24.03.2025, 03:15 ✶
Wystarczyło kilka minut, żeby powietrze było całkowicie przesiąknięte zapachem dymu i spalenizny. Gryzące chmury szczypały w oczy. Utrudniały oddychanie, wypełniając płuca i sprawiając, że Ambroise co chwilę zanosił się coraz to głośniejszym kaszlem. Powinien nasunąć golf na usta i nos, ale był zbyt mocno pochłonięty parciem do przodu, żeby to zrobić.
Poza tym nie chciał ani na moment puścić Geraldine. Podświadomie obawiał się, że gdy to zrobi, straci ją w tłumie. Ludzie panikowali. Krzyczeli, zanosili się spazmatycznym płaczem, biegnąc na oślep, wpadając na siebie nawzajem i na elementy architektoniczne. Obijali się o słupy oświetleniowe, potykali się o krawężniki, wpadali na ławki. Kobiety w butach na obcasach wywracały się na bruku. Tego wieczoru miało zostać skręcone naprawdę wiele kostek.
Tyle tylko, że było to najłagodniejsze, co mogło się stać. To była zaledwie kwestia czasu jak mrowie ludzi miało zacząć tratować się nawzajem. Już teraz mało kto patrzył pod nogi.
Poza tym ulica była zasnuta gęstym dymem, który niemalże pełzał pod nogami przerażonego tłumu, spowijając wszystko gęstą, duszącą mgłą.
Jego palce samoistnie mocno zaciskały się na talii ukochanej. Miała twarde, wyrzeźbione mięśnie, lecz mimo to czuł miękkość ciała pod opuszkami zapadającymi się w skórę Yaxleyówny. Prawdopodobnie miał pozostawić siniaki pod żebrami dziewczyny. To było wręcz bardziej niż pewne, ale Roise w tej chwili nie myślał o bólu, jaki jej sprawiał. Tym bardziej, że ani razu nie syknęła, nie dając mu do zrozumienia, że używał wobec niej zbyt wiele siły.
Choć może? Może to zrobiła? Pośród krzyków i szumu ognia, wśród kolejnych huków i trzasków nie dało się zbyt wiele usłyszeć. Zresztą żadne z nich nie miało czasu na to, aby nasłuchiwać czy nawet rozmawiać o tym, co zamierzali zrobić. Ich komunikacja została ograniczona do minimum.
W tym momencie jak niemalże nigdy odczuwał coś na kształt pokrętnej ulgi. Nigdy nie posługiwali się wobec siebie zbyt wieloma słowami. Zazwyczaj stawiali na gesty a te były obecnie bardzo jednoznaczne. Dążyli do tego, żeby wydostać się z epicentrum chaosu. Nie mieli pojęcia, co zastanie ich dalej, ale w tym momencie cel był jasny.
Parli do przodu, próbując nie poddać się spanikowanemu mrowiu czarodziejów i czarownic. Po części także własnej panice, choć Ambroise w tym momencie był jeszcze całkiem spokojny. Przynajmniej jak na to, co działo się dookoła nich. Zachowywał zimną krew, usiłując myśleć analitycznie, zdroworozsądkowo. Być może trochę nazbyt egoistycznie, ale w tym momencie liczyła się dla niego wyłącznie Rina.
Liczył się Fabian i Astaroth. Reszta grupy, którą też musieli odnaleźć w pewnym punkcie tego wieczoru. Nie było mowy, by pozostawił ich na pastwę losu. Tyle tylko, że przedtem musiał dostać się do kamienicy. Wpierw jednej, później drugiej. Potrzebował działać, nie snuć teoretyczne rozważania.
Tym bardziej, że to, co dostrzegał wokół siebie nie napawało go niczym więcej jak tylko świadomością, że piekło dopiero się zaczęło. Otoczenie im nie sprzyjało. W mroku wrześniowego zmierzchu Londyn zyskał nową przerażającą twarz. Z nieba spadały liście, ale nie były to zwykłe liście. Te, które od zawsze spadały na ziemię w tym czasie roku. Nie były to zwiastuny złotej pory roku. Teraz stanowiły idealną pożywkę dla płomieni.
