24.03.2025, 00:23 ✶
| — Naprawdę? — dopytał z wyraźnym zdziwieniem w głosie. Naprawdę niczego nie zauważył aż do momentu konfrontacji w barze? Musiało być z nim coraz gorzej; może najwyższa pora udać się do jakiegoś okulisty? Albo wypróbować jedną z fikuśnych świeczek, które od ponad roku kurzyły się na szafce? — Szczerze? Nie takiej odpowiedzi oczekiwałem. Jestem zaskoczony i trochę zaniepokojony. Może bardziej niż trochę. Zmrużył oczy, taksując przyjaciela od stóp do głów. Może i na zewnątrz kręciła się masa ludzi, ale czy naprawdę byłby w stanie nie zauważyć takiego giganta? Gdyby się faktycznie skupił, to zapewne byłby nawet w stanie rozpoznać go po krokach; oto co robiło z ludźmi zamknięcie w jednym dormitorium na siedem lat na dość małej powierzchni. — Co sądzę? — powtórzył po Romulusie, zbierając myśli do kupy. Po chwili kontynuował z nieznośną wręcz powagą w głosie: — Że jeśli zdiagnozowałeś u mnie jakąś chorobę psychiczną, to wypadałoby, żebym się o tym dowiedzieć, zanim twoja książka trafia na półki w księgarniach. Chyba że zamierzasz mnie policzyć dwukrotnie: za kupno książki, żeby poznać wyniki i za ich interpretację na prywatnej wizycie w Lecznicy Dusz. — Westchnął przeciągle. — A potrzebowałbym przecież jeszcze drugiej opinii stricte z Lecznicy Dusz. A potem takiej od niezależnego eksperta niezwiązanego z tą instytucją, żeby upewnić się, że nikt nie majstrował przy wynikach. A jeśli któryś rozdział opowiada o przebiegu mojego wychowania i rodzinnym domu, to radziłbym świętować premierę w jakimś tajnym, odizolowanym zakątku świata, pomyślał Eliasz, kontynuując swój wywód w prywatnych meandrach swojego umysłu. Miał przedziwne wrażenie, że jego matka mogłaby bardzo źle odebrać nawet minimalne przytyki co do warunków i wychowania panującego w domu Bletchleyów. To w końcu zaliczało się do magicznego środowiska, prawda? Nie było bardziej magicznego środowiska w kontekście wychowywania dzieci niż centrum magicznego Londynu. — To coś zupełnie innego. Inni ludzie. Inne czasy. A teraz? — prychnął pod nosem, przesuwając wzrokiem po domorosłych czarownicach i czarodziejach. — Teraz nie ma czasów. Jesteśmy najbardziej unikalnym i przy tym najbardziej niezależnym pokoleniem. Jesteśmy edycją limitowaną. A oni? Podejrzewam, że nie idzie tam znaleźć ewenement pokroju mojej siostry z czasów szkolnych, a to już coś znaczy. Jeszcze nie wiedział dokładnie co, ale coś na pewno. I po prostu nie mogło to świadczyć dobrze o tych nowych rocznikach! Niestety Bletchley nie miał szansy zbytnio rozwinąć tej myśli i wygłosić tyrady na temat tego, jak to kiedyś było, a teraz to już nie jest, bo tuż przy jego uchu rozbrzmiały słowa klucze: hazard i założę się. Momentalnie się wyprostował, jakby mieli przystąpić do podpisania jakiejś znamiennej w skutkach umowy. — Ja nigdy nie odmawiam, kiedy w grę wchodzi poważny zakład — odparł Elias już na etapie, gdy na dłoni przyjaciela pojawiła się dopiero druga złota moneta. — Jeszcze jakieś dodatkowe instrukcje? Tylko nie każ mi jej do nas przyprowadzać. Albo jej koleżanek. Interwencja Brygady Uderzeniowej lub ich rodziców raczej nie jest tego warta. |