25.03.2025, 00:59 ✶
Naprawdę nie zamierzał pozwalać sobie na zbyt długie postoje. Nie mogli stanąć w jednym miejscu. To oznaczałoby zwiększenie prawdopodobieństwa rychłego wpadnięcia w pułapkę żywiołu. Zetknięcia się z narastającą ścianą ognia albo czymś znacznie gorszym. Poza tym musieli dotrzeć do mieszkania.
Byli razem - to było dla niego najważniejsze. Nie wiedział, jakby postąpił, gdyby było inaczej. Nawet nie próbował o tym myśleć. Tym bardziej, że jeszcze poprzedniej nocy znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Byli na skraju rozstania. Możliwość, że teraz próbowałby ją znaleźć pośród tłumu...
...nie chciał snuć tych rozważań. Wystarczyło, że mieli o kogo się martwić. Wystarczyło, że sami w dalszym ciągu nie byli bezpieczni. To, że znaleźli się poza zasięgiem spanikowanego tłumu nic nie znaczyło. Wciąż musieli wrócić na Horyzontalną i przebić się przez mrowie ludzi. Każda minuta coraz bardziej rozmywała ich szanse.
A jednak potrzebował się zatrzymać. Nie był w stanie dłużej powstrzymywać kaszlu. Musiał naciągnąć golf na twarz. Potrzebował też skontrolować sytuację, zadać to jedno pytanie. Wymienić kilka słów.
- Jeśli cokolwiek - zaczął z niepokojem, urywając w połowie zdania i po prostu kręcąc głową.
Powiedziałaby mu, prawda? Oczywiście, że by mu powiedziała. A przynajmniej usiłował tak teraz myśleć, bo w rzeczywistości miał tę podskórną pewność, że chuja a nie by mu powiedziała. Na jego nieszczęście nie mógł teraz ocenić jej faktycznego stanu zdrowia.
W ciemnościach rozświetlanych wyłącznie przez łunę ognia, nie był w stanie dostrzec na tyle wiele, żeby upewnić się co do tego, że fizycznie nic jej nie jest. Psychicznie? Mało kto trzymałby się dobrze. Na mało kim nie wywarłoby to wrażenia.
Patrząc na podstawie poprzednich wspólnych doświadczeń, jego dziewczyna miała przeklętą tendencję do bagatelizowania swojego stanu. Nie mówienia o tym jak w istocie wygląda sytuacja. Ale musiał jej teraz zaufać. Nie mógł interweniować. Potrzebowali wpierw znaleźć się w bezpiecznym miejscu. O ile takie gdziekolwiek jeszcze istniało.
To musiał być wyłącznie Londyn. Może nawet nie cały. Pożar nie mógł pochłonąć wszystkiego. Wystarczyło, aby wydostali się za miasto.
- W porządku - kiwnął głową, powstrzymując kaszel, po czym ponownie otwierając usta, żeby odpowiedzieć na pytanie.
W pierwszej chwili odruchowo zamierzał postąpić tak jak robił to przez wiele miesięcy. Nie dawał po sobie poznać tego, co tkwiło głęboko w nim. Robił dobrą minę do złej gry. Zachowywał pokerową twarz. Poza tym jednym momentem tuż po sytuacji w Kniei oraz tamtą chwilą, gdy zupełnie rozsypał się na podłodze w ogarniętym mrokiem salonie w Piaskownicy, nie uzewnętrzniał się w żaden sposób.
Nawet tamtego lata w siedemdziesiątym pierwszym usiłował jak najszybciej wrócić do sprawiania wrażenia poukładanego. Nieważne, że miał wokół siebie naprawdę bliskich przyjaciół. Nie chciał, nie umiał, nie był w stanie znieść wizji przerzucania na nich swoich najbardziej żałosnych problemów. Tych, które nie dotyczyły bezpośredniego zagrożenia albo czegoś, przy czym można było zainterweniować.
Jego demony, jego widma były jego własnym ciężarem. Nie chciał przerzucać ich na kogokolwiek innego. Zamiast tego wolał być traktowany jak ktoś kto był w stanie bronić innych ludzi. Przyjmować na siebie ich problemy, służyć im pomocą, być kimś, do kogo mogli przyjść ze swoimi własnymi trudnościami.