Wątłe, podsuszone ministralne nasadzenia rosnące w przypadkowych miejscach przy ławkach wzdłuż ulicy. Zaledwie roczne nasadzenia z korzeniami ograniczonymi do małych doniczek wkopanych w ziemię. Malutkie, skurczone drzewka nie mogły przetrwać tego żaru. Nie miały w sobie wystarczająco dużo soku, by wytrzymać wzrastającą temperaturę i nie spłonąć. Były jedynie pożywką dla rosnącego żywiołu. Ich mizerne korzonki nie miały szans utrzymać ich przy życiu ani nawet w ziemi. Nie, gdy jednocześnie co rusz wpadali na nie ludzie. Wypalona gleba i smród topiącego się plastiku wokół nich świadczyły o ich nieprzygotowaniu do walki z ogniem.
Ich listowie, które jeszcze tak niedawno mieniło się w słońcu czerwienią i złotem, teraz były jedynie narzędziami niszczycielskiej siły ognia. O ironio, nadal przybierając dokładnie te same barwy, co przedtem. Tyle tylko, że w tym momencie przyczyniając się do rozprzestrzeniania ognia. Podpalenia firan w uchylonych oknach albo parasoli w ogródku piwnym.
W miarę jak wiatr wiał mocniej i mocniej, wzmagając się wraz z upływem czasu, płonące liście z pobliskich drzew krążyły wokół niczym małe płomienne tornada przeskakujące z miejsca w miejsce. Wirowały w powietrzu przyczyniając się do roznoszenia pożaru, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieokiełznany.
Wiatr porywał płonące liście, które wirując lądowały na otwartym balkonie pierwszego piętra pobliskiej kamienicy. Mimowolnie wstrzymał oddech, gdy zobaczył jak kilka z nich w końcu uderzyło o firanę a ta niemal momentalnie zaczęła się żarzyć. Kilka sekund później cała otem zajęła ogniem, rozprzestrzeniając płomienie w górę w stronę sufitu. W tym samym momencie do jego uszu dotarły krzyki przerażenia dobiegające z wnętrza mieszkania.
Mocniej złapał Geraldine, niemal nie rejestrując tego, że posłuchała jego słów o szalu. Zamiast tego skupił się na przesuwaniu ich do przodu, jednocześnie gdzieś tam w głębi duszy zdając sobie sprawę z tego, że w tym wszystkim i tak byli szczęściarzami. Być może na to nie wyglądało. Być może wcale się tak nie czuł, ale byli razem.
To nie znaczyło, że mniej się o nią obawiał, ale gdy przyciskał Rinę do siebie, czując jej ciało pod swoimi dłońmi, mimo wszystko miał pewność, że była tuż obok niego. W innym wypadku niechybnie miotałby się teraz, usiłując znaleźć ją w tłumie, bo nie chciał być osobno. Nie teraz, nie nigdy. W tym momencie uświadamiał to sobie na płaszczyznach, o których nawet nie wiedział, że istnieją.
A to był zaledwie początek.
Najgorsze było dopiero przed nimi. Ten widok, walący się taras. Konstrukcja, która nie wytrzymała, pękając i osuwając się na ludzi stojących pod nią. Tych, którzy próbowali się pod nią schronić. Zamarli zamiast schować się w sklepie lub wybiec dalej na ulicę. Zrobić cokolwiek. On zrobił cokolwiek, prawda?
Tyle tylko, że nic to nie dało.
Dwoje małych dzieci. Chłopiec i dziewczynka.
W wieku, w którym mogłyby być jego własnymi, gdyby tylko z Geraldine nie zwlekali tak mocno z podjęciem decyzji o powiększeniu rodziny. Wtedy w sześćdziesiątym dziewiątym, może nawet wcześniej. Ale może to i lepiej? To nie była rzeczywistość, w której można było myśleć o szczęśliwym domu.
Sarnie oczy ich siostry czy matki. Nie panikowała. Może nie do końca zrozumiała sytuację? Sposób, w jaki spojrzała w górę a ogień odbił się w jej jasnych tęczówkach. Pogodziła się z tym faktem. Kilkanaście sekund później zniknęła. Bez krzyku, bez wrzasku. Głośny huk, snop iskier wzbijających się w powietrze. Wibracje pod stopami. Fala uderzeniowa. Fragmenty drewnianej podłogi odbijające się od ziemi. Cisza wibrująca w uszach. Potem jeszcze więcej paniki. Więcej krzyku.
