.
Korzystam z zawady Gigant (I) - zbyt wyraźnie i szczegółowo wszystko widzę, nic nie zasłania mi makabrycznych widoków. Widzę sporo i mam świadomość, że nic nie mogę zrobić.
Pożar trawił miasto z niespotykaną prędkością, jakby co chwilę wybuchał w zupełnie nowym miejscu. Ogień rozprzestrzeniał się z niepohamowaną siłą, jak gdyby miał własną wolę. Coraz gwałtowniej szalał dookoła nich, zabierając ze sobą wszystko, co napotkał. Stosunkowo szeroka, lecz wciąż za ciasna Aleja Horyzontalna stawała się śmiertelną pułapką.
Duszący dum przysłaniał kolejne budynki, podczas gdy ogień zajmował je jeden po drugim. Silny wiatr wyłącznie ułatwiał mu rozprzestrzenianie się pomiędzy ciasno upchniętymi kamienicami. Pył w dalszym ciągu sypał się z nieba. Sprawiał, że jasne włosy Geraldine szarzały a na jej ramionach pojawiały się kolejne płatki makabrycznych kwiatów.
Zamrugał, gdy wspomniała o Fabianie. W jego głowie pojawiły się strzępki informacji. Kilka słów wymienionych z Corneliusem podczas, gdy stali w korytarzu w mieszkaniu Lestrange'a. Usiłował przywołać tamten moment. Dyskusję o wyjeździe, o weekendzie za miastem. To miał być ten tydzień? Być może? Prawdopodobnie?
- Tak - wyartykułował wreszcie, nie mogąc dodać dwa do dwóch, bo hałas i chaos zbyt mocno mieszały mu w głowie.
Próbował być spokojny, nie dać się ponieść panice, nie płynąć z tłumem. Już raz przeżyli starcie z mrowiem uciekających ludzi. Tyle tylko, że wtedy nie było tak źle.
Ich ciała w dalszym ciągu przeciskały się przez tłum, który w panice starał się uciekać w różnych kierunkach. Skupiając się na poszukiwaniu drogi w kierunku domu. Instynktownie obierali drogę w kierunku mieszkania, w którym pewnie nadal znajdował się Astaroth. Jeżeli spał pod wpływem eliksirów, co było zatrważająco prawdopodobne, mógł nawet nie zdawać sobie sprawy z piekła, jakie ogarniało Londyn.
Zaniósł się kaszlem.
- Szalik - nie mógł pozwolić na to, by wdychała kolejne fale popiołu, jakie niósł ze sobą gorący wiatr.
Wiedział, że to mogło być równie zabójcze, co ogień i spanikowany tłum. Szczególnie, że nie znali źródła pochodzenia pyłu. Częściowo wynikał z pożarów trawiących budynki, ale zdawało mu się także, że w pewnym sensie sypał się także wprost z nieba.
Nie mógł powtórzyć tego, co zrobił wcześniej. Trzymał ręce na talii dziewczyny, przyciągając ją do siebie. Robiąc wszystko, byleby tylko nie rozdzielił ich spanikowany tłum. Wciskał ją w siebie tak mocno, że niemal bolały go od tego palce. Sztywniejące mu już zaledwie po kilku minutach zatrważająco powolnego przeciskania się przez coraz gęstsze mrowie ludzi. A przecież świadomie unikali największych skupisk, wykorzystując to, że oboje mogli patrzeć praktycznie nad głowami tłumu.
Liczył na to, że jego dziewczyna zrozumie sugestię, bowiem nawet stojąc tak blisko niej, że praktycznie mógł mówić Rinie wprost do ucha, ciężko mu było odpowiednio modulować głos. Miał wrażenie, że wszystkie jego słowa były zbyt ciche. Nieważne jak bardzo unosił głos. Chaos wciąż był głośniejszy.
Jeszcze dzisiejszego poranka zwracał Geraldine uwagę dokładnie na to samo. Tyle tylko, że wtedy miał na myśli przeraźliwie lodowaty wiatr, przez który mogła się przeziębić. Nie coś wręcz karykaturalnie przeciwnego. Nie przejmujące gorąco, nie płomienie tańczące coraz wyżej na dachach i ścianach pobliskich balkonów. Czerwono-złote języki liżące drewniane ramy okienne, pochłaniające balustrady balkonów, które zaczynały zapadać się z trzaskiem. Część pobliskich konstrukcji opierała się wyłącznie na grubych palach. Teraz także z sekundy na sekundę coraz bardziej trawionych przez ogień.