Oczywiście nie wszyscy. W oczach wielu mógł wypadać na chłodnego. Profesjonalnego, ale na swój sposób lodowatego. Zdystansowanego. Dla nielicznych (takich jak ich kompan z jaskini albo większość ludzi, z którymi robił mniej legalne interesy) mógł być bezwzględnym skurwysynem. Człowiekiem nie przejawiającym zbyt wielu cieplejszych uczuć. Kimś innym.
Najważniejsze, że nie okazywał słabości. Nie pękał w nieodpowiednich momentach. Nie zaczynał mazać się jak małe dziecko. Nie potrzebował, by go przytulać. Nie robił wokół siebie szopki. Mógł sprawiać wrażenie kogoś, kto lubi być traktowany jak pępek świata, natomiast nie zamierzał być słaby. Nie był ofiarą.
Nienawidził czuć się w ten sposób. Nie cierpiał własnej słabości. Ledwo był w stanie znieść ją w samotności, gdy przewracał się z boku na bok targany bezsennością. Wtedy nie było z nim dobrze. W takich momentach raz za razem ulegał temu wszystkiemu, co nie pozwalało mu zmrużyć oka przez długie godziny. Często aż do bladego światła świtu za oknem.
Dusił w sobie tak wiele, że w pewnym momencie zaczęło go to całkowicie przerastać. Niemal skutecznie go to pogrążyło, ale trudno byłoby powiedzieć, że czegokolwiek się po tym nauczył. W dalszym ciągu to robił. Przez ostatnie półtora roku nie miał zupełnie nikogo, przy kim mógłby do końca wyzbyć się masek. Przez dwa lata sam walczył ze swoimi widmami. W tym momencie cholernie ciężko było mu odpowiedzieć na pytanie.
Tym bardziej, że to nie był moment na dbanie o takie rzeczy jak jego własny mental. Nie, gdy musieli jak najszybciej się stąd wynosić. Nie zamierzał dać się ponieść swoim najgorszym myślom. Próbował zachować zimną krew. Rozmowa o tym, co się dzieje byłaby absurdalna. Całkowicie, zupełnie niewłaściwa z perspektywy przetrwania w starciu z siłą żywiołu.
Ale czy to znaczyło, że kolejny raz zamierzał machnąć ręką? Skłamać, stwierdzić, że wszystko jest w porządku? Zdając sobie sprawę z tego, że nie byłoby to łgarstwo, które przyszłoby mu gładko? Z tego, że skoro spytała go o to, musiała widzieć i wiedzieć jak wyglądała rzeczywistość?
- Nie - odpowiedział zamiast tego, mimo to sprowadzając wyjaśnienia do jednego prostego słowa, które poprzedziło kolejne dwa. - Poradzę sobie - nie miał zamiaru ulec panice, poddać się postępującym myślom.
Geraldine mogła być tego pewna. Może nie brzmiał zupełnie jak on, ale to była jedyna słabość, na którą zamierzał sobie pozwolić. Nie mogli nic zrobić w tamtej sytuacji. Nie dotyczyła ich bezpośrednio. Nie byli jej częścią. Nie znali tamtych ludzi.
Wszystko wydarzyło się wyjątkowo szybko. Na tyle, że pogrzebani najpewniej zginęli w ułamku sekundy. Nie cierpieli tak bardzo jak podpowiadała mu to wyobraźnia. Nikt nie byłby w stanie przeżyć czegoś takiego. Przecież to wiedział. Zdawał sobie sprawę. Miał doświadczenie medyczne. Naprawdę próbował to sobie racjonalizować, jeszcze przez moment stojąc w miejscu i ciężko oddychając. Potrzebował się uspokoić.
Te kolejne słowa same opuściły jego usta. Nie musiał o tym myśleć. Nie potrzebował zastanawiać się nad tym. Musiał jej to powiedzieć. Potrzebował, aby to usłyszała, nawet jeśli w ostatnim czasie powtórzyli to sobie naprawdę wiele razy. W takich momentach jak ten nie należało wstrzymywać się przed podkreślaniem tych wszystkich uczuć. I on zdecydowanie nie zamierzał tego robić.
- Tym razem będzie inaczej - nie mówił wiem, nie musiał.
Zamiast tego posłał Geraldine jedno z tych naprawdę głębokich spojrzeń, patrząc na łunę ognia odbijającą się w oczach jego dziewczyny i w końcu mocno kiwając głową.
Zareagował na ściśnięcie ręki, mocniej zaciskając swoją. Podejmowali działanie. Musieli ruszyć przed siebie i zamierzali to zrobić. Ruszyli przed siebie. Krok za krokiem. Zdecydowanie prąc do przodu.