Bardzo gwałtownie potrząsnął głową usiłując odgonić od siebie te wszystkie myśli, które w tym momencie zaczęły podstępnie wkradać mu się do głowy. Nie mógł im na to pozwolić. Nawet jeśli nie potrafił całkowicie sobie z nimi poradzić, musiał, naprawdę musiał ruszyć dalej. Aż za dobrze wiedział, co oznaczałoby dla nich zostanie w jednym miejscu choćby kilka sekund dłużej.
Nie mogłeś im pomóc.
A próbował. Naprawdę próbował to zrobić. Usiłował zachować się właściwie. Zareagować. Ocalić coś więcej niż swoją własną dupę, szczególnie w momencie, w którym jego oczy napotkały tamtą parkę. Usiłował coś zrobić, tyle tylko, że na nic się to nie zdało.
Jasne. Był zbyt daleko, żeby móc fizycznie zainterweniować. Znajdowali się na tyle blisko, by mogli widzieć każdy makabryczny szczegół tej sytuacji, jednak na tyle daleko, żeby nie być w stanie zrobić nic więcej niż uczynili. Teoretycznie zdawał sobie z tego sprawę. Nie był też idiotą. Wiedział, że w tej sytuacji nie dało się postąpić właściwie.
Tu liczyło się ich własne życie. Ich przetrwanie. Tu nie było miejsca na bezsensowny heroizm. Zresztą przecież zawsze zarzekał się, że nie jest kimś takim. Postępował racjonalnie a logicznie patrząc: nie było najmniejszych szans na powodzenie. Najprędzej zostaliby rozdzieleni przez spanikowany tłum. Poniesieni każde w inną stronę.
Gdyby tylko spróbował ruszyć w tamtym kierunku, straciłby znacznie więcej niż kilkadziesiąt sekund, przez które mogli zdążyć uciec przed żywiołem. Straciłby Geraldine. Prawdopodobnie straciłby własne życie, pogrzebany przez płonące szczątki tarasu. Być może nie mając przy tym na tyle szczęścia, aby umrzeć szybko. Możliwe, że jeszcze przez kilka zatrważająco długich chwil mając świadomość tego, co się dziele.
Pogrzebany żywcem pod stertą drzewna i stali. Pośród zgniecionych ciał, mięsa i krwi. Wśród zwłok albo innych osób także wydających z siebie ostatnie agonalne tchnienia. Mógłby być przytomny na tyle długo, żeby poczuć jak jego skóra płonie, topi się pod wpływem żaru, gotuje się, wędzi w dymie i w płomieniach.
Dopiero wtedy nadeszłaby śmierć. Dla ludzi z zewnątrz takich jak on i Rina teraz to byłyby zaledwie sekundy. Może minuta, być może dwie, nie dłużej. Dla ofiar pożaru to musiały być wieki. Czas musiał spowolnić, zatrzymując się na moment, aby dopiero wtedy ponownie przyspieszyć.
Nie mogłeś im pomóc.
Jemu też nikt nie mógłby pomóc. W tym momencie nie liczyło się już nic, co dałoby się uczynić. Dobre intencje nie miały znaczenia. Ani siła fizyczna, ani refleks, ani wszystkie posiadane umiejętności. Był uzdrowicielem. Człowiekiem mającym doświadczenie w chwilach kryzysu. Osobą, która powinna radzić sobie w chwilach, w których inni pogrążali się w panice.
Zazwyczaj tak było. Nie raził go widok krwi, mięsa, otwartych ran. Kości, żywej spieczonej tkanki. Eliksiralnych poparzeń. Potrafił radzić sobie jako członek pogotowia magicznego po tamtych pierwszych atakach Śmierciożerców, ale też dużo wcześniej. Był dużo bardziej odporny na działanie stresu i czynników zewnętrznych. Prowadził rozmowy dotyczące śmierci. Znosił ją praktycznie na co dzień.