Końcówki jego eleganckiego szala zwisały luźno wzdłuż brzegów ciała Greengrassa. Wystarczyło, aby Yaxleyówna sięgnęła ręką ku jednej z nich, zsuwając mu go z szyi i wiążąc go sobie wokół twarzy. Zupełnie tak jak zrobiła to wtedy w Snowdonii. On mógł powtórzyć swój manewr z kołnierzem golfu. To miało mu wystarczyć, by nie wdychał aż tak dużych ilości pyłu. Tyle tylko, że nie chciał tracić cennych sekund. Wpierw musieli wydostać się z epicentrum paniki.
Z determinacją popychał Geraldine przed sobą, częściowo ulegając przy tym także jej własnym ruchom. Poniekąd pchał ją do przodu, poniekąd sam dawał się ciągnąć. Najważniejsze, że wspólnie całkiem skutecznie brnęli do przodu, starając się wybrać najlepszą drogę w gąszczu panikujących ludzi.
W pewnym momencie jego wzrok padł na pobliski sklep. Konkretniej na drewniany taras, który zdawał się trzymać w powietrzu tylko dzięki ostatnim resztkom konstrukcji. Słupy podtrzymujące długi balkon w górze były już niemal całkowicie przepalone, jednak nie od dołu. Nie w miejscu, który mógłby być widoczny na pierwszy rzut oka. Nie dla kogoś, kto stałby centralnie przy nich. Ogień trawił je od góry. Konstrukcja jeszcze się nie chwiała, ale była to wyłącznie kwestia czasu. Kilkudziesięciu sekund? Może minuty z kawałkiem?
Przeniósł wzrok na ludzi, którzy stali w bezruchu pod ścianą wejścia do sklepu nie zdając sobie sprawy z nadchodzącego niebezpieczeństwa. Przeszył go dreszcz przerażenia, gdy zdał sobie sprawę, co to oznaczało dla ludzi zgromadzonych pod tym tarasem.
Zareagował instynktownie. Idiotyczna decyzja sprawiła, że szarpnął zarówno sobą, jak i obejmowaną Geraldine, spowalniając ruchy. Nie stanął w miejscu. Nie był tak głupi i nierozważny, ale zdecydowanie mocno pociągnął dziewczynę w tył. Sam nie do końca wiedział, dlaczego. Nie znał żadnej z tych osób, ale dzieci, Merlinie, dzieci. Dziewczynka i chłopiec trzymający się za rękę, wciskający drobne ciałka w nogi kobiety mogącej być zarówno ich siostrą, jak i matką. Młodej dziewczyny o spanikowanych oczach łani.
Wiedział, że nie powinni się zatrzymywać. To nie był moment na dbanie o cokolwiek poza tym, by wydostać się z tłumu ogarniętego coraz większą paniką. Zdziczali ludzie byli niebezpieczni. Dużo bardziej groźni niż pożar szalejący dookoła nich, bo w przeciwieństwie do ognia zachowywali się zupełnie nieprzewidywalnie. Gnani chęcią przetrwania za wszelką cenę, nie myśleli o niczym ani nikim innym.
W jednej chwili, dosłownie w ułamku sekundy uniósł rękę, drugą jeszcze mocniej przyciągając do siebie dziewczynę. Machnął w powietrzu, usiłując zwrócić na siebie uwagę kogokolwiek, kto stał w tamtym miejscu. Ludzie, którzy utknęli pod ścianą przy wejściu do sklepu zareagowali powoli, jakby nie mogli pojąć, co się dzieje.
Próbował. Podjął instynktowną próbę zapobiegnięcia temu, co miało się wydarzyć.
Tyle tylko, że kolejny raz był bezsilny w starciu z losem. Ponownie nie mógł sprzeciwić się śmierci, oszukać przeznaczenia. W oczach sił wyższych ta tragedia już się wydarzyła. Nie zmieniało tego ostatnie pół minuty. Ten rozdział został dawno napisany. Nie można było zapobiec tragedii, nawet jeśli w przeciągu tych kilkunastu żałośnie krótkich sekund wydawało mu się, że może zrobić cokolwiek.
