Stała koło niego. Znów. Stała. Ta sama, a jednak tak bardzo, szalenie inna. Odmienna. Niemalże materialna, może nawet bardziej rzeczywista od niego. Różniła się od istoty z którą przecieły się jego losy ledwie chwilę temu, choć równie dobrze mogły minąć godziny. Wciąż była dziewczynką w łachmanach, teraz mógł boleśnie dobitnie obserwować jej poszarpane ubrania, jej bose, brudne stopy noszące na sobie ślady odmrożeń, obszarpane rękawiczki odsłaniające palce, dziergane jeszcze rękami babci mitenki, bo przecież nie matki. Mógł zobaczyć jej obszarpaną fryzurę, włosy najprawdopodobniej skracane nożem w furii, w awanturze, której echa nie gasły na posępnym obliczu żebraczki sprzedającej zapałki.
I tylko jej oczy. Puste i białe oczy patrzące wszędzie i nigdzie, widzące wszystko mimo ułudy ślepoty. Gdy padło pytanie milczała przez chwilę, po czym odwróciła się ku Robertowi patrząc nań tak surowo, jak on sam surowo w duchu oceniał siebie i swoje życie.
– Jesteś tym co jesz. A wy dajecie mi tylko ból. – nawet nie otowrzyła ust, gdy jej głos wpadał prosto do umysłu sędziego, który teraz nie sądził, a był osądzany. – Czy to jest prawda o Tobie? Czy to jest ciepło, którego zaznałeś w życiu, ciepło o które proszę i błagam za każdym razem, gdy rozjaśnia mroki śmierci każda z trzech? – bielma nie poruszyły się, ale przecież wiedział, czuł to w swoim stężałym kośćcu, że jej wzrok przesunął się na oblepione krwią palce, które trzymały ostatnią z nich. Ostatnią z trzech.
– To jest to, co Cię definiuje Robercie? Tym jesteś? Płaczącym nieudacznikiem, który potrafi tylko psuć i niszczyć...? Co Ty chcesz mi powiedzieć, to jest włąściwie zadane pytanie. Ty trzymasz światło, Ty oświetlasz drogę. Ty, nie ja. – padały jak smagnięcia biczem oskarżenia kogoś, kto z pewnością nie liczył sobie dziesięciu lat, a kto wie, może i setka to byłoby mało... Nie było w tym jednak gniewu, może lekkie rozdrażnienie,
– Tak trudno jest Ci pomyśleć o dobrych chwilach, które spędziłeś ze swoją córką...? –zapytała nagle smutno, a uszach odbił się boleśnie głos wcale nie upiornej dziewczynki z zapałkami, a jego własnej Enid.
I tylko jej oczy. Puste i białe oczy patrzące wszędzie i nigdzie, widzące wszystko mimo ułudy ślepoty. Gdy padło pytanie milczała przez chwilę, po czym odwróciła się ku Robertowi patrząc nań tak surowo, jak on sam surowo w duchu oceniał siebie i swoje życie.
– Jesteś tym co jesz. A wy dajecie mi tylko ból. – nawet nie otowrzyła ust, gdy jej głos wpadał prosto do umysłu sędziego, który teraz nie sądził, a był osądzany. – Czy to jest prawda o Tobie? Czy to jest ciepło, którego zaznałeś w życiu, ciepło o które proszę i błagam za każdym razem, gdy rozjaśnia mroki śmierci każda z trzech? – bielma nie poruszyły się, ale przecież wiedział, czuł to w swoim stężałym kośćcu, że jej wzrok przesunął się na oblepione krwią palce, które trzymały ostatnią z nich. Ostatnią z trzech.
– To jest to, co Cię definiuje Robercie? Tym jesteś? Płaczącym nieudacznikiem, który potrafi tylko psuć i niszczyć...? Co Ty chcesz mi powiedzieć, to jest włąściwie zadane pytanie. Ty trzymasz światło, Ty oświetlasz drogę. Ty, nie ja. – padały jak smagnięcia biczem oskarżenia kogoś, kto z pewnością nie liczył sobie dziesięciu lat, a kto wie, może i setka to byłoby mało... Nie było w tym jednak gniewu, może lekkie rozdrażnienie,
– Tak trudno jest Ci pomyśleć o dobrych chwilach, które spędziłeś ze swoją córką...? –zapytała nagle smutno, a uszach odbił się boleśnie głos wcale nie upiornej dziewczynki z zapałkami, a jego własnej Enid.