Uważał się za kogoś umiejącego zapanować nad własnymi emocjami. Wyłączyć je na tak długo, żeby zacząć panować nad sytuacją. Tyle tylko, że nie dało się mieć kontroli nad tym, co działo się w tym momencie. Tu i teraz czuł się nie tylko bezsilny. Ogarnęło go coś zupełnie innego. Nie była to do końca panika, ale zgliszcza tego tarasu...
...dym sunący mu wzdłuż kostek, oplatający kolana, wdzierający się do ust, nosa i oczu. Brzęczenie w uszach po huku, z jakim rozpadła się drewniana konstrukcja. Prawie nie cofnął się przed odbitym kawałkiem płonącego drewna. Niemalże potknął się przy tym o własne nogi. Czuł łomotanie serca, gorąco i zimno ogarniające ciało.
Nie zauważył, że przestał przesuwać się do przodu i zamiast tego stał w miejscu. Bezsilny. Obserwując jak jego miasto, jego Londyn, spala się na jego oczach. Dźwięki płonących resztek tarasu przypominały mu o zbliżającym się końcu. O tym, że wszystko, co znane może zniknąć w mgnieniu oka. Jak te wątłe liście porwane przez wiatr, które niosły ze sobą nieuchronne zniszczenie.
A potem poczuł gwałtowne szarpnięcie do przodu...
Nie mogłeś im pomóc.
Mimo chaosu, kakofonii dźwięków, krzyków, płaczu i paniki. Jęków, męczarni, śmierci. Jakimś cudem dosłyszał tę wypowiedź. W dalszym ciągu brzmiała mu w uszach, gdy znów gwałtownie potrząsnął głową. To nie było jego pierwsze zetknięcie z kataklizmem. Może nigdy wcześniej nie znalazł się w centrum pożaru, jednak w gruncie rzeczy nie różniło się to od innych katastrof.
Schematy były dokładnie te same. On usiłował je w sobie przywrócić. Odgonić te wszystkie zbędne reakcje, przywracając choć na tyle trzeźwości umysłu, żeby nie czekać dłużej. Ruszyć przed siebie, znowu mocniej obejmując Geraldine. Tylko ona się teraz liczyła. Ona. I ta reszta, do której zmierzali, próbując przecisnąć się przez gęstniejący tłum.
- Bokiem - jego własny głos brzmiał dla niego niczym płynący z cudzych ust albo zza szumiącej wodnej kurtyny; mimo to był zadziwiająco głośny i na tyle zrozumiały, na ile tylko mógł być.
Horyzontalna przecinała Nokturn. Nokturn nawet w takich sytuacjach nie był miejscem, które instynktownie wybierał spanikowany tłum. Mrowie ludzi dążyło do ucieczki przez Pokątną. Oni mogli skorzystać z mniej zaludnionej, choć w dalszym ciągu przepełnionej drogi pomiędzy budynkami. Na chwilę zboczyć z obranego kursu. Tylko po to, żeby w praktyce skrócić sobie drogę.
Nie pytał, czy wiedziała, o co mu chodzi. W tym momencie na powrót narzucał ścieżkę, mocniej ciągnąc ją za rękaw w momencie, w którym powinni odbić na ukos przez tłum ludzi.
W dalszym ciągu korzystam z przewagi Leczenie (III) - ocena sytuacji, opis poprzednich doświadczeń medycznych, zachowania w obliczu kryzysu zdrowia i życia.
Korzystam ze statystyki + przewagi: WoP (IV) + Zielarstwo (III) - oceniam ułomne nasadzenia płonących drzewek w donicach, ich wytrzymałość w spotkaniu z ogniem, płonące liście wzniecające więcej ognia. Wpływ wiatru na szybkość i intensywność rozwoju pożaru.
Korzystam z przewagi Znajomość półświatka (II) - przy okazji bytowania w tym gronie, znam mniej uczęszczane skróty, próbuję się przez nie przebić, umknąć na chwilę głównemu tłumowi, potem wrócić na drogę.
Korzystam ze statystyki AF (III) - kondycja, przeciskanie się, parcie przez tłum. Przy okazji trochę zbyt mocno trzymam towarzyszkę, zostawiam jej siniaki, nie zwracam na to uwagi.
W dalszym ciągu korzystam z zawady Gigant (I) - sytuacja się nie zmienia. Widzę za dużo, jestem też bardziej narażony na lecące przedmioty etc.
