25.03.2025, 20:10 ✶
Chciałem podyskutować z nią na temat wyobrażeń, które miała odnośnie mojego życia, och, jak bardzo chciałem, ale czas i sytuacja nam nie sprzyjały. Mówiła, że nie byliśmy przyjaciółmi, a jednak wiele nas łączyło. Może w innych czasach, w nieco innej atmosferze, ale spędzone razem lata w szkole, a potem dalej – jako jeden z najlepszych przyjaciół jej brata – to już było coś, co trudno było zignorować.
Zaryzykowałbym wręcz stwierdzeniem, że mogliśmy być uznawani za stare małżeństwo, ale wiedziałem przy tym, że to było już naprawdę mocno przesadzone. Chociaż... jakby tak spojrzeć na ilość kłótni i wzajemnego dogryzania, to może i było w tym ziarno prawdy. Cóż, niezależnie od sytuacji, wydawało mi się to zabawne. Szczególnie że byłem zatwardziałym kawalerem, a po spotykaniu się z Bettany raczej nie angażowałem się w długotrwałe związki.
I teraz miałem zginąć. Jako właśnie zatwardziały kawaler. Już na zawsze.
- NIC NAM NIE BĘDZIE?! MYŚLAŁEM, ŻE NIE KŁAMIESZ! - wyrwało mi się z odrobiną paniki.
Dobra, uniosłem głos, ale to nie była typowa sytuacja. Lecieliśmy w dół. W DÓŁ. Szybko. Czy po takim czasie, jaki miał okazję minąć, można było się do tego przyzwyczaić? A w życiu! Adrenalina eksplodowała mi w żyłach jak nieudana mikstura, którą ktoś potrząsnął za mocno.
Zapierało mi dech w piersi do tego stopnia, że dziwiłem się, że jeszcze mi płuca nie zniknęły w klatce.
- A NEKROLOG... MÓJ NEKROLOG... CHOCIAŻBY CORNELIUS. MÓGŁBY NAPISAĆ BEZ URAZY, ALE Z PEWNOŚCIĄ MA WIĘKSZE KOMPETENCJE DO OFICJALNEJ TWÓRCZOŚCI NIŻ TWÓJ BRAT! - Nie wiem, czemu to była moja największa bolączka w tej chwili, ale była. No cóż, jeśli Prudence nie przekaże mojej przedśmiertnej prośby, to chociaż umrę ze świadomością, że próbowałem.
I wtedy...
ŁUP.
Winda gwałtownie, zdecydowanie wyczuwalnie, ZATRZYMAŁA SIĘ.
Padłem na kolana od tej siły. Prudence pewnie też. Jeśli nie zrobiła tego sama, to moja ręka z pewnością ściągnęła ją do poziomu podłogi. Nieumyślnie. W międzyczasie teczka wysunęła mi się z drugiej ręki i... tańczyła sobie teraz w ciemnościach, uwalniając dokumenty na wolność. Pewnie rozleciały się wszędzie. Idealnie.
Och, dawno nie czułem takiego zagrożenia życia. Nieco drżałem, ale było stabilnie. Żyliśmy.
- Myślę, że ewidentnie ściągnęli windę na ziemię i będą naprawiać - wysnułem głośno swoją teorię, bo cisza po takim huku wydawała się nienaturalna. Wciąż było ciemno, więc nie wstawałem, żeby przypadkiem nie podeptać Prudence. - Jesteś cała...?
- zapytałem ciemności, o dziwo, z niezwykle wyczuwalną troską. Ale Pani Maszyna zapewne i tak nie miała tego rozszyfrować z mojego głosu.
Zaryzykowałbym wręcz stwierdzeniem, że mogliśmy być uznawani za stare małżeństwo, ale wiedziałem przy tym, że to było już naprawdę mocno przesadzone. Chociaż... jakby tak spojrzeć na ilość kłótni i wzajemnego dogryzania, to może i było w tym ziarno prawdy. Cóż, niezależnie od sytuacji, wydawało mi się to zabawne. Szczególnie że byłem zatwardziałym kawalerem, a po spotykaniu się z Bettany raczej nie angażowałem się w długotrwałe związki.
I teraz miałem zginąć. Jako właśnie zatwardziały kawaler. Już na zawsze.
- NIC NAM NIE BĘDZIE?! MYŚLAŁEM, ŻE NIE KŁAMIESZ! - wyrwało mi się z odrobiną paniki.
Dobra, uniosłem głos, ale to nie była typowa sytuacja. Lecieliśmy w dół. W DÓŁ. Szybko. Czy po takim czasie, jaki miał okazję minąć, można było się do tego przyzwyczaić? A w życiu! Adrenalina eksplodowała mi w żyłach jak nieudana mikstura, którą ktoś potrząsnął za mocno.
Zapierało mi dech w piersi do tego stopnia, że dziwiłem się, że jeszcze mi płuca nie zniknęły w klatce.
- A NEKROLOG... MÓJ NEKROLOG... CHOCIAŻBY CORNELIUS. MÓGŁBY NAPISAĆ BEZ URAZY, ALE Z PEWNOŚCIĄ MA WIĘKSZE KOMPETENCJE DO OFICJALNEJ TWÓRCZOŚCI NIŻ TWÓJ BRAT! - Nie wiem, czemu to była moja największa bolączka w tej chwili, ale była. No cóż, jeśli Prudence nie przekaże mojej przedśmiertnej prośby, to chociaż umrę ze świadomością, że próbowałem.
I wtedy...
ŁUP.
Winda gwałtownie, zdecydowanie wyczuwalnie, ZATRZYMAŁA SIĘ.
Padłem na kolana od tej siły. Prudence pewnie też. Jeśli nie zrobiła tego sama, to moja ręka z pewnością ściągnęła ją do poziomu podłogi. Nieumyślnie. W międzyczasie teczka wysunęła mi się z drugiej ręki i... tańczyła sobie teraz w ciemnościach, uwalniając dokumenty na wolność. Pewnie rozleciały się wszędzie. Idealnie.
Och, dawno nie czułem takiego zagrożenia życia. Nieco drżałem, ale było stabilnie. Żyliśmy.
- Myślę, że ewidentnie ściągnęli windę na ziemię i będą naprawiać - wysnułem głośno swoją teorię, bo cisza po takim huku wydawała się nienaturalna. Wciąż było ciemno, więc nie wstawałem, żeby przypadkiem nie podeptać Prudence. - Jesteś cała...?
- zapytałem ciemności, o dziwo, z niezwykle wyczuwalną troską. Ale Pani Maszyna zapewne i tak nie miała tego rozszyfrować z mojego głosu.