25.03.2025, 16:46 ✶
Ten wieczór to był cholerny koszmar. Niekoniecznie dla niej, oczywiście, pomijając może ten moment kiedy wybuchła panika i ktoś próbował ją przepchnąć na ulicy, kiedy chciała sprawdzić o co chodzi. Ale po wszystkim bardzo szybko udało się jej dojść do wniosku, że w środku była bezpieczna. Ogień, nawet jeśli szalał dookoła, połykając większość rzeczy, która znajdowała się w jego zasięgu, omijał skutecznie wnętrze jej salonu. Osmalał elewację, nadgryzł ze złością szyld, ale potem pomknął dalej, szukając nowych ofiar.
Była bezpieczna.
Ale wiedziała, że miało to swoją cenę i nie miało wiele wspólnego z właściwym bezpieczeństwem. Była zwyczajnym narzędziem, które gdyby nie było przydatne, dawno poszłoby pod topór razem z resztą Nokturnu i Londynu. Była, dokładnie tak jak mówił Louvain, zwyczajną trzpiotką, jednak nie mogła rozgryźć czy w tym momencie los uśmiechał się do niej wesoło, czy może jednak złośliwie.
Trzask teleportacji wyrwał ją z zamyślenia, kiedy stała po równoległą do witryny ścianą i z ciemności pomieszczenia spoglądała na to, co działo się na zewnątrz. Był w tym jakiś urok. Jakaś omamiająca zmysły rozkosz, która płynęła z roztaczającego się przed nią spektaklu. Oto siedziała na właściwym sobie miejscu, oglądając wszystko co działo się po drugiej stronie, ni to oprawca, ni to ofiara ognia oczyszczającego Londyn.
Ważne było też, że Kościany Zamtuz również pozostawał bezpieczny. Przytulony do niskich, ciemnych uliczek Podziemnych Ścieżek, pozostawiał w świecie, którzy rządził się swoimi prawami. Może dlatego nie myślała o tym, żeby zbiec po schodkach na dół i sprawdzić co się z nim działo. Tak samo nie czuła potrzeby, by sprawdzić czy Głębina miała się w najlepszym porządku. I tak nie znalazłaby tam Stanleya, bo był gdzieś tam, pośród ognia i przecinających go krzyków.
Podniosła na postać puste, nieobecne spojrzenie i na moment, krótką ulotną chwilę mieszczącą się między jednym, a drugim uderzeniem serca, poczuła ukłucie nadziei. Może jednak faktycznie był to wesoły uśmiech losu. Porozumiewawcze mrugnięcie, które objawiłoby się w postaci skrywanej pod maską twarzy Alexandra. Pół kroku w kierunku losu, pół uśmiechu, wymierzone na koniec noża i przez uniesienie dłoni z różdżką. Wyraz jej twarzy zmienił się szybko, kiedy kąciki ust wygięły się w pełnym zniesmaczenia grymasie, jakby z miejsca gotowa była zapełnić typową dla siebie pustkę namiastkę czegokolwiek, co można było nazwać emocją.
Louvain jak zwykle miał rację, czasami istniała tylko teoretycznie. Zdążył się tego nauczyć, miał przecież na to tyle czasu, ile tylko sobie wymarzył. Prawda była taka, że Ambrosii nie było już od dawna. Nie tej, którą mógłby poznać jeszcze siedem lat temu, zanim Alexander bezpowrotnie zmienił ją, miażdżąc swoimi dłońmi znaną jej i utrwalona formę w której żyła. Wieczne rozstania i powroty niczego nie zmieniały, a wymierzane przez nie interwały w żałosny sposób przedłużały jej egzystencję. Ona jednak okłamywała siebie tak samo dobrze, jak udawało jej się przekonywać duchy by przychodziły do niej lub opuszczały ten świat.
Louvain pewnie zagotowałby się słysząc, że była to jedna z rzeczy, w których przypominał Alexa. Znikał i wracał. Wracał i znikał. Pojawiał się znikąd, a ona nauczyła się patrzyć w drzwi niemal nieustająco. Nie było tam strachu albo nadziei, tylko nużące, brzmiące w tej samej tonacji wyczekiwanie, niczym jeden dźwięk przytrzymanego przez palec klawisza, który nie był w stanie osłabnąć. Nieznośne brzęczenie w głowie, które doprowadzało albo do szału, albo odrętwienia.
