Widziała zmiany, jakie dokonywały się w mimice Astarotha i wewnętrznie bardzo mu współczuła. Bo widziała jego zagubienie i tę bezsensowną walkę z samym sobą. To było niesprawiedliwe – to co mu się przytrafiło, to co im się przytrafiło, ale robienie sobie pod górkę, utrudnianie sobie samemu sprawy i życie w jakiejś iluzji roztaczanej przed swoimi oczami, by robić z siebie potwora – tego zrozumieć nie potrafiła.
Kiwnęła do Sauriela, gdy ten zaproponował, że może pomóc poszukać stwórcę Astarotha, kimkolwiek był – bo że zostawił swojego wampirzego podlotka samemu sobie było ewidentne i tak naprawdę nikomu to nie służyło. Prawdziwym cudem Pani Księżyca było, że Asek do tej pory nie narobił większych szkód, i naprawdę liczyła w tym momencie, że teraz będzie już tylko lepiej. Udany eliksir dla Yaxleya był pierwszym krokiem ku poprawie komfortu jego życia.
– Czyżby? – uniosła wyżej brwi w nieco pobłażliwym spojrzeniu, które rzuciła młodemu wampirowi. Śmiała wątpić, że sobie wszystko wyjaśnili, skoro Astaroth brał na siebie całą winę i nie dostrzegał przewin drugiej strony. A potem uniosła te brwi jeszcze bardziej. Co niby miała znaczyć ta odzywka i pyskówka? – Jednym z? – parsknęła. – Czy ty masz mnie za jakąś wariatkę, która zbiera sobie wampiry, żeby prowadzić na was jakieś szalone badania? – aż w głowie jej się to nie mieściło. Relacja jaką miała z Saurielem, to było… coś zupełnie innego, głębszego i zdecydowanie nie biznesowego, chociaż co Astaroth mógł o tym wiedzieć? Nieskazitelny to jednak nie było słowo, które postawiłaby przy Rookwoodzie. Uparty, nieokrzesany, obrażalski, niespokojny, porywczy – owszem. Agresywny i brutalny również, nie pochwalała tego, ale zdawała sobie sprawę z jego natury, widziała to przecież. Nie był nieskazitelny, chociaż nie było też tak, że składał się tylko z tych złych cech i czerwonych karteczek ostrzegawczych. Wiedziała dokładnie, jaką osobą jest i to tym bardziej sprawiało, że się o niego martwiła. O jego jedyną duszę.
Astaroth unikał jej wzroku i ewidentnie patrzył w inne miejsca, być może czuł, że przesadził, ale tak naprawdę, to co o niej wiedział? O nich? O tym ile i co przeszła z mrukliwym Saurielem, który nie wtrącał się do tej osobliwej rozmowy poza momentami, w których zwracała się do niego bezpośrednio – bo Yaxley udawał, że czarnowłosego tutaj nie ma, co właśnie dało jej podstawy myśleć, że coś tu między nimi jest nie tak. I ściągnęła brwi na komentarz Sauriela, już gotowa mu odpyskować, ale wtedy Astaroth się odwrócił i wybiegł. Tak po prostu. Chyba nawet nie złapał za swoją różdżkę, która przed całą akcją została odłożona na bok. Nie zamierzała za nim biec – jeśli potrzebował stąd uciec, to kim była, by go zatrzymywać?
Lestrange policzyła do dziesięciu, nasłuchiwała kroków na schodach, trzaśnięcia drzwiami, aż w końcu odetchnęła. A potem przeniosła spojrzenie na Sauriela i co prawda nie odpowiedziała, kiedy się odezwał, za to zbliżyła się do niego i bez słowa wsunęła ręce pod jego ramiona, żeby się przytulić.
– Dzięki – odparła po chwili. – Nigdy nie jest szkoda, a on bardzo potrzebuje pomocy – Sauriel też potrzebował, wielokrotnie, ale nie przywykł o nią prosić. Początek lata był tego idealnym dowodem – że nie było dobrze, skoro tak bardzo chciał ze sobą skończyć. Tak drastycznie, tak…
Ciemnowłosa nagle odsunęła się, jakby ją poraził piorun.
– Koty! – nie wiedziała, czy Astaroth faktycznie zamknął za sobą drzwi, czy te nie odbiły się od framugi kiedy on uciekał stąd niczym kot oblany wodą… a co, gdyby wybiegły na ulicę? Gdyby coś im się stało? Gdyby się zgubiły? Nie wybaczyłaby sobie tego.
Więc zaraz i ona wybiegła z pomieszczenia, chcąc się upewnić, że cała trójka jest bezpieczna.