Korzystam z zawady Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem - na moich oczach na grupę ludzi (w tym dzieci z matką) zawaliła się konstrukcja drewnianego tarasu, zostali pogrzebani przez płonące szczątki.
Poza tym nie chciał ani na moment puścić Geraldine. Podświadomie obawiał się, że gdy to zrobi, straci ją w tłumie. Ludzie panikowali. Krzyczeli, zanosili się spazmatycznym płaczem, biegnąc na oślep, wpadając na siebie nawzajem i na elementy architektoniczne. Obijali się o słupy oświetleniowe, potykali się o krawężniki, wpadali na ławki. Kobiety w butach na obcasach wywracały się na bruku. Tego wieczoru miało zostać skręcone naprawdę wiele kostek.
Tyle tylko, że było to najłagodniejsze, co mogło się stać. To była zaledwie kwestia czasu jak mrowie ludzi miało zacząć tratować się nawzajem. Już teraz mało kto patrzył pod nogi.
Poza tym ulica była zasnuta gęstym dymem, który niemalże pełzał pod nogami przerażonego tłumu, spowijając wszystko gęstą, duszącą mgłą.
Jego palce samoistnie mocno zaciskały się na talii ukochanej. Miała twarde, wyrzeźbione mięśnie, lecz mimo to czuł miękkość ciała pod opuszkami zapadającymi się w skórę Yaxleyówny. Prawdopodobnie miał pozostawić siniaki pod żebrami dziewczyny. To było wręcz bardziej niż pewne, ale Roise w tej chwili nie myślał o bólu, jaki jej sprawiał. Tym bardziej, że ani razu nie syknęła, nie dając mu do zrozumienia, że używał wobec niej zbyt wiele siły.
Choć może? Może to zrobiła? Pośród krzyków i szumu ognia, wśród kolejnych huków i trzasków nie dało się zbyt wiele usłyszeć. Zresztą żadne z nich nie miało czasu na to, aby nasłuchiwać czy nawet rozmawiać o tym, co zamierzali zrobić. Ich komunikacja została ograniczona do minimum.
W tym momencie jak niemalże nigdy odczuwał coś na kształt pokrętnej ulgi. Nigdy nie posługiwali się wobec siebie zbyt wieloma słowami. Zazwyczaj stawiali na gesty a te były obecnie bardzo jednoznaczne. Dążyli do tego, żeby wydostać się z epicentrum chaosu. Nie mieli pojęcia, co zastanie ich dalej, ale w tym momencie cel był jasny.
Parli do przodu, próbując nie poddać się spanikowanemu mrowiu czarodziejów i czarownic. Po części także własnej panice, choć Ambroise w tym momencie był jeszcze całkiem spokojny. Przynajmniej jak na to, co działo się dookoła nich. Zachowywał zimną krew, usiłując myśleć analitycznie, zdroworozsądkowo. Być może trochę nazbyt egoistycznie, ale w tym momencie liczyła się dla niego wyłącznie Rina.
Liczył się Fabian i Astaroth. Reszta grupy, którą też musieli odnaleźć w pewnym punkcie tego wieczoru. Nie było mowy, by pozostawił ich na pastwę losu. Tyle tylko, że przedtem musiał dostać się do kamienicy. Wpierw jednej, później drugiej. Potrzebował działać, nie snuć teoretyczne rozważania.
Tym bardziej, że to, co dostrzegał wokół siebie nie napawało go niczym więcej jak tylko świadomością, że piekło dopiero się zaczęło. Otoczenie im nie sprzyjało. W mroku wrześniowego zmierzchu Londyn zyskał nową przerażającą twarz. Z nieba spadały liście, ale nie były to zwykłe liście. Te, które od zawsze spadały na ziemię w tym czasie roku. Nie były to zwiastuny złotej pory roku. Teraz stanowiły idealną pożywkę dla płomieni.