Na Merlina, tam były dzieci...
Próbował ich ostrzec, gdyż wiedział, co za chwilę nastąpi. Ogień nie czekał na nikogo, nie miał litości. Teoretycznie wpatrywało się w niego co najmniej kilka par oczu. Tyle tylko, że wszystkie miały znany mu wyraz przerażonej sarny zastanej pośrodku lasu. Ich twarze były białe, powieki szeroko rozszerzone w osłupieniu. Nie wyglądało na to, by ktokolwiek tak naprawdę zwracał na niego uwagę.
Wydawało się, że czas zwolnił. Był wysoki, więc mógł (w całej makabrycznej szczegółowości mającej śnić mu się na długo później) dostrzec ich twarze zastygłe w wyrazie przerażenia. Ich ciała zatrzymane w bezruchu, wciśnięte w kamienne ściany, przytulone do drzwi i witryny sklepu. Zamarli, jakby czas się zatrzymał. Ich umysły nie mogły pojąć grozy sytuacji.
- Uciekajcie! Taras się zapada! - krzyknął, machając jedną ręką, by przyciągnąć ich uwagę.
Jego donośny głos z pewnością przebił się przez hałas. Tym razem musiał. Huknął jak nigdy wcześniej. Prawdopodobnie nigdy później nie miał już tego powtórzyć. Ale tak jak ludzie wokół, tamci też zdawali się być zbyt zaaferowani, za bardzo pochłonięci paniką, by go usłyszeć. Czy raczej może: zrozumieć.
Powietrze stawało się coraz gęstsze a dźwięk płomieni trawiących drewno przypominał przeraźliwy krzyk. Świszczący pisk wypełnił mu uszy. Dźwięk pękających desek wypełnił jego uszy. Brzmiał jak zwiastun nadchodzącej katastrofy. Kataklizm ogarnął Londyn, teraz miał zebrać pierwsze żniwo.
Zaledwie ułamek sekundy później dostrzegł jak pierwsze strzępy ognia zaczynają opadać w kierunku ludzi, którzy wciąż pozostawali w bezruchu. Fragmenty nadpalonych desek zaczęły opadać w dół. Deszcz ognistych iskier spadał z nieba. Dźwięk trzeszczenia drewna stawał się coraz głośniejszy.
Jak w zwolnionym tempie dostrzegł jak wsporniki tarasu zaczynają się łamać. Kobieta o oczach sarny zamrugała unosząc wzrok. Na jej twarzy pojawił się zadziwiający spokój. Wiedziała. Nie było nic, co mogłaby zrobić.
Cisza na moment ogarnęła ulicę. Tylko po to, by wkrótce zostać przerwaną potężnym hukiem, gdy drewniana konstrukcja poszła w gruzy, zapadając się w dół. Wprost na stojących pod nią ludzi. Runęła tak gwałtownie, że nie było szans, by ktokolwiek zdążył odskoczyć.
Z tarasu spadł ogromny kawałek płonącego drewna, rozbijając się o bruk tuż obok Ambroisa. Ziemia zatrzęsła się pod jego stopami, gorące powietrze uderzyło go w twarz, uszy wypełniły huk i krzyk dochodzący zewsząd tylko nie stamtąd. Spod drewnianej konstrukcji nie wydostał się żaden dźwięk.
Nie było szans, by ktokolwiek przeżył uderzenie. Był medykiem, uzdrowicielem. Swego czasu współpracował z pogotowiem magicznym interweniującym po klęskach. Zdawał sobie sprawę, że nie mogli nic zrobić dla tych ludzi. Było za późno.
Korzystam z przewagi Leczenie (III) - świadomość dotycząca wpływu wdychania pyłu na zdrowie i możliwe długoterminowe skutki + wiedza odnośnie bezcelowości ratowania przygniecionych ludzi.
Korzystam z zawady Gigant (I) - zbyt wyraźnie i szczegółowo wszystko widzę, nic nie zasłania mi makabrycznych widoków. Widzę sporo i mam świadomość, że nic nie mogę zrobić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down