24.03.2025, 18:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2025, 18:22 przez Alice Bletchley.)
Alice uśmiechnęła się promiennie na otrzymany od kolegi komplement.
— Coś tam wiem, choć trudno mnie nazwać ekspertką — odpowiedziała niby skromnie, z nutą dowcipu.
Właśnie to lubiła w takich spotkaniach w pracy. Jakąś spontaniczną życzliwość, która objawiała się w ludziach. To, że na chwilę stres odchodził na bok i dało się porozmawiać o drobnostkach. Nawet z Baldwina Malfoya, którego rodzinna reputacja była raczej onieśmielająca, można było wyciągnąć ten element bycia przysłowiową ciepłą kluchą. Było w tym coś prawdziwego. Alice uważała, że tożsamość człowieka konstytuuje się głównie w tym, co dobre, a nie co złe. Może była niepoprawną optymistką, ale sądziła, że to, co złe wynikało z cierpienia. Człowiek stawał się wtedy podatny na to, by łatwo wskazać odpowiedzialnego. To, co Baldwin opowiadał, właśnie było taką historią. Zrzucaniem na mugoli winy za wszelkie zło świata. Prawda była taka, że te animozje były reliktem dawnych czasów, które nowoczesność powinna wybaczyć.
— Interpretują to, co widzą, jak potrafią. Nie można ich winić za te próby poznania nas. Szczególnie, że zrobili z nas niemal coś fikcyjnego. — A może rzeczywiście tacy byli? Może ich świat nie był wcale prawdziwy, a ktoś wymyślił ich dla własnej rozrywki? Cóż za ekscytująca i niemożliwa do udowodnienia filozofia! — Wydaje mi się, że teraz ich reakcje na nas byłyby inne, gdyby się dowiedzieli, że istniejemy. Mamy przecież mnóstwo rodzin mugolskich, w których magiczne dzieci żyją otoczone opieką i miłością. Czasy się zmieniają, ludzie też. Myślę, że zresztą u nas, czarodziejów, jest podobnie.
— Coś tam wiem, choć trudno mnie nazwać ekspertką — odpowiedziała niby skromnie, z nutą dowcipu.
Właśnie to lubiła w takich spotkaniach w pracy. Jakąś spontaniczną życzliwość, która objawiała się w ludziach. To, że na chwilę stres odchodził na bok i dało się porozmawiać o drobnostkach. Nawet z Baldwina Malfoya, którego rodzinna reputacja była raczej onieśmielająca, można było wyciągnąć ten element bycia przysłowiową ciepłą kluchą. Było w tym coś prawdziwego. Alice uważała, że tożsamość człowieka konstytuuje się głównie w tym, co dobre, a nie co złe. Może była niepoprawną optymistką, ale sądziła, że to, co złe wynikało z cierpienia. Człowiek stawał się wtedy podatny na to, by łatwo wskazać odpowiedzialnego. To, co Baldwin opowiadał, właśnie było taką historią. Zrzucaniem na mugoli winy za wszelkie zło świata. Prawda była taka, że te animozje były reliktem dawnych czasów, które nowoczesność powinna wybaczyć.
— Interpretują to, co widzą, jak potrafią. Nie można ich winić za te próby poznania nas. Szczególnie, że zrobili z nas niemal coś fikcyjnego. — A może rzeczywiście tacy byli? Może ich świat nie był wcale prawdziwy, a ktoś wymyślił ich dla własnej rozrywki? Cóż za ekscytująca i niemożliwa do udowodnienia filozofia! — Wydaje mi się, że teraz ich reakcje na nas byłyby inne, gdyby się dowiedzieli, że istniejemy. Mamy przecież mnóstwo rodzin mugolskich, w których magiczne dzieci żyją otoczone opieką i miłością. Czasy się zmieniają, ludzie też. Myślę, że zresztą u nas, czarodziejów, jest podobnie.