Wątłe, podsuszone ministralne nasadzenia rosnące w przypadkowych miejscach przy ławkach wzdłuż ulicy. Zaledwie roczne nasadzenia z korzeniami ograniczonymi do małych doniczek wkopanych w ziemię. Malutkie, skurczone drzewka nie mogły przetrwać tego żaru. Nie miały w sobie wystarczająco dużo soku, by wytrzymać wzrastającą temperaturę i nie spłonąć. Były jedynie pożywką dla rosnącego żywiołu. Ich mizerne korzonki nie miały szans utrzymać ich przy życiu ani nawet w ziemi. Nie, gdy jednocześnie co rusz wpadali na nie ludzie. Wypalona gleba i smród topiącego się plastiku wokół nich świadczyły o ich nieprzygotowaniu do walki z ogniem.
Ich listowie, które jeszcze tak niedawno mieniło się w słońcu czerwienią i złotem, teraz były jedynie narzędziami niszczycielskiej siły ognia. O ironio, nadal przybierając dokładnie te same barwy, co przedtem. Tyle tylko, że w tym momencie przyczyniając się do rozprzestrzeniania ognia. Podpalenia firan w uchylonych oknach albo parasoli w ogródku piwnym.
W miarę jak wiatr wiał mocniej i mocniej, wzmagając się wraz z upływem czasu, płonące liście z pobliskich drzew krążyły wokół niczym małe płomienne tornada przeskakujące z miejsca w miejsce. Wirowały w powietrzu przyczyniając się do roznoszenia pożaru, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieokiełznany.
Wiatr porywał płonące liście, które wirując lądowały na otwartym balkonie pierwszego piętra pobliskiej kamienicy. Mimowolnie wstrzymał oddech, gdy zobaczył jak kilka z nich w końcu uderzyło o firanę a ta niemal momentalnie zaczęła się żarzyć. Kilka sekund później cała otem zajęła ogniem, rozprzestrzeniając płomienie w górę w stronę sufitu. W tym samym momencie do jego uszu dotarły krzyki przerażenia dobiegające z wnętrza mieszkania.
Mocniej złapał Geraldine, niemal nie rejestrując tego, że posłuchała jego słów o szalu. Zamiast tego skupił się na przesuwaniu ich do przodu, jednocześnie gdzieś tam w głębi duszy zdając sobie sprawę z tego, że w tym wszystkim i tak byli szczęściarzami. Być może na to nie wyglądało. Być może wcale się tak nie czuł, ale byli razem.
To nie znaczyło, że mniej się o nią obawiał, ale gdy przyciskał Rinę do siebie, czując jej ciało pod swoimi dłońmi, mimo wszystko miał pewność, że była tuż obok niego. W innym wypadku niechybnie miotałby się teraz, usiłując znaleźć ją w tłumie, bo nie chciał być osobno. Nie teraz, nie nigdy. W tym momencie uświadamiał to sobie na płaszczyznach, o których nawet nie wiedział, że istnieją.
A to był zaledwie początek.
Najgorsze było dopiero przed nimi. Ten widok, walący się taras. Konstrukcja, która nie wytrzymała, pękając i osuwając się na ludzi stojących pod nią. Tych, którzy próbowali się pod nią schronić. Zamarli zamiast schować się w sklepie lub wybiec dalej na ulicę. Zrobić cokolwiek. On zrobił cokolwiek, prawda?
Tyle tylko, że nic to nie dało.
Dwoje małych dzieci. Chłopiec i dziewczynka.
W wieku, w którym mogłyby być jego własnymi, gdyby tylko z Geraldine nie zwlekali tak mocno z podjęciem decyzji o powiększeniu rodziny. Wtedy w sześćdziesiątym dziewiątym, może nawet wcześniej. Ale może to i lepiej? To nie była rzeczywistość, w której można było myśleć o szczęśliwym domu.
Sarnie oczy ich siostry czy matki. Nie panikowała. Może nie do końca zrozumiała sytuację? Sposób, w jaki spojrzała w górę a ogień odbił się w jej jasnych tęczówkach. Pogodziła się z tym faktem. Kilkanaście sekund później zniknęła. Bez krzyku, bez wrzasku. Głośny huk, snop iskier wzbijających się w powietrze. Wibracje pod stopami. Fala uderzeniowa. Fragmenty drewnianej podłogi odbijające się od ziemi. Cisza wibrująca w uszach. Potem jeszcze więcej paniki. Więcej krzyku.
