25.03.2025, 09:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2025, 09:53 przez Anthony Shafiq.)
Było w tym coś przerażająco uroczego, że Erik żartował z przestępczej działalności Anthony'ego. Był to oczywisty żart, nawiązujący do pewnej słabości, którą Anthony miał zrówno do Erika w mundurze jak i Erika z czarodziejskimi kajdankami w ręku na moment przed ich odpowiednim użyciem, niemniej zawsze pozostawał ten złodziejski dreszcz z tyłu czaszki, który cicho szeptał mrożące krew w żyłach scenariusze w których Longbottom realnie jest tym, który zakuje go i doprowadzi przed oblicze sprawiedliwości. Kto wie. Jest tym, który odwiezie go do Azkabanu, jeśli jakiś śledczy dokopałby się upłynniania nekromanckich woluminów przejmowanych w urzędzie celnym. Była to jednak obawa tak często obracana w głowie, że jak boginowi, Anthony nadał jej już lata temu prześmiewczy wizerunek.
– Jesteś aż tak zdesperowany, by móc bezkarnie mieć moje zdjęcie na swoim biurku? To słodkie, rozumiem że plakaty Rosierów widoczne przez okno już Ci nie wystarczają? – uśmiechnął się szarmancko, niemal tak samo jak na jednym z ruchomych plakatów promujących markę szat dla magów w sezonie letnim.
Luty... był bardzo dla Anthony'ego nieoczywistym wyborem. Czy tak właśnie mnie widział? – zastanowił się, choć oczywiście nie dał po sobie poznać tej dobarwionej zaskoczonym smutkiem myśłi. Luty był chłodny i surowy, zdystansowany i nie dający nadziei. Był okresem, którego ludzie nienawidzili, pełni świadomi, że już powinno być słońce, już powininna być wiosna i rozkwitająca nadzieja, gdy wciąż trzeba było zmagać się z szarością, mżawką i chłodem. Co zabawne - Anthony sam siebie umiejscowiłby w bardzo podobnym miesiącu, ale po drugiej stronie kalendarza. Listopad był podobnie zszarzały i podobnie znienawidzony. Tchnęła z niego jednak nuta mistycyzmu i nostalgii, długich wieczorów nad książką i melancholijnego spojrzenia w dal. Gdyby mógł wybierać dla siebie, chciałby być listopadem. Erik byłby październikiem, a Jonahan grudniem. Czy nie byłoby to doskonałe dlań towarzystwo?
– Ty zdecydowanie jesteś październikiem. Silny, rubaszny, jeszcze ciepły i złoty. W dopasowanym swetrze, otoczony psami przechadzający się wśród rzemieślników porządkujących zbiory, tuczący ich swoim okiem. Kojarzysz mi się z dostatkiem i potańcówką w Dolinie Godryka, choć nigdy jeszcze nie miałem okazji widzieć Cie w tej roli. – W jego głosie nie pobrzmiewała gorycz minionego czasu, choć tak łatwo przychodziło Anthony'emu zatopić się w przeszłości i płakać nad utraconymi możliwościami. Było w nim sporo nadziei na nadchodzące miesiące, na to, że uda mu się odwrócić trend. Złamać ich klątwę.– Myślę, że do października powinieneś zaopiekować się tym miejscem bardziej, ono tak bardzo do Ciebie pasuje. Bardziej nawet niż Warownia, czy Londyn. Może poprosiłbyś Thomasa o kilka zabezpieczeń? I dopilnował, żeby żaden widmowidz, nie miał pomysłu sprawdzać pamięci przedmiotów? – odchrząknął z tym charakterystycznym błyskiem w oku mówiącym o tym, że w planach na dzisiaj nie ma tylko pieczenia ciastek. Chwilę później jednak spoważniał dna ingrediencjami do ciastek, z których próbował zlokalizowac mąkę i cukier. – Mam też nadzieję że nie widziałeś się z żadnym jasnowidzem dzisiaj? – zapytał enigmatycznie. – Jesteś w stanie określić kto z kręgów w których się obracasz ma trzecie oko, prawda?
Rozmowa fluktuowała wobec ich zalet i wad, pytanie Erika rozbawiło nieco Anthony'ego, który może i nie lubił za bardzo swojej przywary, ale żył z nią od dziecka i aż tak mu nie przeszkadzała. – Słyszałem o alternatywnych terapiach, które polegały na wyłupywaniu oczu i hodowaniu ich od nowa, ale to tylko pogłoska, której szczerze nie zamierzałem nawet sprawdzać. Lubię swoje oczy. Może poproszę jakiegoś sztukmistrza o stworzenie przedmiotu, który mogłby mnie informować jaki kolor widzę, lub dotykam. Ale nigdy nie było to dla mnie aż tak niezbędne. Podobnie jak wiedza z zakresu nauk przyrodniczych. Czego ja nie mogę dostrzec, może ktoś zobaczyć zamiast mnie. – wzruszył ramionami, po czym wyciągnął ku Erikowi łyżeczkę z białym proszkiem. – Czy to jest mąka? Jak to sprawdzić? – Przed nim leżała mugolska książka kucharska otwarta na przepisie na cynamonki. Oczywiście Anthony nie mógł na pierwszą próę upieczenia czegokolwiek wybrać ciasteczek owsianych. Oczywiście musiało być to coś ekstra.
Przy wzmiance Erika o dogłębnym poznaniu cieszył się, że Morpheusa nie ma nigdzie w okolicy, bo by biedaczek się udławił. Jego przyjaciel i tak zaliczał co rusz oczu i mózgu kąpiel na samą myśl o ich relacji, z tego powodu między innymi na ich kairskim wyjeździe Anthony tak bardzo ograniczył kontakt z Erikiem do niezbędnego zawodowego minimum. – Dogłębnie tak? To kiedy mam urodziny? – odłożył proszki na bok i sięgnął po osełkę masła, którą zaczął kroić na desce, bo masło miało być poszatkowane.