W dalszym ciągu korzystam z przewagi Znajomość półświatka (II) - nadal kluczymy bokiem.
W dalszym ciągu gram też pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0).
Byli razem - to było dla niego najważniejsze. Nie wiedział, jakby postąpił, gdyby było inaczej. Nawet nie próbował o tym myśleć. Tym bardziej, że jeszcze poprzedniej nocy znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Byli na skraju rozstania. Możliwość, że teraz próbowałby ją znaleźć pośród tłumu...
...nie chciał snuć tych rozważań. Wystarczyło, że mieli o kogo się martwić. Wystarczyło, że sami w dalszym ciągu nie byli bezpieczni. To, że znaleźli się poza zasięgiem spanikowanego tłumu nic nie znaczyło. Wciąż musieli wrócić na Horyzontalną i przebić się przez mrowie ludzi. Każda minuta coraz bardziej rozmywała ich szanse.
A jednak potrzebował się zatrzymać. Nie był w stanie dłużej powstrzymywać kaszlu. Musiał naciągnąć golf na twarz. Potrzebował też skontrolować sytuację, zadać to jedno pytanie. Wymienić kilka słów.
- Jeśli cokolwiek - zaczął z niepokojem, urywając w połowie zdania i po prostu kręcąc głową.
Powiedziałaby mu, prawda? Oczywiście, że by mu powiedziała. A przynajmniej usiłował tak teraz myśleć, bo w rzeczywistości miał tę podskórną pewność, że chuja a nie by mu powiedziała. Na jego nieszczęście nie mógł teraz ocenić jej faktycznego stanu zdrowia.
W ciemnościach rozświetlanych wyłącznie przez łunę ognia, nie był w stanie dostrzec na tyle wiele, żeby upewnić się co do tego, że fizycznie nic jej nie jest. Psychicznie? Mało kto trzymałby się dobrze. Na mało kim nie wywarłoby to wrażenia.
Patrząc na podstawie poprzednich wspólnych doświadczeń, jego dziewczyna miała przeklętą tendencję do bagatelizowania swojego stanu. Nie mówienia o tym jak w istocie wygląda sytuacja. Ale musiał jej teraz zaufać. Nie mógł interweniować. Potrzebowali wpierw znaleźć się w bezpiecznym miejscu. O ile takie gdziekolwiek jeszcze istniało.
To musiał być wyłącznie Londyn. Może nawet nie cały. Pożar nie mógł pochłonąć wszystkiego. Wystarczyło, aby wydostali się za miasto.
- W porządku - kiwnął głową, powstrzymując kaszel, po czym ponownie otwierając usta, żeby odpowiedzieć na pytanie.
W pierwszej chwili odruchowo zamierzał postąpić tak jak robił to przez wiele miesięcy. Nie dawał po sobie poznać tego, co tkwiło głęboko w nim. Robił dobrą minę do złej gry. Zachowywał pokerową twarz. Poza tym jednym momentem tuż po sytuacji w Kniei oraz tamtą chwilą, gdy zupełnie rozsypał się na podłodze w ogarniętym mrokiem salonie w Piaskownicy, nie uzewnętrzniał się w żaden sposób.
Nawet tamtego lata w siedemdziesiątym pierwszym usiłował jak najszybciej wrócić do sprawiania wrażenia poukładanego. Nieważne, że miał wokół siebie naprawdę bliskich przyjaciół. Nie chciał, nie umiał, nie był w stanie znieść wizji przerzucania na nich swoich najbardziej żałosnych problemów. Tych, które nie dotyczyły bezpośredniego zagrożenia albo czegoś, przy czym można było zainterweniować.
Jego demony, jego widma były jego własnym ciężarem. Nie chciał przerzucać ich na kogokolwiek innego. Zamiast tego wolał być traktowany jak ktoś kto był w stanie bronić innych ludzi. Przyjmować na siebie ich problemy, służyć im pomocą, być kimś, do kogo mogli przyjść ze swoimi własnymi trudnościami.
Oczywiście nie wszyscy. W oczach wielu mógł wypadać na chłodnego. Profesjonalnego, ale na swój sposób lodowatego. Zdystansowanego. Dla nielicznych (takich jak ich kompan z jaskini albo większość ludzi, z którymi robił mniej legalne interesy) mógł być bezwzględnym skurwysynem. Człowiekiem nie przejawiającym zbyt wielu cieplejszych uczuć. Kimś innym.