Bardzo gwałtownie potrząsnął głową usiłując odgonić od siebie te wszystkie myśli, które w tym momencie zaczęły podstępnie wkradać mu się do głowy. Nie mógł im na to pozwolić. Nawet jeśli nie potrafił całkowicie sobie z nimi poradzić, musiał, naprawdę musiał ruszyć dalej. Aż za dobrze wiedział, co oznaczałoby dla nich zostanie w jednym miejscu choćby kilka sekund dłużej.
Nie mogłeś im pomóc.
A próbował. Naprawdę próbował to zrobić. Usiłował zachować się właściwie. Zareagować. Ocalić coś więcej niż swoją własną dupę, szczególnie w momencie, w którym jego oczy napotkały tamtą parkę. Usiłował coś zrobić, tyle tylko, że na nic się to nie zdało.
Jasne. Był zbyt daleko, żeby móc fizycznie zainterweniować. Znajdowali się na tyle blisko, by mogli widzieć każdy makabryczny szczegół tej sytuacji, jednak na tyle daleko, żeby nie być w stanie zrobić nic więcej niż uczynili. Teoretycznie zdawał sobie z tego sprawę. Nie był też idiotą. Wiedział, że w tej sytuacji nie dało się postąpić właściwie.
Tu liczyło się ich własne życie. Ich przetrwanie. Tu nie było miejsca na bezsensowny heroizm. Zresztą przecież zawsze zarzekał się, że nie jest kimś takim. Postępował racjonalnie a logicznie patrząc: nie było najmniejszych szans na powodzenie. Najprędzej zostaliby rozdzieleni przez spanikowany tłum. Poniesieni każde w inną stronę.
Gdyby tylko spróbował ruszyć w tamtym kierunku, straciłby znacznie więcej niż kilkadziesiąt sekund, przez które mogli zdążyć uciec przed żywiołem. Straciłby Geraldine. Prawdopodobnie straciłby własne życie, pogrzebany przez płonące szczątki tarasu. Być może nie mając przy tym na tyle szczęścia, aby umrzeć szybko. Możliwe, że jeszcze przez kilka zatrważająco długich chwil mając świadomość tego, co się dziele.
Pogrzebany żywcem pod stertą drzewna i stali. Pośród zgniecionych ciał, mięsa i krwi. Wśród zwłok albo innych osób także wydających z siebie ostatnie agonalne tchnienia. Mógłby być przytomny na tyle długo, żeby poczuć jak jego skóra płonie, topi się pod wpływem żaru, gotuje się, wędzi w dymie i w płomieniach.
Dopiero wtedy nadeszłaby śmierć. Dla ludzi z zewnątrz takich jak on i Rina teraz to byłyby zaledwie sekundy. Może minuta, być może dwie, nie dłużej. Dla ofiar pożaru to musiały być wieki. Czas musiał spowolnić, zatrzymując się na moment, aby dopiero wtedy ponownie przyspieszyć.
Nie mogłeś im pomóc.
Jemu też nikt nie mógłby pomóc. W tym momencie nie liczyło się już nic, co dałoby się uczynić. Dobre intencje nie miały znaczenia. Ani siła fizyczna, ani refleks, ani wszystkie posiadane umiejętności. Był uzdrowicielem. Człowiekiem mającym doświadczenie w chwilach kryzysu. Osobą, która powinna radzić sobie w chwilach, w których inni pogrążali się w panice.
Zazwyczaj tak było. Nie raził go widok krwi, mięsa, otwartych ran. Kości, żywej spieczonej tkanki. Eliksiralnych poparzeń. Potrafił radzić sobie jako członek pogotowia magicznego po tamtych pierwszych atakach Śmierciożerców, ale też dużo wcześniej. Był dużo bardziej odporny na działanie stresu i czynników zewnętrznych. Prowadził rozmowy dotyczące śmierci. Znosił ją praktycznie na co dzień.
Uważał się za kogoś umiejącego zapanować nad własnymi emocjami. Wyłączyć je na tak długo, żeby zacząć panować nad sytuacją. Tyle tylko, że nie dało się mieć kontroli nad tym, co działo się w tym momencie. Tu i teraz czuł się nie tylko bezsilny. Ogarnęło go coś zupełnie innego. Nie była to do końca panika, ale zgliszcza tego tarasu...