– Jesteś aż tak zdesperowany, by móc bezkarnie mieć moje zdjęcie na swoim biurku? To słodkie, rozumiem że plakaty Rosierów widoczne przez okno już Ci nie wystarczają? – uśmiechnął się szarmancko, niemal tak samo jak na jednym z ruchomych plakatów promujących markę szat dla magów w sezonie letnim.
Luty... był bardzo dla Anthony'ego nieoczywistym wyborem. Czy tak właśnie mnie widział? – zastanowił się, choć oczywiście nie dał po sobie poznać tej dobarwionej zaskoczonym smutkiem myśłi. Luty był chłodny i surowy, zdystansowany i nie dający nadziei. Był okresem, którego ludzie nienawidzili, pełni świadomi, że już powinno być słońce, już powininna być wiosna i rozkwitająca nadzieja, gdy wciąż trzeba było zmagać się z szarością, mżawką i chłodem. Co zabawne - Anthony sam siebie umiejscowiłby w bardzo podobnym miesiącu, ale po drugiej stronie kalendarza. Listopad był podobnie zszarzały i podobnie znienawidzony. Tchnęła z niego jednak nuta mistycyzmu i nostalgii, długich wieczorów nad książką i melancholijnego spojrzenia w dal. Gdyby mógł wybierać dla siebie, chciałby być listopadem. Erik byłby październikiem, a Jonahan grudniem. Czy nie byłoby to doskonałe dlań towarzystwo?
– Ty zdecydowanie jesteś październikiem. Silny, rubaszny, jeszcze ciepły i złoty. W dopasowanym swetrze, otoczony psami przechadzający się wśród rzemieślników porządkujących zbiory, tuczący ich swoim okiem. Kojarzysz mi się z dostatkiem i potańcówką w Dolinie Godryka, choć nigdy jeszcze nie miałem okazji widzieć Cie w tej roli. – W jego głosie nie pobrzmiewała gorycz minionego czasu, choć tak łatwo przychodziło Anthony'emu zatopić się w przeszłości i płakać nad utraconymi możliwościami. Było w nim sporo nadziei na nadchodzące miesiące, na to, że uda mu się odwrócić trend. Złamać ich klątwę.– Myślę, że do października powinieneś zaopiekować się tym miejscem bardziej, ono tak bardzo do Ciebie pasuje. Bardziej nawet niż Warownia, czy Londyn. Może poprosiłbyś Thomasa o kilka zabezpieczeń? I dopilnował, żeby żaden widmowidz, nie miał pomysłu sprawdzać pamięci przedmiotów? – odchrząknął z tym charakterystycznym błyskiem w oku mówiącym o tym, że w planach na dzisiaj nie ma tylko pieczenia ciastek. Chwilę później jednak spoważniał dna ingrediencjami do ciastek, z których próbował zlokalizowac mąkę i cukier. – Mam też nadzieję że nie widziałeś się z żadnym jasnowidzem dzisiaj? – zapytał enigmatycznie. – Jesteś w stanie określić kto z kręgów w których się obracasz ma trzecie oko, prawda?
Rozmowa fluktuowała wobec ich zalet i wad, pytanie Erika rozbawiło nieco Anthony'ego, który może i nie lubił za bardzo swojej przywary, ale żył z nią od dziecka i aż tak mu nie przeszkadzała. – Słyszałem o alternatywnych terapiach, które polegały na wyłupywaniu oczu i hodowaniu ich od nowa, ale to tylko pogłoska, której szczerze nie zamierzałem nawet sprawdzać. Lubię swoje oczy. Może poproszę jakiegoś sztukmistrza o stworzenie przedmiotu, który mogłby mnie informować jaki kolor widzę, lub dotykam. Ale nigdy nie było to dla mnie aż tak niezbędne. Podobnie jak wiedza z zakresu nauk przyrodniczych. Czego ja nie mogę dostrzec, może ktoś zobaczyć zamiast mnie. – wzruszył ramionami, po czym wyciągnął ku Erikowi łyżeczkę z białym proszkiem. – Czy to jest mąka? Jak to sprawdzić? – Przed nim leżała mugolska książka kucharska otwarta na przepisie na cynamonki. Oczywiście Anthony nie mógł na pierwszą próę upieczenia czegokolwiek wybrać ciasteczek owsianych. Oczywiście musiało być to coś ekstra.
Przy wzmiance Erika o dogłębnym poznaniu cieszył się, że Morpheusa nie ma nigdzie w okolicy, bo by biedaczek się udławił. Jego przyjaciel i tak zaliczał co rusz oczu i mózgu kąpiel na samą myśl o ich relacji, z tego powodu między innymi na ich kairskim wyjeździe Anthony tak bardzo ograniczył kontakt z Erikiem do niezbędnego zawodowego minimum. – Dogłębnie tak? To kiedy mam urodziny? – odłożył proszki na bok i sięgnął po osełkę masła, którą zaczął kroić na desce, bo masło miało być poszatkowane.
Rzemiosło 0, Szatkowanie masła rzut na to jak "dokładnie" owo masło zostanie przygotowane i czy Anthony wpadnie na to jaki powinien być efekt końcowy a nie przekroi twardą na kamień kostkę na 4 i zadowolony z siebie ruszy do dalszego etapu przepisu
Rzut T 1d100 - 56
Slaby sukces...
Slaby sukces...