Najważniejsze, że nie okazywał słabości. Nie pękał w nieodpowiednich momentach. Nie zaczynał mazać się jak małe dziecko. Nie potrzebował, by go przytulać. Nie robił wokół siebie szopki. Mógł sprawiać wrażenie kogoś, kto lubi być traktowany jak pępek świata, natomiast nie zamierzał być słaby. Nie był ofiarą.
Nienawidził czuć się w ten sposób. Nie cierpiał własnej słabości. Ledwo był w stanie znieść ją w samotności, gdy przewracał się z boku na bok targany bezsennością. Wtedy nie było z nim dobrze. W takich momentach raz za razem ulegał temu wszystkiemu, co nie pozwalało mu zmrużyć oka przez długie godziny. Często aż do bladego światła świtu za oknem.
Dusił w sobie tak wiele, że w pewnym momencie zaczęło go to całkowicie przerastać. Niemal skutecznie go to pogrążyło, ale trudno byłoby powiedzieć, że czegokolwiek się po tym nauczył. W dalszym ciągu to robił. Przez ostatnie półtora roku nie miał zupełnie nikogo, przy kim mógłby do końca wyzbyć się masek. Przez dwa lata sam walczył ze swoimi widmami. W tym momencie cholernie ciężko było mu odpowiedzieć na pytanie.
Tym bardziej, że to nie był moment na dbanie o takie rzeczy jak jego własny mental. Nie, gdy musieli jak najszybciej się stąd wynosić. Nie zamierzał dać się ponieść swoim najgorszym myślom. Próbował zachować zimną krew. Rozmowa o tym, co się dzieje byłaby absurdalna. Całkowicie, zupełnie niewłaściwa z perspektywy przetrwania w starciu z siłą żywiołu.
Ale czy to znaczyło, że kolejny raz zamierzał machnąć ręką? Skłamać, stwierdzić, że wszystko jest w porządku? Zdając sobie sprawę z tego, że nie byłoby to łgarstwo, które przyszłoby mu gładko? Z tego, że skoro spytała go o to, musiała widzieć i wiedzieć jak wyglądała rzeczywistość?
- Nie - odpowiedział zamiast tego, mimo to sprowadzając wyjaśnienia do jednego prostego słowa, które poprzedziło kolejne dwa. - Poradzę sobie - nie miał zamiaru ulec panice, poddać się postępującym myślom.
Geraldine mogła być tego pewna. Może nie brzmiał zupełnie jak on, ale to była jedyna słabość, na którą zamierzał sobie pozwolić. Nie mogli nic zrobić w tamtej sytuacji. Nie dotyczyła ich bezpośrednio. Nie byli jej częścią. Nie znali tamtych ludzi.
Wszystko wydarzyło się wyjątkowo szybko. Na tyle, że pogrzebani najpewniej zginęli w ułamku sekundy. Nie cierpieli tak bardzo jak podpowiadała mu to wyobraźnia. Nikt nie byłby w stanie przeżyć czegoś takiego. Przecież to wiedział. Zdawał sobie sprawę. Miał doświadczenie medyczne. Naprawdę próbował to sobie racjonalizować, jeszcze przez moment stojąc w miejscu i ciężko oddychając. Potrzebował się uspokoić.
Te kolejne słowa same opuściły jego usta. Nie musiał o tym myśleć. Nie potrzebował zastanawiać się nad tym. Musiał jej to powiedzieć. Potrzebował, aby to usłyszała, nawet jeśli w ostatnim czasie powtórzyli to sobie naprawdę wiele razy. W takich momentach jak ten nie należało wstrzymywać się przed podkreślaniem tych wszystkich uczuć. I on zdecydowanie nie zamierzał tego robić.
- Tym razem będzie inaczej - nie mówił wiem, nie musiał.
Zamiast tego posłał Geraldine jedno z tych naprawdę głębokich spojrzeń, patrząc na łunę ognia odbijającą się w oczach jego dziewczyny i w końcu mocno kiwając głową.
Zareagował na ściśnięcie ręki, mocniej zaciskając swoją. Podejmowali działanie. Musieli ruszyć przed siebie i zamierzali to zrobić. Ruszyli przed siebie. Krok za krokiem. Zdecydowanie prąc do przodu.
W dalszym ciągu korzystam z przewagi Znajomość półświatka (II) - nadal kluczymy bokiem.
W dalszym ciągu gram też pod zawadę Tafefobia - strach przed byciem pogrzebanym żywcem (0).
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down