- Podoba mi się efekt dymu, podkreśla twoje wrodzone skurwysyństwo - zaszczebiotała ze słodyczą. Jak się okazywało, dzisiejszego dnia uśmiech losu był jednak złośliwy.
Była bezpieczna.
Ale wiedziała, że miało to swoją cenę i nie miało wiele wspólnego z właściwym bezpieczeństwem. Była zwyczajnym narzędziem, które gdyby nie było przydatne, dawno poszłoby pod topór razem z resztą Nokturnu i Londynu. Była, dokładnie tak jak mówił Louvain, zwyczajną trzpiotką, jednak nie mogła rozgryźć czy w tym momencie los uśmiechał się do niej wesoło, czy może jednak złośliwie.
Trzask teleportacji wyrwał ją z zamyślenia, kiedy stała po równoległą do witryny ścianą i z ciemności pomieszczenia spoglądała na to, co działo się na zewnątrz. Był w tym jakiś urok. Jakaś omamiająca zmysły rozkosz, która płynęła z roztaczającego się przed nią spektaklu. Oto siedziała na właściwym sobie miejscu, oglądając wszystko co działo się po drugiej stronie, ni to oprawca, ni to ofiara ognia oczyszczającego Londyn.
Ważne było też, że Kościany Zamtuz również pozostawał bezpieczny. Przytulony do niskich, ciemnych uliczek Podziemnych Ścieżek, pozostawiał w świecie, którzy rządził się swoimi prawami. Może dlatego nie myślała o tym, żeby zbiec po schodkach na dół i sprawdzić co się z nim działo. Tak samo nie czuła potrzeby, by sprawdzić czy Głębina miała się w najlepszym porządku. I tak nie znalazłaby tam Stanleya, bo był gdzieś tam, pośród ognia i przecinających go krzyków.
Podniosła na postać puste, nieobecne spojrzenie i na moment, krótką ulotną chwilę mieszczącą się między jednym, a drugim uderzeniem serca, poczuła ukłucie nadziei. Może jednak faktycznie był to wesoły uśmiech losu. Porozumiewawcze mrugnięcie, które objawiłoby się w postaci skrywanej pod maską twarzy Alexandra. Pół kroku w kierunku losu, pół uśmiechu, wymierzone na koniec noża i przez uniesienie dłoni z różdżką. Wyraz jej twarzy zmienił się szybko, kiedy kąciki ust wygięły się w pełnym zniesmaczenia grymasie, jakby z miejsca gotowa była zapełnić typową dla siebie pustkę namiastkę czegokolwiek, co można było nazwać emocją.
Louvain jak zwykle miał rację, czasami istniała tylko teoretycznie. Zdążył się tego nauczyć, miał przecież na to tyle czasu, ile tylko sobie wymarzył. Prawda była taka, że Ambrosii nie było już od dawna. Nie tej, którą mógłby poznać jeszcze siedem lat temu, zanim Alexander bezpowrotnie zmienił ją, miażdżąc swoimi dłońmi znaną jej i utrwalona formę w której żyła. Wieczne rozstania i powroty niczego nie zmieniały, a wymierzane przez nie interwały w żałosny sposób przedłużały jej egzystencję. Ona jednak okłamywała siebie tak samo dobrze, jak udawało jej się przekonywać duchy by przychodziły do niej lub opuszczały ten świat.
Louvain pewnie zagotowałby się słysząc, że była to jedna z rzeczy, w których przypominał Alexa. Znikał i wracał. Wracał i znikał. Pojawiał się znikąd, a ona nauczyła się patrzyć w drzwi niemal nieustająco. Nie było tam strachu albo nadziei, tylko nużące, brzmiące w tej samej tonacji wyczekiwanie, niczym jeden dźwięk przytrzymanego przez palec klawisza, który nie był w stanie osłabnąć. Nieznośne brzęczenie w głowie, które doprowadzało albo do szału, albo odrętwienia.
- Podoba mi się efekt dymu, podkreśla twoje wrodzone skurwysyństwo - zaszczebiotała ze słodyczą. Jak się okazywało, dzisiejszego dnia uśmiech losu był jednak złośliwy.
she was a gentle
sort of horror
sort of horror