...dym sunący mu wzdłuż kostek, oplatający kolana, wdzierający się do ust, nosa i oczu. Brzęczenie w uszach po huku, z jakim rozpadła się drewniana konstrukcja. Prawie nie cofnął się przed odbitym kawałkiem płonącego drewna. Niemalże potknął się przy tym o własne nogi. Czuł łomotanie serca, gorąco i zimno ogarniające ciało.
Nie zauważył, że przestał przesuwać się do przodu i zamiast tego stał w miejscu. Bezsilny. Obserwując jak jego miasto, jego Londyn, spala się na jego oczach. Dźwięki płonących resztek tarasu przypominały mu o zbliżającym się końcu. O tym, że wszystko, co znane może zniknąć w mgnieniu oka. Jak te wątłe liście porwane przez wiatr, które niosły ze sobą nieuchronne zniszczenie.
A potem poczuł gwałtowne szarpnięcie do przodu...
Nie mogłeś im pomóc.
Mimo chaosu, kakofonii dźwięków, krzyków, płaczu i paniki. Jęków, męczarni, śmierci. Jakimś cudem dosłyszał tę wypowiedź. W dalszym ciągu brzmiała mu w uszach, gdy znów gwałtownie potrząsnął głową. To nie było jego pierwsze zetknięcie z kataklizmem. Może nigdy wcześniej nie znalazł się w centrum pożaru, jednak w gruncie rzeczy nie różniło się to od innych katastrof.
Schematy były dokładnie te same. On usiłował je w sobie przywrócić. Odgonić te wszystkie zbędne reakcje, przywracając choć na tyle trzeźwości umysłu, żeby nie czekać dłużej. Ruszyć przed siebie, znowu mocniej obejmując Geraldine. Tylko ona się teraz liczyła. Ona. I ta reszta, do której zmierzali, próbując przecisnąć się przez gęstniejący tłum.
- Bokiem - jego własny głos brzmiał dla niego niczym płynący z cudzych ust albo zza szumiącej wodnej kurtyny; mimo to był zadziwiająco głośny i na tyle zrozumiały, na ile tylko mógł być.
Horyzontalna przecinała Nokturn. Nokturn nawet w takich sytuacjach nie był miejscem, które instynktownie wybierał spanikowany tłum. Mrowie ludzi dążyło do ucieczki przez Pokątną. Oni mogli skorzystać z mniej zaludnionej, choć w dalszym ciągu przepełnionej drogi pomiędzy budynkami. Na chwilę zboczyć z obranego kursu. Tylko po to, żeby w praktyce skrócić sobie drogę.
Nie pytał, czy wiedziała, o co mu chodzi. W tym momencie na powrót narzucał ścieżkę, mocniej ciągnąc ją za rękaw w momencie, w którym powinni odbić na ukos przez tłum ludzi.
W dalszym ciągu korzystam z przewagi Leczenie (III) - ocena sytuacji, opis poprzednich doświadczeń medycznych, zachowania w obliczu kryzysu zdrowia i życia.
Korzystam ze statystyki + przewagi: WoP (IV) + Zielarstwo (III) - oceniam ułomne nasadzenia płonących drzewek w donicach, ich wytrzymałość w spotkaniu z ogniem, płonące liście wzniecające więcej ognia. Wpływ wiatru na szybkość i intensywność rozwoju pożaru.
Korzystam z przewagi Znajomość półświatka (II) - przy okazji bytowania w tym gronie, znam mniej uczęszczane skróty, próbuję się przez nie przebić, umknąć na chwilę głównemu tłumowi, potem wrócić na drogę.
Korzystam ze statystyki AF (III) - kondycja, przeciskanie się, parcie przez tłum. Przy okazji trochę zbyt mocno trzymam towarzyszkę, zostawiam jej siniaki, nie zwracam na to uwagi.
W dalszym ciągu korzystam z zawady Gigant (I) - sytuacja się nie zmienia. Widzę za dużo, jestem też bardziej narażony na lecące przedmioty etc.
Korzystam z zawady Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem - na moich oczach na grupę ludzi (w tym dzieci z matką) zawaliła się konstrukcja drewnianego tarasu, zostali pogrzebani przez płonące szczątki.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down